Lekarze na smyczy NFZ
Kontroling i monitoring - kto ma w ręku takie narzędzia, działa z pozycji silniejszego. Rodzice nadzorują, czy ich dziecko odrabia lekcje, czy nie pije i nie wagaruje. Za naruszenie zasad - kara. Nad uczniami wisi jeszcze sprawiedliwa ręka nauczycieli.
Im dalej w las, tym gorzej. Odpowiedzialność przed kierownikiem, prezesem. Przed różnymi instytucjami, z sądami włącznie. Wszędzie widmo kary, sankcji. Gorzej, jeżeli wiąże się to z uszczerbkiem finansowym i brakiem możliwości kontynuowania działalności. Nie, ten tekst nie będzie o "Układzie zamkniętym", który pokazuje, jak zniszczyć dobrze prosperującą firmę. Będzie o lekarzach i wszechobecnym NFZ.
W mediach nie brakuje informacji o kontrolerach funduszu, którzy wizytami i pytaniami nękają lekarzy i prowadzących szpitale czy przychodnie. Ich wścibskie nosy obwąchują wszystkie kąty, dokumenty i sprawozdania. Z relacji lekarzy wynika, że czują się wręcz zastraszani. Jako przykład podają psychozę, jaką wywołało w ubiegłym roku wejście w życie ustawy refundacyjnej i drakońskich kar za błędne wypisanie recepty. I nie ma większego znaczenia, czy recepta została sfałszowana z premedytacją, żeby wyłudzić publiczne pieniądze, czy pomyłka była niezamierzona. Zaprzyjaźniony dermatolog potwierdza, że w zasadzie od roku stara się wypisywać recepty na leki z odpłatnością na 100 proc., mimo że są refundowane przez fundusz. - Tak robi większość. Ja nawet dla swojej rodziny leki przepisuję bez zniżek. Nie potrzebuję dodatkowych kłopotów ze strony NFZ, a kar płacić też nie zamierzam - tłumaczy specjalista.
Inni dodają, że fundusz stosuje starą, ale sprawdzoną metodę nękania "partnerów". Najpierw nakłada na nich obowiązek wykonywania dodatkowej papierowej pracy, mnoży wymogi biurokratyczne, które nie mają nic wspólnego z poprawą warunków leczenia pacjentów, by później wytykać błędy w dokumentacji i... dotkliwie karać, a tą karą może być nawet utrata kontraktu. Jego brak równa się zakręceniu kraniku z publicznymi pieniędzmi.
Z danych samego NFZ wynika, że w ubiegłym roku w ciągu trzech kwartałów przeprowadził 2396 kontroli. Najwięcej w zakresie ambulatoryjnej opieki specjalistycznej. Drugie miejsce przypadło szpitalom. Skutki finansowe - według funduszu placówki medyczne niewłaściwie udzieliły świadczeń na łączną kwotę 63,9 mln zł. Najczęstsze nieprawidłowości? W zasadzie te same od lat - zła klasyfikacja usługi, wykazywanie jako hospitalizacji świadczeń, które mogły być wykonane w warunkach ambulatoryjnych, czy brak w dokumentacji medycznej potwierdzenia wykonanych procedur. W końcu brak medycznego uzasadnienia do rozliczenia wskazanej procedury.
Ktoś zapyta - to w końcu fundusz nęka kontrolami czy nie? Według NIK raczej nie. Z raportu izby wynika, że w placówkach, z którymi fundusz zawarł umowy, kontrolerzy mają szansę pojawić się średnio raz na 12 lat (np. w przychodniach raz na 24 lata, a w gabinetach stomatologicznych raz na 18 lat). W latach 2003-2012 na 250 zbadanych jednostek służby zdrowia szpitale kontrolowane były od kilku do kilkunastu razy. Ale w tym samym czasie ponad 54 proc. podmiotów udzielających innych rodzajów świadczeń nie podlegało kontroli ani razu. Ta nierównowaga sprawia, że większość jednostek służby zdrowia jest poza nadzorem NFZ, a niektóre zakresy świadczeń medycznych pozostają w ogóle poza jakąkolwiek kontrolą.
Zakładam, że raport NIK nie zawiera przekłamań. Skąd więc tak głębokie przekonanie w środowisku medycznym o Wszechobecnym Bracie? O kontrolach, które nie służą niczemu innemu tylko wyłapywaniu niewinnych lekarzy? To efekt monopolizacji pozycji funduszu. Skoro nie ma wyboru, lekarze, szpitale i przychodnie muszą przystawać na warunki narzucane im z góry, bez negocjacji. A to tylko potęguje wrażenie spychania ich do roli nie partnerów, ale co najwyżej petentów. Ta sama instytucja kontraktuje świadczenia, ale także decyduje, ile mają one kosztować i ile dana placówka może ich wykonać w konkretnym roku. NFZ od zarania jego powstania (2003 r.) był skazany na porażkę. Wszyscy o tym wiedzieli, tylko nikt nie chciał tego mówić, zwłaszcza że jego poprzedniczki, czyli kasy chorych, właśnie zostały skazane na śmierć. To rodzi frustracje. Dopóki jednak monopol będzie usprawiedliwiał dyktat, przekonanie lekarzy, że nikt nie wystawia za nimi listy gończej, będzie w zasadzie niemożliwe. Na koniec mogę tylko zacytować Stephena Kinga ("Czarna bezwiedna noc"): "Zamartwianie się tym, nad czym nie mamy kontroli, jest bez sensu, prawda?". Może mało odkrywcze, ale w życiu czasami pomaga.
@RY1@i02/2013/087/i02.2013.087.000000400.802.jpg@RY2@
Dominika Sikora zastępca redaktora naczelnego DGP
Dominika Sikora
zastępca redaktora naczelnego DGP
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu