Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

A kto powiedział, że niskie podatki to prężna gospodarka?

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

obserwacje

Czy jest związek pomiędzy wysokością podatków a wzrostem gospodarczym? Nie, nie ma żadnego. Słownie: Ż-A-D-N-E-G-O.

Gdybyście państwo spróbowali wygłosić takie zdanie w miejscu publicznym kilka lat temu, wywołalibyście pewnie salwę śmiechu. Albo pełne zakłopotania milczenie, które zawsze towarzyszy sytuacji, gdy do mikrofonu dopada wariat i wykrzykuje swoje oszołomskie tezy. Przecież wszyscy wiedzieli, że podatki im niższe, tym lepsze. Bo dzięki temu będzie większy wzrost i więcej miejsc pracy. Przecież to ten właśnie argument stał za wszystkimi reformami podatkowymi III RP, od tej (zablokowanej) Leszka Balcerowicza, przez ścięcie CIT w czasach Grzegorza Kołodki, po likwidację trzeciego progu w czasach Zyty Gilowskiej.

Nie minęła jednak dekada, a tu wśród ekonomistów zaczyna dominować przekonanie, że z tymi podatkami to przecież nigdy nie było takie proste. Weźmy choćby najnowszą (wrzesień 2014) pracę Williama Gale,a z Instytutu Brookingsa i Andrew Samwicka z Dartmouth College. Ekonomiści szukają w niej takiej relacji na przykładzie zmian stawek PIT, CIT i podatku od zysków kapitałowych na przestrzeni ostatnich 100 lat w USA. Szukają, szukają i nie znajdują... nic. A już na pewno żadnego dowodu, że im podatki niższe, tym wzrost bardziej dynamiczny. Podobny wniosek płynie z przygotowanej na potrzeby amerykańskiego Kongresu analizy Thomasa Hungerforda z 2012 roku, który przebadał wpływ zmian najwyższych stawek na dynamikę PKB.

Podobnie sprawa wygląda od strony teoretycznej. Owszem, można bardzo łatwo pokazać mechanizmy, w których obniżki podatków ożywiają gospodarkę. Bo sprawiają, że praca bardziej się opłaca - fiskus zabiera przecież mniej od każdej zarobionej złotówki. A to, co zostanie w kieszeni, można na przykład zainwestować. Ale - jak to zwykle w gospodarce bywa - ten sam mechanizm uruchamia trybiki pchające w kierunku dokładnie przeciwnym. Pojawia się bowiem efekt dochodowy, który (zwłaszcza lepiej sytuowanych i takich z zaspokojonymi potrzebami konsumpcyjnymi) może zniechęcać do produktywnej działalności ekonomicznej. Bo przecież swoje już zarobiliśmy, więc możemy pracować mniej.

Ale w sumie najciekawsza lekcja kryje się jeszcze gdzie indziej. Pora zrozumieć, że tak popularne do niedawna hasło zbawiennych dla całej gospodarki podatkowych obniżek było po prostu nadużyciem. Działało w krótkofalowym interesie tych, którym podatki obniżano. Czyli korporacji (CIT), dobrze sytuowanych (likwidacja trzeciej stawki) albo posiadaczy majątku (zniesienie podatku od spadków). I to prawda, że do tych grup zaliczał się często zwykły Kowalski. Ale to, co dobre dla indywidualnych Kowalskich, nie musi być dobre dla zbiorowości wszystkich Kowalskich. Czyli dla gospodarki narodowej, od której los ekonomiczny każdego Kowalskiego jest bezpośrednio uzależniony.

Nie chcę przez to powiedzieć, że stawek podatkowych nie należy w Polsce ruszać. Przeciwnie. To ważny element polityki ekonomicznej. Więc pozwalajmy politykom majstrować przy systemie fiskalnym. Bo funkcją podatków nie jest tylko zbieranie pieniędzy do budżetu, lecz także korygowanie pewnych ekonomicznych nierównowag albo poprawianie społecznej spójności. Żeby to zrobić, nie dajmy się już więcej zaczarować, że obniżki podatków są zawsze i dla wszystkich dobre. I że zmiany podatkowe powinny iść tylko w dół.

@RY1@i02/2014/187/i02.2014.187.000000200.802.jpg@RY2@

Rafał Woś dziennikarz DGP

Rafał Woś

dziennikarz DGP

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.