Kisiel 2.0 czy nowy inżynier Mamoń?
Każdy kryzys ma swoją prehistorię. W wypadku obecnego - zapoczątkowanego krachem na amerykańskim rynku nieruchomości - to szalone lata 80. i 90., gdy bankowość inwestycyjna i fundusze hedgingowe były jeszcze młode, seksowne i przynosiły krociowe zyski. A w samym centrum tego zamieszania siedział Rick Bookstaber.
Robert Gwiazdowski to jedno z najostrzejszych piór polskiej publicystyki ekonomicznej. Dowcipny, nieowijający w bawełnę i... na zabój rozkochany w swoich własnych argumentach. W księgarniach można znaleźć wybór jego felietonów z ostatniego dziesięciolecia pod wymownym tytułem "A nie mówiłem?".
Trzeba przyznać, że pomysł jest intrygujący. Mamy głęboki kryzys. W Polsce jest go trochę mniej, ale w całym zachodnim świecie uważa się, że odsłonił on głębokie sprzeczności kapitalizmu. Ekonomia liberalna jest na cenzurowanym, bo nie tylko sama przyczyniła się do jego wywołania (głosząc tezę o samoregulujących się rynkach, np. finansowym), ale również nie daje narzędzi do wyjścia na prostą (południe Europy jest na najlepszej drodze do tego, by zaoszczędzić się na śmierć). Na tym tle pojawia się Gwiazdowski i mówi: do kryzysu doszło nie dlatego, że było zbyt dużo wolnego rynku, ale dlatego, że było go zbyt mało.
Poparciem tej tezy jest pokaźna pula tekstów, które autor publikował przez dekadę w najróżniejszych miejscach. Głównie we "Wprost" w czasach, gdy tygodnik - jeszcze wtedy pod wodzą rodziny Królów - był ostoją ekonomicznej myśli konserwatywno-liberalnej. To prezentacja konsekwentnych bojów autora z nadmierną biurokratyzacją, pozornym uwolnieniem polskiego rynku z okowów mentalnego socjalizmu i zachłannością niewydolnego polskiego państwa. Mamy tu powtarzane do znudzenia wezwania do wprowadzenia podatku liniowego, likwidacji OFE czy liberalizacji rynku pracy.
Trudno nie schylić czoła przed literackim talentem Gwiazdowskiego. Prawdopodobnie bardziej niż którykolwiek z polskich publicystów piszących o państwie oraz gospodarce zbliżył się do wyrazistości i stylu legendarnego Stefana Kisielewskiego. Mało tego, nieraz Gwiazdowski ma nawet lepsze argumenty, bo jest prawnikiem (specjalizacja prawo podatkowe) i ekonomistą, podczas gdy Kisiel był tylko polonistą i muzykologiem (specjalizacja kompozycja na fortepian).
Jest w tym wszystkim tylko jedno "ale". Gwiazdowski jest klasycznym przykładem kaznodziei próbującego nawrócić tych, co już dawno wierzą. Sam zresztą tego nie kryje: "Jeśli jesteś wrażliwym społecznie zwolennikiem interwencjonizmu państwowego stawiającego sprawiedliwość społeczną ponad wolność prywaciarzy, to chyba nie warto, żebyś męczył się dalszą lekturą (...) Słynny inżynier Mamoń z "Rejsu" też lubił słuchać tylko tych piosenek, które znał" - pisze we wprowadzeniu. Takie niby-przewrotne stawianie sprawy od razu deprecjonuje całą książkę. Sprawia, że trafi tylko do fanatyków, dla których nie liczy się linia wywodu czy okoliczności, ale wyznanie wiary w stylu "liniowy tak, państwo nie". A co z całą resztą, która może by i chętnie wzięła coś z Gwiazdowskiego? Która instynktownie wzdryga się przed publicystyką ekonomiczną głoszącą, że wszystko da się łatwo rozwiązać za pomocą paru chwytów z Hayeka i Friedmana? Oni w konfrontacji z irytującym besserwiserstwem Gwiazdowskiego zbędą tego niewątpliwie utalentowanego publicystę tylko beznamiętnym wzruszeniem ramion. Ku uciesze inżyniera Mamonia.
@RY1@i02/2012/179/i02.2012.179.18600120a.802.jpg@RY2@
Robert Gwiazdowski, "A nie mówiłem?", Wydawnictwo Prohibita, Warszawa 2012
Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu