Elektrownie i budżet państwa mają pod wiatr
Argumenty koncernów energetycznych są proste. Skoro nadzorca nie zgadza się na likwidację części naszych bloków energetycznych, bo uważa, że są one niezbędne do utrzymania ciągłości energetycznej (czyli mają gwarantować, że w razie gwałtownego wzrostu zapotrzebowania na energię w kraju nie zapadną egipskie ciemności), to niech państwo do nich dopłaci. Bo duża część z nich jest obecnie nierentowna. Spowolnienie gospodarcze ograniczyło popyt na prąd ze strony przedsiębiorstw, cena krajowego węgla jest wysoka, bloki pracują na pół gwizdka, a utrzymanie ich, zwłaszcza tych starszych, kosztuje. Wiatr w oczy, i to dosłownie, bo do wymienionych już problemów dochodzi jeszcze kłopot z wiatrakami. W myśl unijnych przepisów część energii produkowana w krajach członkowskich musi być zielona, czyli ze źródeł ekologicznych, np. wiatraków. Na domiar złego jeśli wiatr akurat wieje, to dystrybutor ma obowiązek puszczać do sieci energię z wiatru. W przypadku każdego innego towaru można by go zmagazynować, ale prądu się nie da. Więc przy ograniczonym popycie część bloków węglowych nie jest w danym momencie potrzebna.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.