Dziennik Gazeta Prawana logo

Co ma wół do internetu

28 czerwca 2018

Był czas, w którym ten, kto pragnął posłuchać muzyki, rozglądał się za kimś umiejącym posłużyć się głosem i instrumentem. Zapraszał go i sam, lub w towarzystwie, wchłaniał efekty talentu i umiejętności muzyków. Bo, jak zauważył Eben Moglen, amerykański profesor prawa, współautor licencji GNU (licencja wolnego oprogramowania zezwalająca użytkownikom na zmianę i redystrybucję zmodyfikowanych wersji oprogramowania - red.), muzyka przez tysiąclecia "była czymś wyjątkowo nietrwałym, nie towarem, ale procesem społecznym zachodzącym w danym czasie i konsumowanym na miejscu przez ludzi, wśród których trudno było wyróżnić konsumentów i twórców". Słuchacze zwykle mieli na tyle zdrowego rozsądku, żeby zatroszczyć się o utrzymanie tych, którzy swym kunsztem uprzyjemniali im życie. Choć z uprawiania muzyki żyli, byłoby nadużyciem nazwanie ich jej sprzedawcami.

Jednak za sprawą Thomasa Edisona, jak wytyka wielkiemu wynalazcy Moglen, "muzyka, będąca aktem komunii, czymś, czym się dzielono, stała się produktem, przedmiotem, towarem. Z tego utowarowienia sztuki wyrosło przekonanie, że sztukę można posiadać". Wcześniej, dzięki drukowi, to samo stało się z opowieściami i tym wszystkim, co przekazywano ustnie. Słowo, które podobnie jak muzyka, dotychczas było środkiem komunikacji, elementem międzyludzkich relacji i relacją samą w sobie, stało się towarem z powodu możliwości łatwego i taniego powielenia. Powstanie przepisów chroniących interesy ludzi żyjących z handlu tego typu towarem było tylko kwestią czasu.

Wbrew powszechnie używanej nazwie "prawa autorskie" nie są dziełem powieściopisarzy, poetów czy muzyków. Stworzyli je księgarze i wydawcy. Jak się to odbywało, opisuje Lawrence Lessig w książce "Wolna kultura". Machina, puszczona w ruch w 1710 r. przez brytyjski parlament (uchwalenie statutu królowej Anny), nabierała tylko rozpędu i dziś Światowa Organizacja Własności Intelektualnej (od 1974 r. agenda ONZ) za przedmiot swoich zainteresowań uważa nie tylko prawa dotyczące dzieł literackich, artystycznych i naukowych, lecz także wynalazków we wszystkich dziedzinach działalności ludzkiej, odkryć naukowych, wzorów przemysłowych, znaków towarowych i usługowych, nazw handlowych i oznaczeń handlowych oraz ochrony przed nieuczciwą konkurencją.

Właśnie wtedy, gdy zaczęto żywić przekonanie, że udało się kwestię własności praw do wytworów ludzkiego umysłu opanować i ująć w ramy prawne, powoli rodziło się zjawisko, które problem postawiło na nowo w nieznanej wcześniej skali. To internet.

Najbardziej zainteresowani traktowaniem dzieł ludzkiego intelektu w kategoriach towaru i własności nie od razu zorientowali się, jak wielkie zagrożenie dla zbudowanego przez ostatnie stulecia ładu niesie globalna sieć. Dość późno zauważyli, że daje ona każdemu użytkownikowi możliwość nie tylko łatwego ominięcia wszelkich ograniczeń, ale również ignorowania całego zbudowanego z mozołem systemu, a nawet podważenia jego fundamentów. Eben Moglen w 1999 r. stwierdził entuzjastycznie: "Wkrótce przemysł muzyczny nie będzie mógł ci zaoferować niczego, czego nie załatwisz lepiej za darmo". Jakiś czas potem ogłosił, że za sprawą internetu sztuka przestała być towarem i własnością. Moglen należy do grona ludzi, którzy głęboko w to wierzą i - jak np. Richard Stallman (założyciel projektu GNU i współtwórca licencji wolnego oprogramowania - red.) - wyciągają bardzo daleko idące wnioski. Sięgające w sferę polityki.

Posiadacze i dysponenci praw do własności intelektualnej podjęli walkę. Trudną, ponieważ, jak zauważył w czerwcu ubiegłego roku ks. dr hab. Andrzej Baczyński z Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie podczas konferencji naukowej poświęconej własności intelektualnej, "internet zmienił świat, a my zbyt szybko się do tego przyzwyczailiśmy".

"Nie istnieje coś takiego jak darmowe obiady" - przytomnie stwierdził laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii Milton Friedman. Darmowe udostępnianie wartościowych, a tym samym kosztownych w przygotowaniu, treści wymaga - paradoksalnie - bardzo dużych pieniędzy. Skąd je wziąć?

Eben Moglen na przykładzie muzyki sytuuje dostawców internetowych treści w pozycji ulicznego grajka. Wszyscy mogą go słuchać, a monetę do kapelusza wrzucają ci, którzy chcą, którym się utwór spodoba. Narzuca się pytanie, jak wielkie dzieła da się w oparciu o taki model finansowania zbudować? Ilu odbiorców, mając możliwość skorzystania za darmo, będzie się poczuwało do obowiązku zapłaty, nawet wtedy, gdy treść ich usatysfakcjonuje?

Sformułowanie odwołujące się do poczucia obowiązku zapłaty podpowiada, że w kwestii monetyzacji zawartości globalnej sieci mamy do czynienia nie tylko z ekonomią, lecz również z moralnością. Powinność zapłacenia człowiekowi, który wykonał pracę, znajduje się w sferze moralnych zobowiązań od tysiącleci. Zdanie "nie zawiążesz pyska wołowi młócącemu" można znaleźć zarówno w Starym Testamencie, jak i w Nowym Testamencie. Według Biblii pozbawienie pracownika zapłaty jest grzechem. Ścisłe powiązanie pracy i zapłaty to jedna z najbardziej oczywistych zasad międzyludzkiego współżycia dla miliardów mieszkańców naszej planety. Dlaczego więc tak wielu użytkowników internetu bez żadnych skrupułów chce korzystać za darmo z owoców trudu innych? Może potrzebują, aby w tej sprawie wypowiedział się moralny autorytet? Na przykład Kościół katolicki?

W ostatnich latach Kościół wielokrotnie zabierał głos na temat globalnej sieci. Próżno jednak szukać jednoznacznego, oficjalnego stanowiska w sprawie płacenia za treści udostępniane w sieci. Zresztą w bardzo niewielkim stopniu odniósł się dotychczas w ogóle do kwestii własności intelektualnej. Jak zwraca uwagę ks. Mateusz Kubiak w opracowaniu "Kościół rzymskokatolicki a prawo własności intelektualnej. Zarys problematyki", jedynym dokumentem, w którym papież odniósł się bezpośrednio do zagadnienia prawa własności intelektualnej, jest encyklika Benedykta XVI "Caritas in veritate": "Mamy do czynienia z nadmiernymi formami ochrony wiedzy ze strony krajów bogatych przez zbyt sztywne korzystanie z prawa własności intelektualnej, zwłaszcza w dziedzinie sanitarnej". Nie znaczy to, że Kościół nie rozumie i nie docenia sprawy praw autorskich. W 2005 r. ówczesny sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej kard. Angelo Sodano wydał dokumenty, które stwierdzały, że teksty papieskie nie są "niczyje" i chroni je prawo.

Dlaczego brak oficjalnej wypowiedzi Kościoła katolickiego w kwestii własności intelektualnej? Ksiądz Kubiak wyjaśnia: "Po głębszej analizie problemu można zauważyć, że taki stan rzeczy ma swoje praktyczne i prawne uzasadnienie i nie jest wynikiem jakiegokolwiek zaniedbania bądź zaniechania". Jako jeden z powodów wskazuje, że kwestie prawne dotyczące własności intelektualnej w zakresie zarówno cywilnego prawa powszechnego, jak i przepisów w poszczególnych państwach są stale w fazie rozwojowej.

Oczekiwania, że dzięki internetowi da się relacje między twórcami i odbiorcami w sferze nazywanej dziś własnością intelektualną przywrócić do stanu nie tylko sprzed Edisona, ale nawet sprzed Gutenberga, sprawiają wrażenie mocno przesadzonych. Wiele jednak wskazuje, że istnienie globalnej sieci i niesione przez nią możliwości już wymusiły konieczność przemyślenia tych kwestii na nowo. Byłoby dobrze, aby przy ich ponownym porządkowaniu nie zabrakło elementu moralnego.

Za sprawą Thomasa Edisona, jak wytyka wielkiemu wynalazcy Eben Moglen, muzyka, będąca aktem komunii, czymś, czym się dzielono, stała się produktem, przedmiotem, towarem

@RY1@i02/2014/071/i02.2014.071.000002700.803.jpg@RY2@

ks. Artur Stopka twórca portalu Wiara.pl

ks. Artur Stopka

twórca portalu Wiara.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.