Wojna. Metoda ekonomii
Carl von Clausewitz powiedział, że wojna jest jedynie kontynuacją polityki, tyle że innymi metodami. Parafrazując, można rzec, że jest też kontynuacją ekonomii z użyciem oryginalnych narzędzi.
Ostatnio medialną karierę zrobił (skądinąd zasłużenie) analityk doskonale znany i bardzo ceniony na rynku kapitałowym, lecz dotychczas niekoniecznie mający do czynienia z szerszą publicznością. Chodzi o Wojciecha Białka z CDM Pekao. Fragmenty jego wykładu (z niedawnej konferencji "Profesjonalny Inwestor" dla giełdowych graczy) zrobiły furorę w internecie. Powiedział - idę o zakład, że pół żartem, ale i pół serio - że czeka nas wojna. Rozpocznie się w 2015-2016 r. Oczywiście dodał, że sugerują to wykresy giełdowe i historyczne porównania, ale na to mniej już zwracano uwagę.
To tylko żarty?
Niestety, choć wiadomo, kiedy ona wybuchnie, nie jest jasne, jaką dokładnie potencjalną wojnę ekspert ma na myśli. Ponieważ mówi o przyszłości, należy założyć, że nie chodzi o przeszłe czy nawet trwające konflikty w Iraku, Syrii, Afganistanie ani nawet na Ukrainie. Niewykluczone, że któryś z nich może stać się zaczynem czegoś, co wypełni smutne przepowiednie (np. Nostradamusa) bądź przewidywania specjalistów, choćby tych od finansów. Sam Białek mówi w każdym razie o Bliskim Wschodzie (rosnący w siłę islam) oraz Azji Środkowej (i bankructwie Chin). Podał daty, ale nie sprecyzował skali zjawiska. A z perspektywy Europy wydaje się ona kluczowa. Ponieważ jednak konflikty lokalne nie są niczym nowym, więc - niestety - nie sposób przyjąć, że analityk chciałby nam zawracać głowę kolejnym, zwłaszcza mało istotnym. Swoją drogą, biorąc pod uwagę nagromadzenie ciekawych tez w jego wystąpieniu, trudno się dziwić, że jego przewidywania znalazły się w centrum uwagi.
Są dwie strony szerokiego upublicznienia tych prognoz. Pierwsza, popularność autora dorównująca tej, którą cieszy się (w internecie i nie tylko) jasnowidz z Człuchowa i w związku z tym niekoniecznie wygodna. Druga, bardziej pozytywna - że bardzo ważny przekaz ekonomiczny trafił pod strzechy. I że może ktoś będzie częściej czytał to, co do powiedzenia mają mądrzy ekonomiści i analitycy.
Akurat w ustach tego eksperta teza o wojnie nie jest nowa, nawet ta o możliwej III wojnie światowej (koniecznie pamiętajmy o kontekście i nierzadko dystansie autora do własnych sugestii i wniosków opartych na historycznej analizie, której jest mistrzem). Pojawiała się już w wykładach sprzed kilku lat, a tłem był bezprecedensowy kryzys i równie bezprecedensowe próby wyciągnięcia światowych finansów (a potem gospodarki) z zapaści. Wątek przewijał się też we wpisach na blogu (wojciechbialek.blox.pl), zarówno tych z 2008 r., jak i późniejszych, dotyczących np. cyklu pokoleniowego, oraz całkiem niedawnych. Ale główne portale nie dotarły do nich, więc i opinia publiczna nie miała okazji się z nimi zapoznać.
Logika dyplomacji i kryzysu
Co ciekawe, dotąd w ogóle w mediach generalnie unikano łączenia tych dwóch zjawisk: kryzysu gospodarczego i ryzyka wielkiego konfliktu. Należy się cieszyć, że poza ewentualnymi analogiami historycznymi nie było specjalnych powodów, by postępować inaczej. Jak wspomniałem, lokalne konflikty nie były i nie są niczym nowym, nawet jeśli są w stanie, jak w przypadku Krymu i Ukrainy, przekształcić międzynarodowy dialog w dawno niewidzianą zimnowojenną konfrontację (werbalną, ale i ekonomiczną). Trochę podobnie było zresztą z wojną na terenach byłej Jugosławii, z tym że wówczas antagonizmy między supermocarstwami nie były, mimo bardzo wyraźnych różnic interesów, aż tak silne (Rosja była słabsza). Trudno się też jednak oprzeć wrażeniu, że jest to tabu (stąd niełatwo o przeskok myślowy od choćby najpotężniejszego kryzysu do możliwych najstraszniejszych jego konsekwencji). Zapewne słusznie: nie wywołuje się bowiem wilka z lasu. Ale związki między ekonomią a wojną istnieją. Są liczne i silne. I słusznie są analizowane, czy to w taki sposób, w jaki robi to Białek, czy też w inny.
Wcześniej odnotowany medialnie wyłom zrobił jedynie Jacek Rostowski, jeszcze jako minister finansów, który na forum europejskim straszył historyczną klęską gospodarczą i wielkim konfliktem zbrojnym - co zostało skrzętnie, choć nierzadko w nieco prześmiewczym tonie, odnotowane. Tłem wypowiedzi Rostowskiego był kryzys zadłużenia państw europejskich (zwłaszcza z klubu PIIGS) i widmo upadku wspólnej waluty oraz związanej z tym pożogi. Było (jest?) się czego bać.
Trzeba jednak pamiętać, że być może zaskakujące dla wielu tezy o groźbie wojny nie są tak oryginalne, jak się na pozór wydaje. Mają przecież swoje źródło w prostej - i brutalnej niestety - konstatacji, że dotychczas potężne kryzysy zazwyczaj kończyły się strasznymi konfliktami zbrojnymi. Wojny światowe są tego najsmutniejszym przykładem. I była w tym nie tylko logika dyplomacji, lecz i ekonomii.
Zubożałe i sfrustrowane społeczeństwa są podatne na populizm i manipulację. Słabną instytucje demokratyczne. I co najgorsze: nawarstwiające się problemy gospodarcze zmuszają do poszukiwania ekstremalnych rozwiązań. Stąd w wywodach Białka temat wojny łączył się z kwestią inflacji. Wojna jest doskonałym sposobem jej wywołania i zapobieżenia deflacyjnej pętli. Obrazowo rzecz ujmując, państwo, które się zbroi, musi wydawać dużo pieniędzy (pożyczanych od innych krajów, z banków, od obywateli, wreszcie drukowanych przez własny bank centralny). A potem - tu być może używam nawet metafory Białka sprzed lat - sfinansowaną przez siebie produkcję wystrzeliwuje lub zrzuca z samolotów. Czyli ją eliminuje, tym samym eliminując ryzyko zgubnej nadpodaży.
Dlaczego sprzyja to ożywieniu i inflacji, nie trzeba tłumaczyć.
Oczywiście, teoretycznie jest do pomyślenia wariant, w którym państwo w trosce o rozruch gospodarki i przeciwdziałanie deflacji "wystrzeliwuje bądź zrzuca z samolotów" lodówki, tablety, smartfony, finansując wcześniej ich wytwarzanie i uszczęśliwiając obywateli. Tyle że różnica tkwi właśnie w unicestwieniu produkcji. Takie nasycenie rynku byłoby zabójcze dla popytu i w efekcie dla gospodarki. Po ożywieniu przyszłaby jeszcze gorsza zapaść.
I co ważniejsze. Trudno sobie wyobrazić zgodę podatników (obywateli) na gigantyczną ekspansję fiskalną po to, by niektórym dostały się nowe telewizory, komputery itd. W przypadku zaś wojny właściwie nie mają oni wyboru (liczy się bezpieczeństwo) i nie tak znowu wiele do powiedzenia, jak im się wydaje. Jasne jest, że państwo musi zrobić wszystko, aby się obronić lub wygrać.
Zrzucanie bomb i dolarów
Z kolei towarzysząca zbrojeniom i konfliktowi inflacja jest ważna z jeszcze jednego powodu: im wyższa, tym bardziej neutralizuje długi. A kryzysy mają to do siebie, że często ich źródłem jest nadmierne zadłużenie gospodarstw domowych, firm bądź państw (przy wielkich perturbacjach gospodarczych i tak zwykle kończy się tym, że ciężar zobowiązań przesuwa się w stronę instytucji publicznych).
Biorąc pod uwagę prognozy o dopiero czekającej nas wojnie, należy uznać, że jako metoda stymulacji gospodarczej nie jest ona jeszcze stosowana w każdym razie, że lokalne konflikty nawet jeśli pełnią jakoś tę rolę, to w ograniczonym, niewystarczającym zakresie.
Z samolotów i helikopterów tu i ówdzie zrzuca się bomby, ale w zachodnim świecie raczej wydrukowane pieniądze (działania Fed i innych banków centralnych) - po to, by osiągnąć te same ekonomiczne cele. Zachód wie, jakie są skutki wojen, ma też świadomość, jak zmienił się świat i jak może inaczej wyglądać potencjalny konflikt, wykraczający poza nasze konwencjonalne doświadczenia. Nadzieja w tym, że inni też mają. Problem polega jednak na tym, że monetarne działania są nieskuteczne lub ich skuteczność wciąż stoi pod znakiem zapytania, zwłaszcza w dłuższym okresie. A także na tym, że Zachód może nie mieć wyboru. Stąd prognozy dotyczące wojen, nawet te formułowane z przymrużeniem oka, należy czytać uważnie. Zwłaszcza gdy bawią się nimi poważni ludzie.
Oczywiście, wojna jako narzędzie ekonomii (polityki) jest wyjątkowo złym rozwiązaniem (a z ludzkiego punktu widzenia po prostu koszmarnym). Gdy nastaje pokój, pojawia się też cała masa kolejnych problemów gospodarczych, czego przykładem jest to, co działo się w Niemczech po I wojnie światowej. Problem w tym, że mimo wszystko wciąż bywa stosowane.
@RY1@i02/2014/231/i02.2014.231.00000300a.802.jpg@RY2@
Krzysztof Jedlak szef Gazety Prawnej
Krzysztof Jedlak
szef Gazety Prawnej
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu