Sterowanie ręczne. To kusi
Radykalna przebudowa struktur władzy lokalnej dokonana w 1990 r., polegająca na wprowadzeniu samorządu terytorialnego w gminach, stosunkowo szybko oduczyła polityków centralnych sięgania po instrumenty zarządzania dyrektywnego w tej przestrzeni życia publicznego. Może dlatego, że w tamtych czasach lepiej, bo na świeżo, pamiętało się jeszcze, jak wiele zła przyniosło zawiadywanie wszystkim z Warszawy. Przez kilka pierwszych lat próbowano jeszcze zatrzymać w rękach rządu zarządzanie szkołami publicznymi, ale w 1996 r. wszystkie szkoły podstawowe przekazane zostały już jednak do gmin, ponieważ wyliczono, że szkoły w rękach samorządu są po prostu tańsze. A poza tym rząd miał w ten sposób jeszcze jeden problem z głowy. Niech tam teraz kłopotami z Kartą nauczyciela zajmą się wójtowie.
Równie szybko politycy przywykli do zasad gospodarki rynkowej, zrywając tym samym z systemem nakazowo-rozdzielczym, który był niczym innym jak ręcznym sterowaniem.
Okazuje się, że nie tak łatwo jednak pogodzić się z utratą bezpośredniego pociągania za sznurki w wymiarze sprawiedliwości. Wprawdzie konstytucja mówi o niezależności i odrębności władzy sądowniczej, ale jak przychodzi co do czego, to okazuje się, że najlepiej samemu zajrzeć w akta, pojechać na miejsce, pokazać, że się panuje nad resortem - z uzasadnieniem, że ludzie tego oczekują.
W dawnej Rzeczypospolitej wprawdzie szczycono się, że tutaj lex est rex, że król podporządkowany jest prawu, a nie na odwrót, ale to po pierwsze było przecież dawno, a w ogóle to Rzeczypospolita upadła, a tam gdzie królowie wybili się na władców absolutnych, jak u naszych sąsiadów, to państwa rosły w siłę, a ludziom żyło się dostatniej. Wprawdzie Prusy ostatecznie źle skończyły, podobnie jak nasz wschodni sąsiad. Także konstytucyjny charakter rządu w monarchii habsburskiej nie zapobiegł klęsce, bo nagromadzenie skutków błędnych decyzji z okresu absolutyzmu oświeconego było tak duże, że już niewiele można było uratować. Jednak do dziś psy wieszamy na Rzeczpospolitej Obojga Narodów, choć okazało się po wiekach, że zasada podporządkowania władzy prawu jest współcześnie standardem.
Właściwie całą naszą historię można byłoby napisać na nowo z tej tylko perspektywy: ręczne sterowanie czy rządy prawa? Z tego punktu widzenia Kazimierza Wielkiego trzeba byłoby tu wyróżnić szczególnie, zważywszy, że wcześniej żaden polski władca nie kierował się zapisanymi zasadami prawnymi. Tego ducha utrzymywali jeszcze Jagiellonowie, ale już Zygmunt III Waza wyraźnie przedkładał imperatywne kierowanie państwem nad podporządkowanie się zasadom prawa. Jan Kazimierz, a w jeszcze większym stopniu jego żona, również nie mogli rozstać się z wizją rządów niekontrolowanych. Lepiej już było wybrać opactwo w dalekiej ojczyźnie Marii Ludwiki, niż znosić ciężar polskiej korony.
O co więc właściwie chodzi z tym całym prawem i jego literą. O to, by zachowanie się ludzi we wzajemnych relacjach było przewidywalne - żebyśmy nie stwarzali sobie zbyt wielkiej liczby niespodzianek. O ile jeszcze relacje całkowicie prywatne mogą zasadzać się na wzajemnym zaufaniu i otwartości - choć i tu niespodzianki mogą uczynić życie nieznośnym - to relacje władza - obywatel muszą mieć za podstawę ściśle określane zasady, a władza może wkraczać tylko tam, gdzie stworzono ku temu wyraźną, a nie domniemaną podstawę prawną. Także w relacjach między organami państwa. W tej przestrzeni zasady poruszania się muszą być nie mniej jasne, bo organy państwa to też przecież ludzie, a nie jakieś odrębne byty.
Minister sprawiedliwości jako zarazem prokurator generalny to właśnie ktoś, kto miał nieograniczone niemal możliwości ręcznego sterowania w konkretnych sprawach i nieraz to bezpardonowo w nieodległej przeszłości wykorzystywał. Odebranie możliwości ręcznego sterowania postępowaniem karnym w początkowej fazie śledztwa, która - tak jak niestety w czasach minionych - jest uważana za znacznie ważniejszą niż faza postępowania sądowego, było więc istotnym i dawno już oczekiwanym wzmocnieniem zasady państwa prawa.
Jeśli więc ktoś mówi, że rozdział tych dwóch funkcji był błędem, to tak jakbyśmy słyszeli deklarację: prawo to ja (res est lex).
@RY1@i02/2012/191/i02.2012.191.000000400.802.jpg@RY2@
Jerzy Stępień prawnik, były prezes Trybunału Konstytucyjnego
Jerzy Stępień
prawnik, były prezes Trybunału Konstytucyjnego
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu