Kłopoty generuje niewydolny system
Polska ma problemy w przestrzeganiu praw człowieka. Zwróciła na to uwagę rzecznik praw obywatelskich prof. Irena Lipowicz. O niedociągnięciach w tej sferze wspomina także doroczny raport Departamentu Stanu USA. Mamy problemy, bo organizacja sądownictwa w naszym kraju jest zła, chociaż gwoli sprawiedliwości nie bez winy są sędziowie czy prokuratorzy
Pewien były sędzia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości powiedział mi kiedyś konfidencjonalnie, że w chwili rozpoczęcia tam pracy towarzyszyło mu dojmujące i przykre przekonanie o kiepskiej znajomości prawa europejskiego. Pod koniec sześcioletniej kadencji pracy w sądzie luksemburskim świadomość ta uległa - mówił - znacznemu... pogłębieniu. I nie było to tylko jego subiektywne przekonanie, co podkreślał, lecz wynik bacznej obserwacji zachowań pozostałych sędziów.
Nic chyba w tym dziwnego, że mój znajomy miał takie, a nie inne odczucia. Jakby na to nie patrzeć normotwórcza działalność organów Unii Europejskiej, a w szczególności obydwu rad i komisji, warunkowana jest stałym dążeniem do osiągnięcia kompromisu. Niestety zwykle to, co kompromisowe, aczkolwiek użyteczne w momencie zawierania kompromisu, staje się w procesie interpretacji aktu normatywnego źródłem wielu trudności, czasem wręcz nieprzezwyciężalnych. Efekt interpretacji tego, co samo w sobie jest mało precyzyjne - przecież kompromis osiąga się zwykle poprzez użycie pojęć nieostrych, a nawet wieloznacznych - musi więc z natury rzeczy rodzić kolejne kompromisy, tym razem na etapie formułowania sentencji rozstrzygnięcia; pomińmy już problemy z jego uzasadnieniem.
Tak będzie działo się zawsze w przypadku wieloosobowych składów orzekających. Długo można byłoby dywagować na ten temat, przybliżając pracę od tzw. kuchni chociażby polskiego Trybunału Konstytucyjnego, ale obowiązek zachowania tajemnicy sali narad trwa przecież aż po grobową deskę, a nawet... jeden dzień dłużej. Obraz ścierania się różnych poglądów na tę samą, wyraźnie wskazaną granicami sprawy kwestię, da się stosunkowo łatwo uchwycić poprzez lekturę zdań odrębnych sędziów niezgadzających się ze stanowiskiem większości. Ale w Trybunale Luksemburskim zdań odrębnych nie ma. Sędziów do Luksemburga wskazują bowiem poszczególne rządy, chyba więc lepiej, że nigdy nie dowiedzą się, jak w konkretnych sprawach zachowywali się ich sędziowie. Instytucja zdania odrębnego tworzyłaby bowiem w pewnych sytuacjach presję na jego zgłoszenie po myśli wąsko pojmowanego interesu narodowego. Zbyt daleko idąca odwaga i poczucie niezależności sędziego wobec swojego rządu mogłyby być także wykorzystywane przeciwko nim w postępowaniu decydującym o następnej kadencji. Sędziowie luksemburscy mogą bowiem ubiegać się o jej powtórzenie.
Z tego i nie tylko z tego ostatniego punktu widzenia sytuacja Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (czyli Trybunału Strasburskiego) jest zgoła odmienna. Sędziów wybiera Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy, zakazu zgłaszania zdań odrębnych tu nie ma, zgoła inna jest też podstawa orzekania tego sądu.
Europejska konwencja praw człowieka to akt szacowny, w swojej zasadniczej warstwie niezmienny, uzupełniany jedynie protokołami dotyczącymi bardzo konkretnych sfer ochrony. Uchwalony u początków Rady Europy, ma już ponad 60 lat, a obowiązuje niewiele mniej. Polska ratyfikowała Europejską Konwencje wraz z przyjęciem nas do Rady Europy, czyli równo dwadzieścia lat temu (w Unii Europejskiej jesteśmy dopiero lat osiem). Nie od rzeczy będzie zaznaczyć, że w porównaniu z morzem, a może nawet oceanem europejskiego prawa unijnego, europejska konwencja to zaledwie jezioro - co prawda jezioro głębokie, ale jednak z bardzo przeźroczystą wodą. Choć inni mogą nazwać ją raczej wyspą na morzu europejskich regulacji. I to wyspą niewielką, gdzie schronili się rozbitkowie wielu meandrów powikłanej europejskiej historii, ratując z tego chaosu, to co najcenniejsze dla dorobku ludzkości w zakresie podstawowych praw i wolności.
Europejska konwencja jest bowiem podsumowaniem całego dotychczasowego cywilizacyjnego dorobku naszego euroatlantyckiego kręgu kulturowego w dziedzinie rozwiązań prawnych dotyczących jednostki ludzkiej - wszystkiego tego, co Europa z mozołem wieków, a Stany Zjednoczone AP od końca XVIII w., tworzyła z myślą o przyrodzonej i niezbywalnej godności człowieka - by użyć tu formuły naszej konstytucji z art. 30.
Europejska konwencja słusznie jest nazywana "klejnotem w koronie Rady Europy", bo jest to niewątpliwie największe osiągnięcie tej organizacji, a sąd strasburski jest też z pewnością najważniejszym jej organem. Jego pozycja ulegnie zasadniczemu wzmocnieniu z chwilą, kiedy Unia Europejska ratyfikuje europejską konwencję, a stanie się tak niechybnie, bo ten obowiązek wynika wprost z treści Traktatu Lizbońskiego i jest wyjątkowo jasny, precyzyjny i mimo wszystko nieuchronny.
Europejska konwencja - w przeciwieństwie do prawa unijnego - jest łatwa w lekturze, żeby nie powiedzieć wręcz przyjemna, a interpretowana przez ponad półwiecze, stała się doskonałym narzędziem w rękach każdego sędziego. Od wielu już lat organizowany jest przez polską sekcję Międzynarodowego
Stowarzyszenia Prawników konkurs o tytuł Honorowego sędziego europejskiego, w którym ocenia się najlepsze pod kątem stosowania prawa konstytucyjnego i europejskiego uzasadnienia orzeczeń. Na konkurs wpływa zwykle kilkadziesiąt zgłoszeń, co dowodzi, że w Polsce jest wielu ambitnych sędziów, którzy bardzo poważnie traktują swoją misję.
Mimo to jako państwo ciągle przegrywamy w Strasburgu - przede wszystkim z powodu wadliwych orzeczeń sądowych, głównie dotyczących stosowania tymczasowego aresztu jako środka zapobiegawczego, oraz z uwagi na przewlekłość postępowania. Nie sądzę, by był to efekt nieznajomości europejskiej konwencji wśród sędziów, choć taką możliwość dostrzegł ostatnio rzecznik praw obywatelskich, zwracając się w tej sprawie do ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina. Złe stosowanie aresztów czy przewlekłe postępowanie to raczej skutek nie tyle nieznajomości prawa, ile wadliwego jego stosowania.
Upieram się, że chybione, a nawet bezprawne areszty są po prostu wynikiem złej organizacji sądownictwa, które w aktualnym stanie sprawia, że nikt w pełni nie czuje się gospodarzem śledztwa - bo ani policja, ani prokuratura, ani w końcu i sam sędzia nie dysponują skutecznym narzędziem zarządzania tym etapem postępowania. Każdy ogląda się na kolegę, bo nikt ostatecznej odpowiedzialności za efekt śledztwa nie ponosi. Jest ono rozproszone i tym samym niepełne. Jestem przekonany, że dopóki nie przywrócimy instytucji sędziego śledczego, albo przynajmniej nie wprowadzimy sędziego do spraw śledztwa - choć w tym drugim rozwiązaniu też widzę pewne zagrożenia - tak długo tego odcinka postępowania karnego nie uzdrowimy. A przecież początkowa faza śledztwa (dochodzenia) jest zupełnie podstawowa, a czasami znacznie ważniejsza od wyroku sądowego - na przykład uniewinniającego po kilkunastu latach.
Przewlekłość postępowania to całkiem inna materia, leżąca przede wszystkim po stronie złej techniki pracy samego sędziego i prokuratora. W ciągu blisko dziesięciu lat orzekania w sądach powszechnych, co prawda w cywilnych, dość się napatrzyłem na sprawy, które przyszło mi rozstrzygać po kilkunastu latach od ich wpływu, często będąc sam którąś tam z rzędu osobą w kolejce. Tak więc sam mam na sumieniu wystarczającą pod tym względem liczbę grzechów, bym nie wiedział, co to jest oportunizm sędziowski, a czasami lęk przed podjęciem decyzji, a nawet najzwyklejsze w świecie lenistwo. Owszem są pewne proceduralno-prawne uwarunkowania przewlekłości postępowania (instytucja zwrotu do postępowania przygotowawczego, brak odpowiedniej selekcji dowodów na wstępnym etapie), lecz nie one są decydujące dla ogólnego obrazu sprawności sądownictwa.
Ale jeśli miałby ktoś naprawdę trudności z ogarnięciem europejskiej konwencji i przezwyciężeniem pewnego psychicznego oporu przed sięgnięciem po źródło, bo wydaje się ono być mimo wszystko rozległym już nie tylko strumieniem, ale wręcz rozlewiskiem - to naprawdę polecam dwutomowy komentarz do europejskiej konwencji autorstwa wielu wybitnych znawców tej problematyki, który został przygotowany pod redakcją profesora Leszka Garlickiego - naszego wieloletniego sędziego w sądzie strasburskim, a wcześniej sędziego Trybunału Konstytucyjnego i autora cenionego w środowisku akademickim, wielokrotnie wznawianego podręcznika prawa konstytucyjnego. Spędziłem z tym komentarzem, bezpośrednio po jego niedawnym wydaniu, kilka ładnych godzin w bibliotece, zachwycając się jego konstrukcją i doborem tematów, nie wspominając już o galerii znakomitości jako jego autorów. I nie odłożyłem go na dalszą półkę. Naprawdę wszystko jest tam na najwyższym merytorycznym poziomie, a ponieważ autorami są wybitni prawnicy - praktycy, komentarz ten stał się świetnym narzędziem w codziennej pracy każdego prawnika. Nie wyobrażam sobie, by mógł być tylko ozdobą sądowej czy też prywatnej biblioteki.
Pomyślałem sobie przez chwilę, że ktoś, kto by nie czerpał z tej lektury przyjemności - możliwej wszakże od czasu do czasu także w prawniczej profesji - powinien zastanowić się głównie nad sobą. Przede wszystkim powinien odpowiedzieć na pytanie, czy dokonany swego czasu wybór zawodu sędziego, prokuratora czy adwokata nie był przypadkiem... życiową pomyłką? Zawsze przecież jest czas na zmiany. Jest przecież tyle innych pięknych zawodów - jak zwykł mawiać pewien przedwojenny profesor do adeptów niezdradzających prawniczych predyspozycji.
Przegrywamy w Strasburgu przede wszystkim z powodu wadliwych orzeczeń sądowych, dotyczących stosowania tymczasowego aresztu jako środka zapobiegawczego, oraz z uwagi na przewlekłość postępowania
@RY1@i02/2012/104/i02.2012.104.070000600.803.jpg@RY2@
fot. Michel Christen
Polska jest w niechlubnej czołówce państw, które przegrywają sprawy przed strasburskim sądem
@RY1@i02/2012/104/i02.2012.104.070000600.804.jpg@RY2@
Jerzy Stępień, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w latach 1999 - 2008, prezes TK w latach 2006 - 2008 Uczelnia Łazarskiego
Jerzy Stępień
sędzia Trybunału Konstytucyjnego w latach 1999 - 2008, prezes TK w latach 2006 - 2008 Uczelnia Łazarskiego
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu