"Miś" powraca. Straszliwszy niż kiedykolwiek
obserwacje
Miś" Barei jest kultowy. I wciąż pozostaje śmieszny, choć wyśmiewa absurdy życia w realnym socjalizmie. Ale czy po 25 latach życia w realnym kapitalizmie nie czas najwyższy na równie śmieszny remake? Przyszło mi to do głowy, gdy próbowałem ostatnio dodzwonić się na infolinię sieci komórkowej, której od 13 lat jestem klientem. I to mi się oczywiście nie udało.
Najpierw zostałem zmuszony do wysłuchania okrzyków podnieconego głosu z automatu: "Rozpoczynamy wielką rewolucję! Internet już za...". Potem zapadła cisza i w końcu otrzymałem wygłoszoną automatycznym głosem propozycję, że konsultant oddzwoni do mnie "w ciągu pięciu godzin". Nie oddzwonił, więc musiałem ponownie wysłuchać rewolucyjnej oferty. Jednak tym razem już nie dałem wiary obietnicy, że konsultant odpowie. Sam dzwoniłem do momentu, aż połączyłem się z żywym człowiekiem. Po krótkiej rozmowie z konsultantem okazało się, że dla firmy nie istnieję. Bo nie mieszkam tam, gdzie mieszkam. O co chodzi? Choć wielokrotnie przedłużałem umowę i tyleż samo razy przy tej okazji okazywałem dowód z aktualnym adresem zamieszkania, to w firmowej bazie danych adres został wpisany z błędem. Oczywiście nie mogłem poprawić go przez telefon. Konsultant poprosił, bym udał się w tym celu do najbliższego punktu obsługi. A potem się jeszcze okazało, że... Nie ma sensu zanudzać dłużej państwa takimi historiami. Każdy z czytelników pewnie mógłby mi podać tysiąc podobnych, a pewnie i lepszych.
Przed wybuchem wściekłości uratowało mnie to, że w porę przypomniałem sobie o bardzo ciekawym tekście Robina Hansona. Ten szalony ekonomista z Uniwersytetu George’a Masona przedstawił listę dowodów na to, że firmy - także te prywatne - są organizacjami niewydolnymi, a ich działalność niewiele wspólnego ma z jakąkolwiek racjonalnością. To irracjonalne schematy płacowe oderwane od produktywności i charakteryzujące się wielkimi dysproporcjami pomiędzy szefostwem a resztą kadry zarządzającej. Nie mówiąc już nic o korposzarakach. To dowiedzione licznymi badaniami "zabijanie posłańców niosących złą nowinę", czyli stygmatyzowanie tych pracowników, którzy zwracają uwagę na problemy. I pozbywanie się ich przy najbliższej okazji. To zbyt wiele spotkań i nasiadówek, z których absolutnie nic nie wynika. To zbyt długie procesy rekrutacyjne, z których równie niewiele wynika. To nikomu niepotrzebne ewaluacje, które i tak najczęściej kończą się tym, że ludzie dają najlepsze oceny osobom, które same zatrudnili. To też tzw. silosowatość - czyli zjawisko, gdy różne komórki tej samej firmy pracują dokładnie nad tym samym zadaniem. Nawet o tym nie wiedząc, a czasem wręcz przeszkadzają sobie wzajemnie. To wreszcie wynajmowanie zewnętrznych konsultantów tylko po to, żeby potwierdzili i tak z góry założoną i oczekiwaną przez najwyższe czynniki tezę.
Brzmi znajomo? Oczywiście. Organizacje złożone z ludzi to twory ułomne. I de facto niewiele zmienia to, czy są klubem sportowym Tęcza, czy spółdzielnią Woreczek, czy korporacją X notowaną na giełdzie. Dlaczego więc tak głośno śmiejemy się z gagów z "Misia", a "Misia 2.0" jakoś na razie na horyzoncie nie widać? Zapytałem o to nawet kiedyś znanego filmowca. Odpowiedział jak na speca od komedii przystało. Bardzo przytomnie i dowcipnie. Powiedział, że za "taki film o korporacjach to by można dzisiaj pójść do ciupy".
@RY1@i02/2014/138/i02.2014.138.00000020a.802.jpg@RY2@
Rafał Woś dziennikarz DGP
Rafał Woś
dziennikarz DGP
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu