Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

W demokracji partie polityczne nie są niezbędne

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 16 minut

Utarło się przekonanie, że partie polityczne są w demokracji koniecznym złem. Powtarzają to politycy (Leszek Miller, ale także Adam Hofman), powtarzają publicyści, a nawet politolodzy. A przecież to nieprawda. Co więcej, można bez ryzyka stwierdzić, że dobra demokracja nie potrzebuje partii politycznych. Do czego są one bowiem obecnie potrzebne? Jedynie do przeprowadzenia wyborów na wszystkich poziomach, chociaż na poziomie samorządowym często potrafimy się bez nich obejść.

Skąd zatem to przekonanie o niezbędności partii politycznych? Z czasów już zamierzchłych, kiedy to partie powstały i rozwijały się, czyli z wieku XIX i pierwszej połowy wieku XX. Partia - dosłownie część - polityczna stanowiła przez półtora wieku reprezentację części społeczeństwa, która, czasem bardzo gwałtownie, polemizowała z innymi częściami społeczeństwa. Partie - to nie marksizm, lecz prawda - reprezentowały konkretne wielkie grupy społeczne. Liberałowie - przedsiębiorców, konserwatyści - ziemiaństwo, socjaliści - ludzi pracy, a ludowcy - wiadomo kogo. Te części społeczeństwa miały odmienne interesy, więc był sens w sporze o realizację interesu ogólnego. Partie czasem współpracowały, a czasem walczyły ze sobą, toczyły niemal wojny lub wprost wojny domowe (jak w Hiszpanii). O dziwo jednak od połowy XX wieku w świecie zachodnim (oczywiście tym niekomunistycznym) coraz więcej partie łączy niż je dzieli.

A istniejące do dzisiaj przedmioty sporu nie wynikają z przesłanek ideologicznych ani z faktu reprezentowania określonej grupy społecznej (a przynajmniej nie powinny wynikać), lecz z tego, że świat jest bardzo skomplikowany i dyskusja na temat realizacji oczywistych celów będzie się zawsze toczyła. Przecież wszystkie partie, wyjąwszy antykwaryczne osobliwości, godzą się z poglądem, że mechanizmy wolnorynkowe powinny dobrze funkcjonować, że obywatele powinni mieć zagwarantowane prawa edukacyjne, zdrowotne czy emerytalne, że w polityce zagranicznej lepszy jest pokój niż wojna. I tak dalej. Spór dotyczy jedynie środków prowadzących do tych celów, a każdy rozsądny człowiek wie, że środki te powinny być stosowane zależnie od sytuacji.

Posłużmy się przykładem interwencjonizmu państwowego. Bzdurna jest teza, że interwencjonizm państwowy czy silne państwo jest zawsze złem. Po dominacji międzynarodowych spekulacji finansowych wszystkie państwa cywilizowane na rozmaite sposoby ograniczyły swobodę takich spekulacji, czyli stały się silniejsze. Ale za pewien czas ograniczenia te mogą się okazać zbędne. A zatem trzeba reagować na zawsze zmienną rzeczywistość, nie trzymać się żadnych dogmatów i debatować o konkretach, a nie z pozycji ideologicznych (partyjnych) na przykład o OFE. Niestety w Polsce mamy do czynienia tylko z anachronicznym ideologizowaniem tego i wielu innych problemów publicznych, a także gospodarczych.

Skoro cele są w zasadzie doskonale znane, a środki powinny być dostosowane do bieżącej chwili, to po co komu partie polityczne? Ponieważ organizmy te są przydatne politykom oraz - jak wszystkie instytucje - walczą o przetrwanie, więc wymyślają rzekomo istotne różnice, jakie je dzielą i jakie stanowią składniki ich nieistniejących programów. Stąd wielka rola problemów ważnych, ale całkowicie drugorzędnych jak moralność seksualna - i to wielka rola we wszystkich państwach demokratycznych. Jak nie ma się o co spierać, to zostaje tylko spór o Marynię. W gruncie rzeczy nawet partie tak całkowicie skłócone i przeciwstawne jak PiS i PO, ale także SLD i PSL różnią tylko niuansami oraz retoryką i demagogią, a różnice faktyczne są niewielkie. Gdyby PiS doszedł w Polsce do władzy, to - wbrew zapowiedziom jego szefa - niewiele nowego mógłby zdziałać, gdyż zasadnicze mechanizmy życia publicznego są już ustalone. Może lepiej zająłby się służbą zdrowia, a może gorzej. Tak czy owak różnica byłaby na granicy niezauważalności. Nie wynika z tego, że jest nam obojętne, kto wygra, ale tylko dlatego, że nie lubimy pewnego typu retoryki. Oczywiście zmiana nastąpiłaby, gdyby wygrało jakieś ugrupowanie radykalne, ale to na razie nie wchodzi w grę. Dlatego śmieszą mnie spekulacje na temat różnic programowych ostatnio skupione wokół Jarosława Gowina i większości PO. Takich różnic brak, a dopóki ani jedni, ani drudzy nie pokazują, jak realizowaliby odmienne cele, mamy do czynienia jedynie ze zwyczajną nielojalnością Gowina, to jednak nie jest program partii politycznej.

Zostawmy Polskę i spójrzmy dla przykładu na Francję. Otóż mam tam przyjaciół, którzy zawsze głosowali na socjalistów, potem ich uwiódł Sarkozy, bo myśleli, że jest energiczny i decyzyjny, rozczarowali się i zagłosowali na Hollandea, który też - jak się okazało - nie ma nic szczególnego ani do powiedzenia, ani do zrobienia. Po co zatem te igraszki i - co tu dużo mówić - przedwyborcze kłamstwa, które w stopniu zasadniczym zniechęcają ludzi do polityki? Po to, żeby zachować system partyjny. Czyżby doprawdy było to w czyimkolwiek interesie poza samymi aparatami partyjnymi?

Pada naturalne pytanie, czy i jak można sprawować rządy demokratyczne, czy można w ogóle urządzić demokrację bez partii politycznych, a zatem bez wyborów powszechnych, przeprowadzanych na takiej zasadzie, jak to się czyni obecnie. Z dnia na dzień taka zmiana jest niemożliwa, ale jest kilka sensownych propozycji, które - nie wątpię w to - doczekają się realizacji. Jakie to propozycje?

Jedna polega na umiarkowanym anarchizmie w duchu libertariańskim, czyli na radykalnym ograniczeniu roli państwa i oddaniu większości decyzji społecznościom lokalnym. Jest dzisiaj całkowicie możliwe i tak jak ludzie coraz częściej skrzykują się przez internet, żeby podjąć jakieś konkretne działania, najczęściej - przeciwko komuś lub czemuś, bo to łatwiej - podobnie mogliby, niekoniecznie za pomocą internetu, decydować o programach szkolnych czy o inwestycjach w energetykę. Ekspertów zawsze można wynająć i posłuchać, ale ich zdanie nigdy nie powinno być decydujące.

Inny pomysł polega na stworzeniu armii rzeczywiście zawodowych urzędników, a decyzje polityczne podejmowaliby politycy zmieniający się rotacyjnie. Decyzji tych byłoby doprawdy niewiele, chociaż miałyby istotny charakter. Współczesne partie polityczne takich decyzji unikają jak ognia, bowiem każda jest obarczona ryzykiem wyborczym. Gdyby sprawowali władzę rotacyjnie, nie mieliby się czego obawiać. Na nikłą skalę system ten sprawdza się w Szwajcarii. Chodzi jednak przede wszystkim o to, żeby uniknąć sytuacji doprawdy idiotycznej, w jaką zostaliśmy wpędzeni: ważne są opinia publiczna, media, odpowiednie decyzje partii politycznych, a interes narodowy czy interes ogółu na końcu, jeżeli w ogóle.

Jest wiele innych pomysłów na zakończenie ery partii politycznych, ale w istocie chodzi tu o zakończenie ery polityki jako zawodu. Na całym świecie kształci się ludzi, którzy mają uzyskać wiedzę przydatną i wręcz niezbędną do uprawiania polityki. Zarazem wiadomo, że wiedzy takiej nie można zdobyć na uniwersytecie, a potrzebne są doświadczenie, talent i intuicja. Kiedy w XX wieku powstał zawód polityka, nie myślano o tym, co zrobić z przegranymi politykami, którzy zostali zmuszeni do zaprzestania uprawiania zawodu. A wobec tego - polityk to też człowiek - trzymają się swoich partii jak deski ratunkowej, żeby tylko nie zostać na lodzie, bo wtedy tragedia - nic nie umieją i nie mają gdzie pójść pracować.

Otóż polityka nie powinna być zawodem, lecz - wracając do znanej dystynkcji Maxa Webera - powołaniem. Zaś ten, kto realizuje swoje powołanie, nie może oczekiwać, że będzie traktowany jak normalny urzędnik. Kiedy ktoś obiera karierę muzyka, malarza czy pisarza, musi liczyć się z tym, że jeżeli okaże się średni czy mierny, jego żywot będzie marny. Ale możliwy jest także wielki sukces. Podobnie powinno być z politykami. Komu marzy się udział w wielkiej demokratycznej przygodzie, ten nie może być partyjnym wyrobnikiem, lecz musi być przewodnikiem demokratycznego społeczeństwa. A partia polityczna w takim przypadku jest tylko zawadą.

Politycy unikają decyzji jak ognia, bowiem każda jest obarczona ryzykiem wyborczym. Gdyby sprawowali władzę rotacyjnie, nie mieliby się czego obawiać

@RY1@i02/2013/168/i02.2013.168.00000210a.803.jpg@RY2@

Marcin Król historyk, filozof idei

Marcin Król

historyk, filozof idei

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.