Dziennik Gazeta Prawana logo

Prywatna może być nie tylko poczta

1 lipca 2018

Wygrana Polskiej Grupy Pocztowej w przetargu na doręczanie przesyłek z sądów i prokuratur na nowo rozpaliła dyskusję o sensie państwowych monopoli. Kraje wyżej od nas rozwinięte przechodziły ją już wielokrotnie. W rezultacie, większość z nich poszła dalej w kierunku prywatyzacji sektora publicznego, niż sięga zbiorowa wyobraźnia polskiego społeczeństwa, wciąż chyba ograniczona szczątkami mentalności sprzed 1989 r.

Ograniczenia ustawowe, w tym koncesje i licencje, są, obok ekonomii zależności, patentów, korzyści skali i wyłącznej kontroli nad ważnymi nakładami, głównym źródłem monopoli. Tak też do niedawna było, a częściowo wciąż jest, w przypadku rynku usług pocztowych w Polsce. Tymczasem monopol, do tego państwowy, to przypadek szczególnie niesprzyjający efektywnemu zarządzaniu, a w konsekwencji zadowoleniu konsumenta, które w gospodarce rynkowej powinno stanowić kryterium nadrzędne.

O ułomnościach własności państwowej napisano wiele. Najważniejszą z nich jest słaba motywacja pochodzących z politycznego namaszczenia menedżerów do efektywnego zarządzania, opartego na kontroli kosztów. Harvardzki ekonomista Harvey Leibenstein już w 1966 r. stwierdził, że nie tylko technologia, ale i zapał, z jakim dana organizacja dąży do wydajności, decyduje o jej sukcesie. Przy czym brak tego zapału znacznie częściej spotykany jest w firmach państwowych. Według Leibensteina, prywatne przedsiębiorstwo redukujące koszt swojego funkcjonowania o dolara, podnosi swój zysk w tej samej proporcji. Z kolei decydujący się na podobny krok szef publicznego podmiotu, jedynie ogranicza sferę swojej władzy. Zbliżoną tezę stawiało później wielu uczonych, jak William Niskanen i Gordon Tullock, którzy doszli do wniosku, że aspiracją większości biurokratów jest maksymalne zwiększenie ich budżetu operacyjnego.

Dwa lata po Leibensteinie, Harold Demsetz z Uniwersytetu Kalifornijskiego opublikował w Journal od Law and Economics głośny artykuł, w którym rzucił hasło, by państwo zlecało - w drodze przetargów - sektorowi prywatnemu realizację precyzyjnie określonych usług, takich jak wywóz nieczystości czy właśnie doręczanie przesyłek, a nawet pożarnictwo. W wielu miastach USA pomysł ten zmaterializował się szybko i skutecznie. Koszty spadły nawet o połowę. Uszczerbku nie doznała jakość ani bezpieczeństwo, również w zakresie ochrony przeciwpożarowej, której oddanie w ręce komercji wzbudziło początkowo najwięcej zastrzeżeń. Dowodem na to był fakt, że w miastach, gdzie zatrudniono strażaków prywaciarzy, firmy ubezpieczeniowe nie pobierały wyższych składek ubezpieczeniowych niż gdzie indziej.

Dopuszczenie sektora prywatnego do jakiejkolwiek sfery usług świadczonych dotąd na rzecz obywateli wyłącznie przez państwo, jest oczywiście sprawą delikatną i powinno zostać poprzedzone głęboką analizą oraz debatą społeczną. Poza tym, nie każde rozwiązanie stosowane za granicą, w jednakowym stopniu sprawdziłoby się w Polsce. Warto jednak, byśmy zwyczajnie mieli świadomość, że dystrybucja dóbr publicznych nie musi być domeną polityków i osób z ich nadania.

Tylko czy usługi pocztowe są aby na pewno dobrem publicznym? Zgodnie z podręcznikową definicją, dobro publiczne charakteryzuje się niewykluczalnością i niezanikalnością. Oznacza to, że po pierwsze, odcięcie od korzystania z takich dóbr osób, które za nie nie zapłacą, jest niewykonalne lub niewspółmiernie kosztowne, a po drugie, ich konsumowanie przez jednych nie ogranicza możliwości innych w tym samym zakresie. Oba warunki spełnia na przykład obrona narodowa, ale na pewno nie doręczanie przesyłek.

Ostatecznym argumentem przemawiającym za dalszą stopniową prywatyzacją sektora publicznego są po prostu nasze największe problemy - niska strukturalna efektywność polskiej gospodarki i pełzające załamanie finansów publicznych. Dlatego deregulacja kolejnych sfer życia ekonomicznego powinna stać jednym z kluczowych elementów prorozwojowej i oszczędnościowej polityki państwa.

Jeśli problemem stają się dla nas jakieś pojedyncze, niedoręczone przez prywatnego operatora przesyłki, a nie dostrzegamy zysku w postaci oszczędności, wzrostu konkurencji czy poprawy wydajności całego rynku, to znaczy, że przyjęliśmy postawę - jak pisał Heydel - nadgorliwego lekarza, który najpierw przepisuje pacjentowi kofeinę na pobudzenie akcji serca, potem, by ten nie cierpiał na bezsenność, wstrzykuje mu morfinę, a na koniec zaczyna stosować kary cielesne, podobno przeciwdziałające uzależnieniu. Skutki takiej terapii łatwo sobie wyobrazić.

@RY1@i02/2014/081/i02.2014.081.000000500.101.jpg@RY2@

dr Marian Szołucha ekonomista, wykładowca w Akademii Finansów i Biznesu Vistula, ekspert Centrum im. Władysława Grabskiego

dr Marian Szołucha

ekonomista, wykładowca w Akademii Finansów i Biznesu Vistula, ekspert Centrum im. Władysława Grabskiego

@RY1@i02/2014/081/i02.2014.081.000000500.102.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.