Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Austriakom i Chicago już dziękujemy

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Profesor Marian Guzek nie jest takim ekonomicznym celebrytą jak Kołodko, Balcerowicz czy Rybiński. Ale mam wrażenie, że jego książka "Kapitalizm na krawędzi" wnosi do dyskusji o fundamentalnych problemach polskiej gospodarki więcej niż najnowsze teksty wielu jego bardziej znanych kolegów po fachu.

Niestety nie jest to prawda, która szybko rzuci się czytelnikowi w oczy. Bo z nieznanych mi przyczyn wydawnictwo zrobiło wiele, żeby już na wstępie czytelnika do tej książki zniechęcić (czy naprawdę okładka książki ekonomicznej musi przypominać wygaszacz ekranu w Windowsie 3.11?). Przez to "Kapitalizm na krawędzi" wygląda w pierwszej chwili raczej na nudny podręcznik akademicki, po który studenci sięgają jedynie pod przymusem swoich wykładowców. Tymczasem ta książka jest przecież czymś dokładnie przeciwstawnym. Guzek ma duże zacięcie i talent publicystyczny. A rzecz, którą napisał, zgłasza aspiracje do bycia głosem w szerszej niż tylko akademicka dyskusji o kryzysie kapitalizmu, którego jesteśmy świadkami. I są to ambicje w pełni uzasadnione.

Zanim jednak o treści, kilka słów o autorze. Marian Guzek - obecnie wykładający na Uczelni Łazarskiego - należy do tej grupy polskich ekonomistów, z której istnienia szersza opinia publiczna do niedawna nie zdawała sobie sprawy. To ekonomiści, którzy - z racji wieku - powinni byli nadawać ton polskiej debacie ekonomicznej na przełomie lat 80. i 90. Ale historia tak się potoczyła, że po 1989 r. stery gospodarki przejęli czterdziestolatkowie z generacji Balcerowicza, Kołodki, Lewandowskiego czy Hausnera. A po nich jeszcze młodsi. Z kolei starsza mniej więcej o dekadę generacja Guzka została w latach 90. trochę na spalonym. I nie chodzi mi tu o zajmowanie prominentnych stanowisk. Lecz raczej o udział w dyskusji o kształcie polskich przemian, której im w gruncie rzeczy odmówiono. Sam Guzek w książce tego nie pisze, ale między wierszami można wyczytać żal, że w III RP, mimo formalnej wolności politycznej, nie było miejsca na otwarte spieranie się o ekonomię. A każdy, kto podważał dogmat, że im więcej rynku tym lepiej, był albo PZPR-owskim betonem, albo niebezpiecznym oszołomem. Dopiero teraz - 25 lat po przełomie - takie głosy zaczynają się w przestrzeni publicznej mocniej przebijać. Książka Guzka jest jednym z nich.

Tyle celem zrozumienia kontekstu. Bo ta książka to nie jest żadne wylewanie żali. Tylko czytelna analiza tego, co się - zdaniem Guzka - działo w polskiej (i szerzej światowej) gospodarce w ostatnich trzech dekadach. Jego teza jest prosta. Większość patologii współczesnego kapitalizmu (od osłabienia pracownika po dominację wielkiego międzynarodowego kapitału nad rządami) to nie jest wypadek przy pracy. Przeciwnie, to naturalna konsekwencja zwycięstwa dwóch szkół myślenia o gospodarce. Czyli austriackiej i chicagowskiej (podlanych tradycją libertariańską), dla których głównym wrogiem jest państwo. A prywatne zawsze będzie lepsze od publicznego. Jeśli nic się nie zmieni, to - według diagnozy autora "Kapitalizmu na krawędzi" - światowa gospodarka za jedno lub dwa pokolenia dotrze do fazy anarchokapitalistycznej, w której państwa będzie jeszcze mniej, a kapitał stanie się jeszcze potężniejszy.

Guzek nie poprzestaje jednak tylko na analizie tego, co jest. Największą wartością tej książki jest to, że ekonomista z Łazarskiego kreśli w niej drogi wyjścia z tej sytuacji. Jego zdaniem konieczny jest powrót do tzw. liberalizmu synergicznego. A więc pewnego stanu równowagi pomiędzy rynkami a interwencją państwową. Jeśli komuś ten poziom ogółu wydaje się zbyt abstrakcyjny, będzie bardzo usatysfakcjonowany ostatnią częścią książki Guzka. Bo tam są konkretne rozwiązania. Na przykład bardzo intrygująca koncepcja kapitalizmu cesjonalnego i Wieczystej Bazy Kapitałowej. A więc pewnego rodzaju (finansowanych z podatków) zabezpieczeń dla każdego obywatela w warunkach pogłębiającej się niepewności na rynku pracy, które tym by się różniły od państwa opiekuńczego, że można by się na nich uwłaszczyć. Choć nie do końca. To są bardzo konkretne postulaty pozwalające, by poszukiwanie trzeciej drogi pomiędzy dwiema skrajnościami: antyrynkowym socjalizmem i arcyrynkowym anarchokapitalizmem, nie odbywało się tak zupełnie po omacku.

@RY1@i02/2014/212/i02.2014.212.000002700.802.jpg@RY2@

Marian Guzek, "Kapitalizm na krawędzi", Oficyna Wydawnicza Uczelni Łazarskiego, Warszawa 2014

Rafał Woś

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.