Piłkarskie sukcesy, czyli premia za kompromitację
Za wywalczenie złota mistrzostw Europy przed czterema laty obiecywano Hiszpanom po 214 tys. euro na głowę, lecz później - w nagrodę - wywindowano premie do pół miliona dla każdego. I nic dziwnego. Gdy ma się gwiazdy, to one kosztują, ale też dają pomnażać zyski. Otóż dzięki wygraniu mundialu w 2010 r. niebotycznie wzrosła stawka za rozegranie z Hiszpanią spotkania towarzyskiego.
- Gdy oferta jest poniżej 2,5 mln euro, odkładamy słuchawkę - dworował sobie całkiem niedawno rzecznik tamtejszego związku.
Polacy? Nam inni nie płacą za rozgrywanie spotkań towarzyskich. To my płacimy. Nic dziwnego. W rankingu FIFA zajmujemy obecnie 62. miejsce, przed nami jest m.in. Sierra Leone (59.). Całe szczęście, że od pewnego czasu nie zagraża nam już Uganda, która jest dzisiaj na 94 miejscu.
Spójrzmy prawdzie w oczy - rankingi, rzecz jasna, nie oddają faktycznego układu sił na świecie. Faktem natomiast jest, że nasi piłkarze wymagania mają niewspółmiernie wysokie do umiejętności. Przed Euro 2012 PZPN ustalił z radą drużyny następującą wysokość premii - 500 tys. euro do podziału za każde zwycięstwo w grupie i 250 tys. za każdy remis. Tym samym za ostatnie miejsce w tabeli i dwa wywalczone punkty każdy z 23 graczy otrzymał ponad 90 tys. zł. Pod tym wszakże warunkiem, że wszyscy dostali po równo, co jednak praktykowane jest rzadko.
To jednak nie koniec fruktów. O ile powyższe premie mają swoje uzasadnienie, o tyle tzw. startowe może wielu bulwersować. Za każde spotkanie wszyscy biało-czerwoni otrzymali po 15 tys. euro. Był to nawet punkt sporny, gdyż rada drużyny próbowała wywindować kwotę do 20 tys. A zatem każdy z naszych reprezentantów zarobił na Euro 2012 - wyłącznie z tytułu premii i startowego - po 150 tys. zł z okładem.
No więc czy można mieć pretensje do zawodników, że wykłócają się o startowe? Nie, nie można. Mają świadomość, że jest tort do podziału i jak najwięcej kawałków trzeba zagarnąć pod siebie. Sporo mówi to jednak o mentalności. Marynarze admirała Nelsona byli niezwyciężeni, bo płacili im tylko za zwycięstwa. Biało-czerwoni o zwycięstwach myśleli mniej, cieszyły ich remisy, Franciszka Smudę również. Smudę, który w ciągu dwuipółletniej kadencji zarobił 5 mln zł, choć celu nie zrealizował.
Nieco inaczej wygląda sytuacja w Polskim Związku Piłki Siatkowej, który kilka tygodni temu przedłużył umowę z Andreą Anastasim. Na tej podstawie Włoch ma prowadzić naszą reprezentację do mistrzostw świata 2014, które odbędą się w Polsce.
- Umowa skonstruowana jest tak jak poprzednia, a wysokość kontraktu uzależniamy od wyników. Pensja jest nieduża, lecz premie są bardzo wysokie. Ostatnio wszyscy mogli być zadowoleni - my z wyników, trener z nagród - mówił przy okazji parafowania nowego kontraktu prezes Mirosław Przedpełski. A trzeba dodać, że wedle nieoficjalnych informacji Anastasi zarabia u nas - bez wspomnianych premii - 10 tys. euro miesięcznie. To pieniądze blisko pięć razy mniejsze od tych, które w końcowej fazie swego selekcjonerskiego kontraktu zarabiał Smuda. Przypomnijmy zatem przy tej okazji, że nasi siatkarze zaczynają regularnie ogrywać Brazylię, uchodzącą w ostatnich latach za światowego hegemona. A jeśli nie ogrywają, to przegrywają po ciężkich bojach.
A piłkarze? Znowu się ośmieszyli.
@RY1@i02/2012/119/i02.2012.119.00000090a.802.jpg@RY2@
AFP/EAST NEWS
Franciszek Smuda
Wojciech Koerber
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu