Liberalne baśnie braci Grimm
W raz z cypryjską zawieruchą dotyczącą (niezrealizowanego) podatku od depozytów po raz kolejny podniosły się głosy dotyczące zasadności ratowania depozytariuszy i banków. Robert Gwiazdowski nawołuje na blogu do niepomagania: "Jak wyłączymy prawo do upadłości, rynek działać przestaje". Jego myśl wpisuje się w popularną narrację, że banki rozdęły się do niesamowitych rozmiarów przez współpracę z rządem. Diagnoza słuszna, ale niespecjalnie pomocna. W modelu idealnym uniemożliwimy kartelowi rządowo-bankowemu doprowadzenie nas do dzisiejszej sytuacji. Jednak w realu w takiej sytuacji już jesteśmy. Trzeba zmienić punkt widzenia z marzycielskiego na realistyczny.
Decyzja z 1929 roku, żeby nie ratować amerykańskich banków, przyniosła katastrofalne skutki. Jakkolwiek oceniać politykę prezydenta Hoovera, trzeba się zgodzić, że jego przypatrywanie się temu, jak upada co czwarty bank, tylko spotęgowało kryzys. Roosevelt kontynuował wiele niewłaściwych akcji poprzednika, ale wprowadził też, ano właśnie, państwową gwarancję depozytów. Powstrzymała ona falę upadłości, stabilizując podaż pieniądza. Gospodarka natychmiast się odbiła. I to jak: wzrost gospodarczy w latach 1934-1936 osiągał nawet 10 proc. rocznie.
Dlatego w czasie kryzysu ratowanie banków to karta, którą (niestety?) trzeba zagrać. Gwiazdowski się irytuje, że ratowanie banków rozlewa się po świecie. Sam jednak pisze z pochlebstwem o Islandii, która banki nie tylko wyratowała, ale znacjonalizowała (!) i spłacała prywatnych wierzycieli, ksenofobicznie zresztą - bo tylko wierzycieli z Islandii. Mogła tak zrobić, bo nie należy do strefy euro.
Czy należy rozumieć, że w podobnych sytuacjach powinniśmy znacjonalizować banki i pogardzając zagranicznymi inwestorami, ratować tylko rodaków? A może istnieje jakiś sprytny, prosty plan wyjścia ze strefy euro? Nie wyczytamy tego niestety w tekście Gwiazdowskiego. Trudno, może ktoś powiedzieć, nie wyczytamy akurat w tym tekście, ale może w innych owszem. Warto jednak zwrócić uwagę, że jest sporo liberałów w Polsce, którzy na takim miłym dla ucha doktrynerskim peplaniu się zatrzymują. Głos liberałów na pewno byłby silniejszy, gdyby proponowali konkretne recepty - w naszym świecie, a nie w świecie rodem z baśni braci Grimm oraz tekstów von Misesa.
@RY1@i02/2013/058/i02.2013.058.00000280a.802.jpg@RY2@
Jan Wróbel dziennikarz i publicysta
Jan Wróbel
dziennikarz i publicysta
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu