Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Mit produktywności

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Pisząc o potrzebie większej redystrybucji dochodu narodowego, zderzam się zwykle z tymi samymi zarzutami. Że ta socjalna argumentacja to nic innego, jak dawanie upustu najbrzydszym ludzkim instynktom, np. zawiści. Że biedni nic nie robią, by poprawić swój los, tylko chcą bezprawnie odebrać to, co wypracowali ci, którym wiedzie się lepiej. Że to gorszące równanie w dół. Czyżby?

Krytycy redystrybucji mówią tak: w systemie kapitalistycznym reguły są proste. Rynek nagradza każdego według faktycznej produktywności. Można to nazwać ciężką pracą, zaradnością albo przedsiębiorczością. Ale tak czy inaczej liczy się to, ile rynek chce zapłacić za posiadany przez kogoś czynnik produkcji. A skoro rynek wycenia to tak wysoko, to znaczy, że właśnie takich dóbr i usług w danej chwili potrzebuje społeczeństwo. Koniec dyskusji.

Bo według tej zasady każdy istniejący w społeczeństwie rozdział dochodu jest sprawiedliwy. A każde nawoływanie do zmiany - na przykład poprzez zakrojoną na szerszą skalę redystrybucję - niebezpieczne. Tym na dole nie pomoże, u tych na górze zniszczy ambicję. I takie będą skutki rozpalania zazdrości u tych mniej operatywnych trybików społeczeństwa. Takie argumenty słychać zawsze, ilekroć pojawia się temat wyższych podatków czy regulacji płac.

Z taką narracją polemizować trudno. Jednak ostatnio próbę podjął ekonomista z Uniwersytetu w Oregonie Mark Thoma. Jego zdaniem nie ma sensu kłócić się o skutki, tylko zastanowić się nad przyczynami. Na przykład zapytać przeciwnika redystrybucji, jakie ma dowody, że w realnym świecie rynek nagradza każdego według jego faktycznej produktywności? I jak w takim razie wyjaśnić, że w USA CEO zarabia przeciętnie 295 razy więcej niż robotnik? Usłyszymy w odpowiedzi, że tak zdecydował rynek. Możemy jednak drążyć dalej. I dopytywać, czy aby na pewno CEO działa w branży, w której obowiązują zasady konkurencji? A może to branża zdominowana przez monopole (energetyka) albo utrzymywana przy życiu za pomocą faktycznych subsydiów opartych na szantażu (jesteśmy zbyt wielcy, by upaść)? A skoro tak, to jakim sposobem zarobki takiego menedżera mogą być rynkowo sprawdzone i powiązane z produktywnością? I czy w ogóle można powiedzieć, że kiedykolwiek były?

Na tym etapie rozmowy nadchodzi czas, by skorzystać z tezy koreańskiego ekonomisty z Cambridge Ha Joon Changa dowodzącego, że wolny rynek nigdy nie istniał, nie istnieje i istniał nie będzie. Bo zawsze był, jest i będzie efektem jakiegoś ładu społecznego, skomplikowanej gry interesów czy niedoskonałych instytucji. I trzeba się z tym pogodzić. Jeżeli nasz rozmówca nam przytaknie, to właściwie mamy zwycięstwo w kieszeni. Bo przecież właśnie przyznał, że rynek jest niedoskonały. A skoro tak, to jakim prawem traktować jego wyroki (np. różnice płac) jako prawdę objawioną, która nie podlega dyskusji. A sprzeciw wobec nich nie może już w takim układzie być nieuzasadnionym wykwitem klasowej zazdrości.

I tu wracamy do kwestii redystrybucji, która teraz staje się zupełnie sensownym postulatem, zgodnie z którym dochód narodowy należy dzielić nie w imię zazdrości, lecz zwyczajnej sprawiedliwości głoszącej, że każdy ma prawo do uczestniczenia w owocach wspólnej pracy całego organizmu gospodarczego. Bo przecież to, kto w jakim miejscu się znalazł, tylko w części zależy od każdego z nas. Thoma kończy tak: "Trudno się nie zgodzić, że wielu znalazło się na szczycie dzięki swoim umiejętnościom. Ale jest tam również wielu, którzy na to nie zasłużyli. Których zawiodły tam monopole, zmowy, intrygi, niedoskonałości rynku czy łaska dobrego urodzenia. Tak było, jest i będzie. Ale nie ma potrzeby mówić, że jest to sytuacja optymalna, której nie da się w żaden sposób poprawić".

@RY1@i02/2014/128/i02.2014.128.000000200.802.jpg@RY2@

Rafał Woś dziennikarz DGP

Rafał Woś

dziennikarz DGP

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.