Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Jak pękły trzy balony, czyli wygrana musi zrodzić się z niczego

26 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

W 2002 r. Jerzy Engel jechał po Puchar Świata, w latach 2006 i 2008 mieliśmy ograć Niemców. Teraz jest spokojniej, więc może będzie sukces

Po zgrupowaniu w austriackim Lienzu Franciszek Smuda wybrał 23 najlepszych jego zdaniem piłkarzy, którzy zapewnić mają realizację planu minimum w Euro 2012, czyli wyjście z grupy. Podczas przygotowań Polacy zdołali ograć Łotwę i Słowację po 1:0.

Pięknego gola wbił Słowakom Damien Perquis. Jego obecność w kadrze Smudy od początku wzbudzała kontrowersje. Urodzony we Francji wnuk polskich emigrantów nawet nie mówi po polsku, przez ostatnie miesiące w ogóle nie trenował z powodu kontuzji łokcia. Przyzwoita gra drużyny Smudy w pierwszej połowie i coraz lepsza integracja "farbowanych lisów", jak złośliwie nazywa się grupę obcokrajowców z polskimi paszportami, sprawia, że zaczynamy mieć nadzieję, iż nasz udział w turnieju nie potoczy się według wyświechtanego scenariusza. W ostatnich latach graliśmy przecież tylko trzy mecze: otwarcia, o wszystko i o honor.

Łudzimy się, że nie będziemy po raz czwarty świadkami tego, co stało się z drużynami Engela w 2002 r., Janasa w 2006 r. i Beenhakkera cztery lata temu. Biorąc pod uwagę przesłanki czysto racjonalne, to niestety powinna być powtórka z rozrywki. Jesteśmy najniżej w rankingu FIFA spośród uczestników Euro. Atmosfera wokół kadry jest senna, kibice - boleśnie dotknięci poprzednimi porażkami - też są sceptyczni.

Co odróżnia atmosferę wokół reprezentacji Polski przed Euro 2012 od sytuacji, jaka miała miejsce przed trzema innymi wielkimi turniejami z udziałem Polaków? Balon nie jest nadmuchany nawet do połowy. Zawodnicy i trener też wydają się twardo stąpać po ziemi, zdając sobie sprawę z własnych ograniczeń. Znaleźliśmy się na dokładnie przeciwnym biegunie niż 10 lat temu, kiedy to Jerzy Engel triumfalnie po 16 latach wprowadził polski zespół do finałów mistrzostw świata.

Większość zawodników podstawowej jedenastki miała wtedy miejsca w poważnych klubach: Świerczewski w Marsylii, Hajto i Wałdoch w Schalke, Dudek w Liverpoolu. Wszyscy naładowani energią, pewnością siebie, a nawet butą.

Trener był tak przekonany do swojej jedenastki, że nie zwracał nawet uwagi na to, że podczas treningów lepiej prezentują się będący w życiowej formie zawodnicy z polskiej ligi. Wykorzystał ich dopiero w meczu o honor z USA i dzięki temu wygraliśmy 3:1.

Janasa cztery lata później uratowały gole Frankowskiego w decydującej fazie eliminacji i nadzieje, że tym razem to już nie popełnimy błędów ery Engela, odżyły. Janas, zupełnie inny typ osobowości niż Engel, zrobił z reprezentacji twierdzę. Najpierw odstrzelił twórców swojego sukcesu: Dudka, Kłosa, Rząsę i Frankowskiego, a później odizolował się od świata i przestał rozmawiać z dziennikarzami. Wiara Polaków była jednak ogromna, bo graliśmy... u siebie. Tak, tak. Na stadionie w Gelsenkirchen w meczu z Ekwadorem zasiadło 40 tys. Polaków. Przegraliśmy 0:2, ale kilka dni później znów wróciła nadzieja. Stawaliśmy przecież w meczu o wszystko przeciw Niemcom. "Za Grunwald, za II wojnę światową, za kpiny z Polaków w reklamie Media Markt". Ten mecz to było wydarzenie rangi narodowej. Skończyło się jak zwykle.

Dwa lata później wydawało się, że znalazł się wreszcie gość, który będzie w stanie wyprowadzić nas z futbolowego zaścianka. Zakochaliśmy się w Leo Beenhakkerze. Holender zauroczył piłkarzy banalnymi prawdami, które wypowiadane w języku angielskim brzmiały tak... światowo. Wyznacznikiem nowej ery miał być supermecz z Portugalią w Chorzowie, wygrany w kapitalnym stylu 2:1. Piłkarze wynalezieni przez Leo tacy jak Golański, Bronowicki czy Błaszczykowski przyćmili gwiazdy Ronaldo czy Simao. "Leooo, Leooo" - niosło się po trybunach. Holender jawił się jak ktoś ekstra, z lepszego świata, który potrafił dostrzec w nas coś, czego nie potrafili znaleźć polscy trenerzy. PZPN płacił mu fortunę (Smuda nie zarabia nawet połowy tego). Jego szorstkość łagodziła urocza rzeczniczka, która nie tłumaczyła takich przymiotników jak "fucking", którymi chętnie rzucał. Po zawalonym przez siebie turnieju w Austrii naciągnął jeszcze PZPN na przedłużenie kontraktu i został zwolniony dopiero, gdy w następnych eliminacjach wyprzedził jedynie San Marino.

O Smudzie i jego drużynie nikt już nie mówi tak dobrze, nadzieje nie są rozbudzone, nie zanosi się na jakiś narodowy zryw. Sukces odebrany byłby jako niespodzianka. Może to dobrze? Może zwycięstwo musi zrodzić się z niczego?

@RY1@i02/2012/104/i02.2012.104.00000160d.801.jpg@RY2@

Paweł Ulatowski

Leo Beenhakker zauroczył piłkarzy banalnymi prawdami. Skończyło się jak zwykle

Cezary Kowalski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.