Czy ekonomiści reagują na zachęty ekonomiczne?
obserwacje
Ekonomiści nadają ton debacie o ekonomii. To wydaje się naturalne i zdrowe. Ale nie zawsze takie jest.
Zwrócił na to niedawno uwagę Justin Fox, felietonista Harvard Business Review i autor książki "Mit racjonalnego rynku". Fox mówi tak: ekonomiści sami głoszą, że ludzie reagują na ekonomiczne zachęty, prawda? Potrafią budować na tej podstawie wyrafinowane modele. Ale jak przychodzi co do czego, to jedną grupę z tego modelu zawsze wyjmują. Właśnie... ekonomistów. Dlatego ilekroć ktoś zasugeruje, że poglądy ekonomisty mogą być kształtowane przez zachęty ekonomiczne, wybucha fala oburzenia. Drzwi obrotowe pomiędzy biznesem a najlepszymi uniwersytetami? Granty badawcze od wielkich koncernów? Konsulting świadczony przez profesorów na rzecz wielkich firm? Przecież to oburzające w ogóle sugerować, że ktoś z ekonomistów skusił się na takie zachęty.
Problem jest nie tylko domeną krajów bogatych. Weźmy choćby głośną książkę Leokadii Oręziak "OFE katastrofa prywatyzacji emerytur w Polsce" (współzwyciężczynię naszego Economicusa 2014). Książka wywołała furię wśród dużej części środowiska ekonomicznego. Pojawiły się wręcz argumenty, że Oręziak - choć też profesor ekonomii - nie jest godna tego tytułu i plecie bzdury, zamiast uprawiać "prawdziwą naukę". Skąd tak gniewne reakcje? Ano stąd, że Oręziak sugeruje (choć bardzo delikatnie), iż twórcy polskiej reformy emerytalnej z lat 90. zanadto zareagowali na zachęty ekonomiczne tych grup interesu, którym prywatyzacja była najbardziej na rękę. Chodzi głównie o wielkie międzynarodowe koncerny finansowe i ubezpieczeniowe. Oręziak dowodzi, że wielu jej kolegom po fachu zabrakło fundamentalnego dystansu i naukowego krytycyzmu przy doradzaniu oraz robieniu tamtej reformy. Smaczku tej historii dodaje fakt, że wielu ekonomistów biorących udział w przygotowywaniu reformy z 1999 r. faktycznie potem skorzystało z drzwi obrotowych i przeskoczyło do biznesu.
Oczywiście nikt nie twierdzi, że dali się kupić. Raczej - co naturalne dla homo economicusa - reagowali na zachęty. Co ciekawe, w ekonomii takie zjawisko jest doskonale opisane. Nazywa się je teorią przechwycenia (ang. regulatory capture), a spopularyzował ją na przełomie lat 60. i 70. późniejszy noblista George Stigler. Teoria ta służy zazwyczaj do krytyki mieszania się państwa w gospodarkę. Bo opisuje sytuację, w której instytucja powołana do regulowania jakiejś dziedziny życia w interesie ogółu w naturalny sposób staje się rzecznikiem pewnej najbardziej aktywnej grupy interesu. Co oznacza, że można wpływać na regulatora, ale nie każda grupa ma na to taką samą szansę.
Przełóżmy teraz mechanizm przechwycenia na interesujący nas problem ekonomistów doradzających w robieniu polityki ekonomicznej. Na szczęście zrobił to za nas kilka miesięcy temu Luigi Zingales, popularny włoski ekonomista pracujący na Uniwersytecie Chicagowskim. Według Zingalesa ekonomista oceniający jakieś posunięcia ekonomiczne jest właśnie pewnego rodzaju regulatorem. Czasem reguluje wprost, uczestnicząc w pracach aparatu państwowego, czasem robi to poprzez doradztwo albo tworzenie klimatu opinii, występując w roli wpływowego komentatora. I ma na przykład pomóc w podjęciu strategicznej decyzji, czy należy odgórnie ograniczać pensje CEO. A może właśnie trzeba je zostawić w spokoju, by nie tworzyć dalszych patologii. Zingales sprawdził i wyszło mu, że ekonomiści ze szkół biznesu (kształcących CEO i współfinansowanych przez biznes) w większości przypadków pisali ekspertyzy bardziej przychylne deregulacji zarobków. Podobnie ekonomiści, którzy sami mieli doświadczenie na ważnych biznesowych stanowiskach. Zingales nie mówi, że to ostateczny dowód na czyjąkolwiek nieuczciwość. Raczej zwraca uwagę, że problem ekonomicznych zachęt dla ekonomistów jest ważny. I nie można go tak po prostu zbywać zarzutem, że to nienaukowe. I przesłanie to dedykuje kilku profesorom szczególnie mocno (i często przy użyciu mało eleganckich chwytów) zwalczającym tezy Leokadii Oręziak.
@RY1@i02/2014/177/i02.2014.177.00000020a.802.jpg@RY2@
Rafał Woś dziennikarz DGP
Rafał Woś
dziennikarz DGP
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu