Służba zdrowia wyda wszystko
Ja k każdego roku jesienią, tak i teraz media chórem wymieniają szpitale, które odmawiają przyjęcia pacjentów z powodu wykorzystania limitów kontraktu z NFZ. Przestają leczyć, żeby nie powiększać i tak potężnego stanu zadłużenia. Największe długi wymagalne (czyli takie, których termin płatności dawno minął) mają szpitale wojewódzkie - 957 mln zł, według analiz Związku Powiatów Polskich. Tuż za nimi w rankingu dłużników uplasowały się uczelnie medyczne - 603 mln starych długów. Szpitale powiatowe zalegają z zapłatą 592 mln zł, a szpitale miast na prawach powiatu - 309 mln zł. Suma wszystkich zobowiązań, a więc także tych nieprzeterminowanych, przekroczyła już 10,5 mld. Tempo narastania zadłużenia rośnie.
J ak każdego roku jesienią, tak i teraz, wydaje nam się, że najlepszym lekarstwem dla publicznej służby zdrowia byłby potężny zastrzyk pieniędzy. Nie brakuje takich, co jednym ruchem długopisu gotowi są podnieść składkę na zdrowie do 12 proc. Domagają się tego lekarze z Porozumienia Zielonogórskiego. Przecież na jednego chorego wydajemy rocznie zaledwie 1389 euro, podczas gdy średnia w krajach OECD jest ponaddwukrotnie wyższa, wynosi 3268 euro. To prawda, ale naszą służbę zdrowia nękają jeszcze poważniejsze schorzenia i bez ich wyleczenia każde pieniądze zostaną zużyte bez pożytku dla pacjentów. Tak, jak stało się to w ostatnich tłustych latach przed kryzysem, gdy pula pieniędzy w NFZ podwoiła się, a chorzy nawet tego nie zauważyli.
W krajach, w których społeczeństwa na publiczne leczenie narzekają mniej niż Polacy, publiczna służba zdrowia stara się poprawić efektywność. Zmusza ją do tego publiczny płatnik, ale także prywatni ubezpieczyciele. Placówki łączą się w większe organizmy, żeby oszczędzić na administracji. Lepszy jest szpital, do którego pacjent musi dojechać, ale zostanie przyjęty, niż placówka blisko, lecz bez dostępu do specjalisty. Normalną rzeczą są wspólne zakupy. U nas - odwrotnie. Szpitali przybywa, choć liczbą łóżek w stosunku do liczby mieszkańców bijemy kraje europejskie na głowę. Najszybciej mnożą się placówki małe, prywatne. Gdyby ich efektywność była tylko zmartwieniem ich właścicieli, nie byłoby problemu. Ale - i podkreśla to wielu ekspertów od zarządzania - zdumiewa łatwość wchodzenia nowych placówek do systemu NFZ. Wystarczy, że deklaruje ona wyposażenie w doskonały sprzęt i umowy ze specjalistami, a już startuje w konkursie o kontrakt. Mimo, że deklarowana jakość leczenia jest dopiero śpiewką przyszłości - jeśli zdobędzie oczekiwaną liczbę punktów, musi kontrakt otrzymać. Beneficjentów wypłacanych przez NFZ publicznych pieniędzy przybywa więc w szybkim tempie, gorzej z samymi pieniędzmi. Skutek jest taki, że kontrakty kurczą się wszystkim. Czyli - rośnie cena jednostkowa usługi. A ponieważ nie zmienia się wartość punktu, szpitale toną w długach. Jeśli państwo nie wymyśli na to lekarstwa, utonie cała publiczna służba zdrowia.
P aństwo, czyli kto? Ano właśnie, to następna choroba. Publiczne lecznictwo ma wprawdzie monopolistę - płatnika, ale nie ma nikogo, kto kreowałby politykę zdrowotną kraju czy jego poszczególnych regionów. Planował potrzeby - liczbę łóżek na poszczególnych oddziałach szpitalnych, liczbę specjalistów, zakupy sprzętowe. Żeby chorzy nie czekali, ale żeby także sprzęt, coraz częściej bardzo drogi, nie stał bezużytecznie. Obecnie, niestety, tak się właśnie dzieje. Właścicielom wystarcza na zakupy nowoczesnych urządzeń, ale wcześniej nie zapytali NFZ, czy płatnikowi wystarczy pieniędzy na zakontraktowanie badań. Budują nowe szpitale, ale nie zamykają starych, wszyscy dostają za to mniejsze kontrakty. W rezultacie tomografy, PET-y czy ultrasonografy pokrywają się kurzem, a za kilka lat staną się bezużyteczne. Zaś właściciele publicznych placówek, czyli: kilku ministrów (oprócz zdrowa także MON i spraw wewnętrznych), kilkunastu wojewodów, marszałków, starostów, a nawet gmin nie porozumiewają się ze sobą. Każdy ciągnie w swoją stronę, a pieniędzy brakuje coraz bardziej.
Z a chwilę ujawni się następna choroba. NFZ ma być podzielony, zdecentralizowany. Najbardziej efektywnie byłoby, gdyby tych oddziałów nie było w kraju więcej, jak 5 - 6. Ale z pewnością zacznie się wojna polityczna, żeby było ich jak najwięcej. Nie dla dobra pacjentów, ale żeby lokalni politycy nie poczuli się mniej ważni.
@RY1@i02/2012/198/i02.2012.198.183000900.802.jpg@RY2@
Joanna Solska, publicystka ekonomiczna, tygodnik "Polityka"
Joanna Solska
publicystka ekonomiczna, tygodnik "Polityka"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu