O bezpłatnej pomocy prawnej mówi się od 10 lat. I tylko mówi
W przedszkolu, do którego chodzą moje dzieci, ustalono, że te starsze będą raz w miesiącu odwiedzać teatr. Wszyscy rodzice zgodnie orzekli, że to najwyższy czas, aby dzieci nauczyć obcować z wyższą sztuką. Jednak gdy przyszło co do czego, wyjście zostało odwołane, bo zbyt mało rodziców zapłaciło za bilety. Rozpoczęły się więc e-mailowe dyskusje o tym, w jaki sposób opiekunowie powinni być informowani o konieczności przyniesienia pieniędzy. Czy zamiast ogłoszenia na tablicy ogłoszeń powinno się też przykleić kartkę na drzwiach? A może pani powinna informować indywidualnie każdego z rodziców?
Minął kolejny miesiąc, wyjście znowu zostało przesunięte, bo znowu odpowiednia kwota nie trafiła do kasy. I pojawił się nowy problem: może trzeba zafundować takie wyjście maluchom z biedniejszych rodzin? Tylko ilu z nich: czy dwójce, piątce, czy połowie grupy? A skąd niby wiadomo, że to dzieci rodziców biednych, a nie zapominalskich? Co kilka dni przychodzą więc e-maile z prośbą o włączenie się do dyskusji, choć przecież uczestniczą w niej już chyba wszyscy rodzice. A skoro tak, to nie ma o czym dyskutować. Trzeba po prostu zapłacić.
Tak samo jest z systemem bezpłatnej pomocy prawnej. Wszyscy są zgodni, że trzeba ją utworzyć. Od dziesięciu lat apelują o to kolejni rzecznicy praw obywatelskich, mówił o tym prezydent Bronisław Komorowski w orędziu, a teraz premier Ewa Kopacz w exposé. Potrzeba zapewnienia takiej pomocy wynika nie tylko z karty praw podstawowych, Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, konstytucji, odpowiednich rezolucji ONZ, lecz także z poczucia sprawiedliwości i solidarności społecznej. Wreszcie jest to konieczne z czysto utylitarnych względów. Pomysłów na to, jak ten system ma funkcjonować, było bez liku. I na nich się skończyło.
Tymczasem każdy prawnik - czy to adwokat, radca, notariusz czy komornik - powie, że im wcześniej udzielona pomoc prawna, tym skuteczniej można zapobiec negatywnym skutkom życiowych zawirowań. Tym mniej obciążone sądy, tym mniejsze koszty dla wszystkich, choć oszczędności nie sposób oszacować. A szkoda. Wówczas odpadłby koronny - pieniężny - argument, przez który przez dekadę nie udało się przepchnąć przez Parlament żadnego z projektów. Gorzej: nie tylko nie udało się uchwalić nowej ustawy, ale nie zlikwidowano nawet barier dla świadczących bezpłatne poradnictwo już teraz. Prawnicy, którzy pracują pro bono, nie są zwolnieni z VAT, a otrzymujący taką pomoc uzyskuje przychód, który musi ujawnić w PIT. Przez 10 lat nie udało się wyeliminować nawet tego absurdu.
Dziś słyszymy, że Ministerstwo Sprawiedliwości szacuje koszty wdrożenia poradnictwa na 122 mln zł. Dokładnie tyle kosztowała modernizacja 30-kilometrowego odcinka drogi wojewódzkiej 708 w Łódzkiem wraz z wybudowaniem prawie 3-kilometrowej obwodnicy Strykowa. Tyle Warszawa wyda na modernizację bulwarów nad Wisłą (a są one tylko na jednym jej brzegu). Czy nadal nas na to nie stać?
@RY1@i02/2014/217/i02.2014.217.183000800.802.jpg@RY2@
Piotr Szymaniak dziennikarz Gazety Prawnej
Piotr Szymaniak
dziennikarz Gazety Prawnej
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu