Kilka wisienek na spleśniałym torcie
Wynik Polaków w Londynie ostatecznie może być lepszy niż w Pekinie . Nie oznacza to jednak, że polski sport jest w formie. To, czy medali będzie dziewięć, czy dwanaście, jest tak naprawdę całkowicie nieistotne
W Polskim Komitecie Olimpijskim i Ministerstwie Sportu nerwowo wpatrują się medalowe rankingi igrzysk i program ostatnich startów Polaków. Jest szansa, że zdobędziemy o dwa medale więcej niż cztery lata temu w Pekinie (10 - trzy złote, sześć srebrnych, jeden brązowy). Na razie mamy dziewięć (dwa złote, jeden srebrny i sześć brązowych), a przecież startują jeszcze nasi wielcy faworyci: Anita Włodarczyk w rzucie młotem oraz kajakarze Marta Walczykiewicz i Piotr Siemionowski.
Lubimy statystyki, jakby zakodowane w nich były jedyne prawidłowe odpowiedzi. Plus jeden, minus dwa, jest lepiej, jest gorzej. Tymczasem to, czy medali będzie dziewięć, czy dwanaście, jest tak naprawdę całkowicie nieistotne. Ogólny obraz się nie zmieni, a w Londynie widać go jak na dłoni: polski sport stoi w miejscu, świat nam odjeżdża; z wynikami, zapleczem i know-how.
W zasadzie trudno mówić o zawiedzionych nadziejach. Było oczywiste, że nie jedziemy do Londynu licytować się na sukcesy z Chińczykami, Amerykanami i Brytyjczykami. Nie ten rozmiar kapelusza. Pomachaliśmy trochę szabelką, wypowiedzieliśmy dziesiątki irracjonalnych życzeń, a potem... było jak zawsze. Tak jak musiało być.
Polski sport od dawna opiera się na wybitnych jednostkach, a nie na systemie. W skokach narciarskich był Adam Małysz, w biegach narciarskich jest Justyna Kowalczyk, w tenisie Agnieszka Radwańska, w ciężarach pojawił się Adrian Zieliński. Ten ostatni to przypadek znamienny. Złoty medal zdobył w sumie na własną rękę, bo jest w konflikcie z Polskim Związkiem Podnoszenia Ciężarów. Jego rozmowa z dziennikarzami kilka godzin po wielkim sukcesie mówiła o polskim sporcie więcej niż najbardziej fachowa analiza. Mniej w niej było o radościach i wzruszeniach mistrza, a więcej oskarżeń pod adresem działaczy.
W pływaniu nadzieje złożyliśmy głównie na barkach Konrada Czerniaka i w mniejszym stopniu Radosława Kawęckiego - innych kandydatów nie było. Mało tego, nowych nie widać. Występ w Aquatics Center zakończył się dla nas klapą.
Sukces odnieśliśmy w zapasach, a Damian Janikowski wyrośnie pewnie na medialną gwiazdę. Ale gdzie jest reszta polskich zapaśników? W lekkiej atletyce - nie licząc złota Tomasza Majewskiego i możliwego triumfu Włodarczyk - klęska. W tenisie klęska. W szermierce klęska totalna. Wymieniać dalej? Mamy problem, którego nie rozwiążą inicjatywy w rodzaju Klubu Polska, czyli programu wsparcia dla olimpijskich nadziei. Wybitne jednostki należy dopieszczać, zapewniać im maksymalny komfort przygotowań, tyle że to jest wisienka na spleśniałym torcie. Wszystko pozostałe leży. Kilkanaście osób ma wszystko, wiele tysięcy nie ma nic. Za tym zdaniem kryje się sugestia przeprowadzenia gruntownych zmian w myśleniu o sporcie i sposobach jego finansowania.
Problem pierwszy, podstawowy, to masowość sportu. Dla przykładu: zwykli Brytyjczycy ćwiczą jak opętani. Kiedy widzi się codziennie tysiące rowerzystów na ulicach Londynu, to potem trudno się dziwić, że Bradley Wiggins wygrywa Tour de France i olimpijskie złoto w jeździe na czas, a kolarze torowi zgarniają na igrzyskach siedem złotych medali. Podobnie jest z wioślarstwem, bo tu pływanie na łódce jest tak oczywiste jak wizyta w pubie. Tenis, bieganie, piłka nożna - uprawiają wszystko, jak leci. A w Polsce ktoś ćwiczący na osiedlu ciągle traktowany jest jak dziwak.
Problem drugi - system. U nas to zjawisko nieznane, dobrych sportowców wychowuje się mimochodem, chałupniczymi sposobami. Jak ktoś będzie miał szczęście, to w końcu załapie się na program stypendialny. Większości się nie udaje. Znów brytyjski przykład. Tu jak postawili na kajakarstwo górskie, to na całego. Wybudowali trzy tory, w klubach trenuje po kilkaset osób. - A u nas? Nie ma co porównywać - uśmiechał się Marcin Pochwała, który razem Piotrem Szczepańskim otarł się w Londynie o medal w C-2. - Mamy jeden tor, w Krakowie, i do tego średni.
Słaba infrastruktura to problem trzeci. Oczywisty. Jest coś jeszcze. Coś trudniejszego do uchwycenia - atmosfera w polskim sporcie. Duszna i ciężka. Czasem dziwna. Mieliśmy przypadek niezwykły: blisko medalu w kajakarskiej czwórce była Aneta Konieczna, u której niedawno wykryto nowotwór. Zamiast poruszającej opowieści o zwycięstwie hartu ducha nad chorobą dostaliśmy temat o związanych z tą sprawą niesnaskach w ekipie, pretensjach. Niesamowita historia zmieniła się w antyhistorię. Polski sport stoi na głowie.
@RY1@i02/2012/155/i02.2012.155.00000160d.802.jpg@RY2@
ap
Adrian Zieliński wywalczył złoto wbrew ciężarowemu związkowi. To wiele wyjaśnia
Przemysław Franczak
Londyn
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu