Życie w wersji skróconej
Znów ostatnio usłyszałem, że media są coraz głupsze i coraz gorsze. Bo upraszczają i gonią za tanią sensacją. Słowem: reprodukują kulturę skrótowości. I to z jej winy dyskutujemy, zanim przeczytamy. Nie używamy racjonalnych argumentów, a każdy problem staje się przedmiotem wiary lub niewiary, a nie trzeźwego osądu. Brzmi to wszystko bardzo mądrze. Tylko czy ma wiele wspólnego z prawdą?
Autorem przytoczonego powyżej lamentu jest dość znany reporter radiowy związany od ponad 20 lat z jedną z największych komercyjnych stacji radiowych w kraju. W porządku - pomyślałem w pierwszej chwili - jego własna ocena. Ale zmartwiło mnie, że pozostali obecni na sali koledzy z branży się z nim zgodzili. I zaczęli jeden przez drugiego bić się w piersi, jak to marna jest nasza praca, a co za tym idzie - również poziom debaty publicznej w Polsce.
Tylko że takie stawianie problemu jest co najmniej mylące. Bo to brzmi trochę tak, jakby skoczek wzwyż denerwował się, że skacze niżej niż jego kolega tyczkarz. I na tej podstawie głosił opinię, że wszyscy skoczkowie to nieloty. Tak samo jest z mediami. Każde z nich (nas) występuje w trochę innej konkurencji, pokazuje rzeczy z innej strony i gdzie indziej kładzie akcenty. Telewizyjne serwisy informacyjne nigdy nie staną się ostoją subtelnej publicystyki, bo ich rolą jest raczej pokazywanie, a nie tłumaczenie. Gazety codzienne odwrotnie - od dawna już nie informują, bo nie mogą wygrać na newsy z portalem internetowym. Nie mówiąc już o Twitterze. Nikt jednak lepiej niż gazeta codzienna nie wcieli się w rolę psa gończego: tropiącego, ujawniającego i (co jeszcze ważniejsze) ciągnącego tematy nadużyć, których dopuszczają się możni tego świata. A kto z kolei lepiej niż tygodnik albo weekendowe wydanie gazety codziennej rzuci zjawisko na szersze tło. Pokaże skomplikowane sieci powiązań i na spokojnie rozważy wszystkie za i przeciw.
Zbyt wiele do poznania
Gdyby więc potraktować tezę o głupieniu polskich mediów poważnie, to można by dojść do wniosku, że coraz bardziej naskórkowi są wszyscy. Telewizje i internet coraz gorzej informują. Gazety gorzej pilnują. A periodyki toczą coraz bardziej jałowe i mniej ciekawe spory publicystyczne. Na newsach się specjalnie nie znam. Nie jestem też dziennikarzem śledczym. Ale z perspektywy kogoś zajmującego się publicystyką ekonomiczną mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że w tej dziedzinie jest z polską debatą publiczną... dobrze. I to dobrze, jak nigdy dotąd. Weźmy choćby wielką dyskusję o OFE, która toczyła się w Polsce przez ostatnie dwa lata. I porównajmy ją z debatą towarzyszącą prywatyzacji emerytur pod koniec lat 90. Przecież to niebo a ziemia!
Wtedy - w latach 90. - większość sił politycznych, ekspertów i mediów mówiła w zasadzie jednym głosem. Nic dziwnego, że kierunek reformy został uznany za jedyny słuszny. Gdy ponad dekadę później rząd Tuska podjął próbę reformy OFE, było już zupełnie inaczej. Dyskusja rozgorzała wreszcie w pełniej krasie. Starli się w niej z sobą zdeklarowani przeciwnicy OFE (od Jacka Rostowskiego przez Leokadię Oręziak po Roberta Gwiazdowskiego) z obrońcami systemu argumentującymi z pozycji tak odmiennych jak ekonomista Leszek Balcerowicz czy prawnik Jerzy Stępień. Wreszcie działo się więc to, co w prawdziwej pluralistycznej demokracji dziać się powinno. Był spór alternatywnych rozwiązań. Była też realna korzyść poznawcza dla wszystkich obywateli. Ci, którzy chcieli, dostali pokaźną dawkę wiedzy na temat odmiennych filozofii systemu emerytalnego. Poważny dylemat z pogranicza polityki i ekonomii przestał być domeną technokratów. Podobna dyskusja czeka nas za kilka lat w sprawie przystąpienia Polski do strefy euro. Tu też nie będzie jednego dobrego rozwiązania i jasnego podziału na dobrych i złych. Z korzyścią dla nas wszystkich. Gdybyśmy toczyli ją pięć lat temu, to skończyłaby się pewnie rytualnym i histerycznym "albo jesteś za euro, albo chcesz Polski poza Unią". Teraz są spore szanse, że będzie inaczej.
Oczywiście taka soczysta debata publiczna ma swoją wysoką cenę. Tą ceną jest poczucie wielkiego chaosu wokół nas. Ot, media i klasa polityczna przestały nam mówić, co mamy robić albo myśleć. Ciągle się tylko kłócą. Stawiając nas przed koniecznością nieustannego wybierania. Kiedyś akurat z tym było prościej. To były czasy starych dużych mediów. A więc jednej telewizji (najczęściej państwowej) i dwóch gazet (zazwyczaj według czytelnego wzoru: tytuł konserwatywny kontra postępowy), które nadawały ton debacie publicznej. Ślady po takim myśleniu do dziś widać choćby w polskim obiegu medialnym. Czytając w "Polityce" cykliczne felietony legendarnego publicysty Daniela Passenta, nie mogę wyjść ze zadziwienia, że w każdym (dosłownie w każdym) polemizuje on z tym, co akurat napisał jeden z tzw. prawicowych tytułów. A więc "Do Rzeczy", "W Sieci" albo "Gazeta Polska". I odwrotnie. Publicyści wyżej wymienionych tytułów nie ustają w dowodzeniu, jak to polską debatą publiczną rządzą salonowe TVN, "Gazeta Wyborcza" i "Polityka". I ani jednym, ani drugim w głowie nie chce się zmieścić, że czas tak skonstruowanej debaty (my kontra oni) już dawno minął. A w jej miejsce nastała opinia publiczna, która jest dużo bardziej rozproszona. W której istnieje wiele niezależnych od siebie ośrodków, które poruszając się po sobie tylko znanych trajektoriach, wchodzą nieraz w najdziwniejsze kolizje i spory.
Nie jest to oczywiście problem tylko polski. Ani nawet szczególnie nowy. Ostrzegali nas przed tym już pierwsi prorocy ery informacyjnej (tak nazywa się niekiedy nasze czasy w odróżnieniu od ery pary czy żelaza). "Człowiek, zbieracz pożywienia, pojawia się w jakiś absurdalny sposób jako zbieracz informacji. W tej roli człowiek elektroniczny jest takim nomadą w nie mniejszym stopniu niż jego paleolityczni przodkowie" - mówił Marshall McLuhan (ten od globalnej wioski) w 1967 r. Z kolei pisarz Jorge Luis Borges w opowiadaniu pt. "Biblioteka Babel" (1986 r.) kreślił wizję upiornego księgozbioru, w którym jest wszystko: książki we wszystkich językach, apologie i proroctwa, pełna historia przyszłości i przeszłości, cytaty ze wszystkich ksiąg w innych księgach, wierny katalog biblioteczny i niezliczona liczba katalogów fałszywych. Wszystko to ustawione w zwierciadlanych salach. Słowem, obraz biblioteki potwora, w której nie sposób przyswoić żadnej wiedzy właśnie dlatego, że cała wiedza już tam jest. Niektórzy idą jeszcze dalej. Historyczka z Uniwersytetu Harvarda Ann Blair w książce "Too much to know" (Zbyt wiele do poznania) przypomina wiele utrzymanych w podobnym (lękliwym) tonie komentarzy. Z ostatnich - bagatela - kilku tysięcy lat. I tak na przykład w Księdze Koheleta (III wiek p.n.e.) czytamy, że "pisaniu wielu ksiąg nie ma końca, a wiele nauki utrudza ciało" (Koh 12,12). Dokładnie nad tym samym zjawiskiem ręce załamywał dwa tysiące lat później niemiecki filozof Leibniz, biadoląc, że "straszliwa masa książek ciągle rośnie". I co? I ludzkość jakoś to przetrzymała. Nie inaczej jest i będzie z debatą publiczną. I nietrudno znaleźć takich, którzy uważają, że nic lepszego nie mogło nam się przytrafić. Popularny autor naukowych bestsellerów Steven Berlin Johnson wydał nawet książkę pod wiele mówiącym tytułem "Everything Bad Is Good For You" (Wszystko, co złe, jest dla ciebie dobre). Dowodził w niej, że nowe technologie cyfrowe to zdecydowanie najlepsze rzeczy, jakie mogły się ludzkości przytrafić. Gry komputerowe? Stymulują mózg do współzawodnictwa, wypełniania zadań do końca i eksplorowania tego, co nieznane. Telewizja? Rozwija inteligencję emocjonalną. Internet? Uczy wielozadaniowości, która jest potem nieocenionym atutem w życiu zawodowym. Może więc trochę ciszej z tymi lamentami nad upadkiem cywilizacji pod rządami Google’a i Facebooka.
Brzytwa Ockhama
Ale wróćmy do samych mediów. Nie ma wątpliwości, że ośrodków formułowania myśli i opinii będzie coraz więcej. I będą one nas bombardowały coraz większą ilością treści. Dowodzenie, że tak się właśnie stanie, byłoby w tym miejscu niepotrzebnym truizmem. Jakie będą skutki tego procesu? Kulturowi pesymiści powiedzą natychmiast, że będzie coraz gorzej. Niby logiczne. Im więcej informacji, tym niższa ich wartość dla odbiorcy. A co za tym idzie - niższa jakość samej informacji. Bo zbyt wysoka podaż towaru nieuchronnie prowadzi do jego inflacji. Na razie wszystko się zgadza. Ale co jeśli - dzięki postępowi technologicznemu - zwiększy się nasza zdolność do przyjmowania nowych informacji? A więc zwiększy się popyt. Takie pytanie zadała sobie już jakiś czas temu grupa internetowych przedsiębiorców z niemiecko-amerykańskiego start-upu o nazwie Spritz. Jego twórcy uznali, że choć człowiek XXI wieku od dawna funkcjonuje w erze cyfrowej, to nadal czyta dokładnie tak samo, jak jego praszczur w czasach hieroglifów. Opracowali więc aplikację, którą można bez trudu zamontować na tablecie, komórce, a nawet w zegarku. Polega ona na odpowiednim podświetlaniu słów na czerwono. W zależności od długości słowa pojawia się ono w nieco innym miejscu wyświetlacza. Efekt jest taki, że system (noszący nazwę redicle) pozwala czytać dużo szybciej. Bez uszczerbku dla rozumienia tekstu. Albo inny (nieco bardziej analogowy) przykład tego samego zjawiska. Kilkanaście lat temu Szwajcar Rolf Dobelli postanowił stworzyć własny biznes. Początkowo myślał o wydawaniu książek ekonomiczno-biznesowych. Ale kto potrzebuje kolejnego wydawnictwa na i tak dosyć nasyconym rynku? Przecież i bez tego książek biznesowych jest więcej niż chętnych do ich przeczytania. No, może chętni jeszcze by się znaleźli. Problem raczej w tym, że biznesmen i menedżer cierpią na chroniczny brak czasu. A więc brakuje czynnika niezbędnego, by produkt taki jak książka lub raport w ogóle skonsumować. Idąc tym tokiem myślenia, Dobelli powołał do życia firmę Get Abstract, której głównym produktem miała być "skompresowana wiedza". To znaczy fachowe i przystępne streszczenia (najczęściej liczące nie więcej niż 8 stron) dotyczące najważniejszych nowości z dziedziny literatury ekonomiczno-biznesowej. Założona w Lucernie spółka szybko weszła na rynek amerykański. Dziś jest światowym liderem w swojej branży, a jej szef wiedzie szczęśliwy żywot autora biznesowych poradników. I Spritz, i Get Abstract to przykłady wynalazków z bardzo różnych dziedzin. Łączy je jednak to, że pomagają poradzić sobie z zalewem informacji. Można zupełnie spokojnie zakładać, że takich prób będzie znacznie więcej.
Oczywiście kulturowi pesymiści odpowiedzą natychmiast, że skrócony przekaz to nie to samo, co oryginał. W domyśle skrót będzie zawsze gorszy, wtórny i ogłupiający. Czyżby? Wszystkich, którzy tak sądzą, odsyłam do eseju kanadyjskiego pisarza Ryana Bigge’a pod sugestywnym tytułem "Krótka historia skrótowości". Dowodzi on w nim, że przez większą część historii ludzkości zwięzłość była raczej cnotą aniżeli przywarą. W epoce, gdy dominowała tradycja ustna, przekaz musiał być krótki. Nie było innego wyjścia. W innym wypadku uległby przecież zapomnieniu. A taki choćby Wiliam Shakespeare. W jego czasach w Londynie działało przynajmniej kilkunastu dramaturgów piszących świetne teksty. Nierzadko lepsze od jego dzieł. Jednak to twórczość Shakespeara przetrwała najlepiej próbę czasu. Dlaczego? Literaturoznawcy nie mają wątpliwości, że to dzięki jego umiejętności pisania krótkich dosadnych dialogów (poczytajcie "Hamleta"!), które przypominają wręcz dzisiejsze gazetowe leady albo hasła reklamowe. A czy cała współczesna nauka nie opiera się przypadkiem na słynnej brzytwie Ockhama? Wymyślił ją żyjący na przełomie XIII i XIV wieku angielski franciszkanin. I pierwotnie chodziło mu o skrócenie i uproszczenie nieznośnie długich i zawiłych wywodów teologicznych. Według zasady, że "albo coś jest oczywiste, albo znane na mocy doświadczenia, albo zapewnione przez autorytet Pisma Świętego". Albo nie ma tego wcale. Reguła Ockhama była więc jakby brzytwą obcinającą to, co wtórne, niepewne i nic niewnoszące. Potem oderwała się od swojego pierwotnego teologicznego kontekstu, stając się (przynajmniej w teorii) podstawą współczesnej nauki. Stosuje się ją (przynajmniej powinno) również w mediach. Bo przecież jeśli to samo można powiedzieć prościej, to właśnie tak należy postąpić. Zwięzłość to również niezłe ćwiczenie intelektu i pokaz wyrafinowanego dowcipu. Przejawem tego są klasyczne formy literackie (sonet, limeryk, haiku) oraz zmagania z nowymi... technologiami. Na przykład telegrafem. Do legendy przeszła na przykład wymiana telegramów pomiędzy Wiktorem Hugo a jego wydawcą. Przebywającego poza Paryżem pisarza zżerała ciekawość, jak też sprzedaje się jego najnowsza książka. Ale że do rozrzutnych nie należał, postanowił wysłać list zawierający zaledwie jeden znak: "?". W odpowiedzi otrzymał równie lakoniczne: "!". I nie było już potrzeba sobie dalej strzępić języka i czynić niepotrzebne wydatki. Wiadomo było, że książka sprzedaje się świetnie. Nic chyba nie przebije innego Francuza Pascala, który jeden ze swoich listów zakończył tak: "Ten list tylko dlatego jest taki długi, bo nie miałem czasu go skrócić".
Wystarczy 10 tys. godzin
Skrótowość ma też oczywiście swoje minusy. Chyba najważniejszym z nich jest to, na co zwrócił kiedyś uwagę Noam Chomsky. Niektórzy kojarzą go jako mocno lewicowego komentatora politycznego i jednego z pierwszych alterglobalistów. Nie wszyscy pamiętają jednak, że Amerykanin jest profesorem lingwistyki. I to jednym z najwybitniejszych przedstawicieli tej nauki w jej historii. "Zwięzłość to piękna sprawa" - pisał Chomsky. "Ale tylko pod warunkiem, że masz do zakomunikowania bardzo konwencjonalną prawdę". Na przykład "Demokracja potrzebuje społeczeństwa obywatelskiego" albo "Gospodarka powinna być innowacyjna". Wtedy faktycznie najlepiej być lakonicznym. To w zupełności wystarczy. Co innego, gdy chcesz wyrazić myśl buntowniczą i oryginalną. Na przykład "Edukacja to system zorganizowanego wpajania uczniom ignorancji" albo "Silne i bogate media niszczą demokrację". Takie zdania pozostawione samym sobie nie przekonują. A ich autor łatwo może zostać uznany za wariata lub oszołoma. Aby zaczęły działać, należy je pogłębić i udowodnić. I to kolejny powód, dla którego warto mieć medialny chaos, a nie dominację dwóch czy trzech ośrodków formułowania opinii. Nawet za cenę mediów małych i ekonomicznie słabszych niż kiedyś. Dowodem dzisiejsze dyskusje o polskiej gospodarce. Dużo mniej ortodoksyjne niż te sprzed 10 czy 20 lat.
Zarzut skrótowości formy często wiąże się z pomstowaniem na powierzchowność i histeryczność medialnej debaty. Na sądy wygłaszane doraźnie pod wpływem chwili i bez należytego wyważenia wszystkich za i przeciw. Ten wyrzut też wydaje się jednak dość niecelny. Bo jest przejawem jakiegoś dziwacznego perfekcjonizmu, a nawet hipokryzji. Jak inaczej miałyby wyglądać takie debaty publiczne? Czy miałyby je poprzedzać kilkutygodniowe seminaria poświęcone jednemu tematowi? Przecież to nierealne. Uczestniczyć mieliby w nich tylko uznani eksperci? To byłby przecież jakiś przerażający świat technokratów. A nie zdrowa demokracja, w której konstytucja zapewnia każdemu obywatelowi takie same prawa i taką samą odpowiedzialność za los wspólnoty. Można by pójść nawet jeszcze dalej i zaatakować samą mityczną figurę eksperta. Kilka lat temu w książce "Poza schematem" zrobił to nawet amerykańsko-kanadyjski dziennikarz Malcolm Gladwell. Odwołując się do badań psychologa społecznego Anderssa Ericssona oraz własnych obserwacji, postawił w niej tezę, że poziom eksperta w dowolnej dziedzinie osiąga się wyłącznie dzięki praktyce. Warunek jest jeden. Trzeba się jakąś rzeczą faktycznie zajmować przez bitych... 10 tys. godzin. Czyli nie tak znowu przesadnie długo, bo licząc lekko, jakieś 3-4 lata intensywnej działalności w danej dziedzinie. Takie postawienie sprawy znacząco zmniejsza barierę wejścia na rynek ekspertów uprawnionych do udziału w debacie publicznej. Z korzyścią dla prawdziwej demokracji.
Skrótowość, naskórkowość, powierzchowność - to wszystko są cechy współczesnego świata. Ale ani to szczególnie nowe, ani jakoś bardzo niebezpieczne. Ważne tylko, by nie wyciągać fałszywych wniosków z tego, co się wokół nas dzieje. Nasza debata publiczna nie jest taka zła. A już na pewno nie gorsza niż była 10, 20, 50 czy 100 lat temu. Jest po prostu inna. Dużo bardziej przypominająca supermarket, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Tylko że supermarket chaotycznie zastawiony towarami. Z którego każdy musi dopiero wybrać coś odpowiedniego dla swoich potrzeb. Ale czy to właśnie nie jest wolność i normalność, za którymi tak wiele pokoleń Polaków przez wieki tęskniło.
Soczysta debata publiczna ma wysoką cenę. Tą ceną jest poczucie wielkiego chaosu wokół nas. Ot, media i klasa polityczna przestały nam mówić, co mamy robić albo myśleć. Ciągle się tylko kłócą. Stawiając nas przed koniecznością nieustannego wybierania
@RY1@i02/2014/041/i02.2014.041.000000500.101.jpg@RY2@
Shutterstock
Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu