Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Justyna wciąż bez następców, ale wychodzimy z manufaktury

3 lipca 2018

Cztery złote medale olimpijskie (plus srebro i brąz) wywalczone na zimowych igrzyskach to wydarzenie epokowe w polskim sporcie. Niech nikt jednak nie myśli, że staliśmy się potęgą i teraz już zawsze tak będzie. System, który gwarantuje, że nie powinniśmy wypaść z olimpijskiej medalowej karuzeli, funkcjonuje tylko w skokach narciarskich. W biegach to tylko zasługa talentu od Boga, jaki dostała Justyna Kowalczyk, oraz jej charakteru i pracowitości połączonych z wielką fachowością i sercem, jakie wkłada w tę robotę jej trener Aleksander Wierietielny.

I oczywiście Adam Małysz, bo bez niego w polskich sportach zimowych pewnie do dziś nic by się nie wydarzyło. To dzięki niemu pojawiły się ogromne pieniądze. Do czasów Małysza polskie sporty zimowe to był zaścianek, XIX-wieczna manufaktura. Do 2002 r., kiedy w Salt Lake City wywalczył dwa medale olimpijskie, polski dorobek na zimowych igrzyskach wynosił cztery krążki. Dziś mamy ich 18, w tym sześć złotych.

To dzięki 15 mln ludzi, którzy obejrzeli drugi konkurs olimpijski w Salt Lake City, na wysokich politycznych szczeblach zapadały decyzje o renowacji Wielkiej Krokwi, skoczni Skalite w Szczyrku i Malinki w Wiśle. Związek miał pieniądze na utrzymanie najpierw Apoloniusza Tajnera i jego sztabu naukowców, a potem na zatrudnienie Heinza Kuttina oraz Stefana Horngachera i na koniec Hannu Lepistoe.

To dzięki Małyszowi Polski Związek Narciarski mógł sobie pozwolić na taki luksus jak oddzielny sztab dla Adama, pod wodzą Lepistoe, i drugi zespół kierowany przez Łukasza Kruczka, w którym dojrzewał dzisiejszy mistrz Kamil Stoch.

Dzisiejszy sukces to także wielka zasługa Apoloniusza Tajnera. Nie brakuje wprawdzie ludzi, którzy próbują deprecjonować jego dokonania. Nawet Justyna Kowalczyk pozwala sobie na uszczypliwości pod jego adresem. Ale to Tajner zbudował zespół, który pomógł Małyszowi wrócić ze ścieżki wiodącej nie na szczyty światowych skoczni, ale na dachy w Wiśle. Adam był bowiem o krok od rzucenia skoków, w których po wielkich sukcesach przyszły chude lata.

To Tajner znosił fochy Kuttina i budował pozycję Łukasza Kruczka. Wytrzymał moment, w którym prawie wszyscy domagali się zwolnienia trenera, a mistrz olimpijski z Sapporo Wojciech Fortuna stworzył nośne powiedzonko: Kruczek + Hula = bula.

Tajner znosił też ataki Aleksandra Wierietielnego i Justyny Kowalczyk, którzy zarzucali mu, że wspiera tylko skoki, a biegi narciarskie traktuje po macoszemu. Prezes PZN nie wchodził w medialne polemiki i spokojnie budował potęgę skoków. Okazał się zręcznym menedżerem. Związek podpisuje tylko wielkie kontrakty i tylko na okres od igrzysk do igrzysk. Dzięki temu ma pieniądze na wszelkie możliwe zachcianki Kruczka (sprzętowe, oczywiście), ale stać go też na zatrudnienie dla Justyny Kowalczyk najlepszych serwismenów.

Dzięki sukcesom Małysza i Kowalczyk w Vancouver związek stał się jednym z najlepiej dotowanych przez państwo, ze wsparciem na poziomie ponad 16 mln zł na rok. To dlatego Justyna może mieć swój team, reszta kadry przygotowuje się swoim torem. W skokach są kadry: A, B i C.

Teraz przed Tajnerem i spółką największe wyzwanie - dużo większe niż zbudowanie systemu w skokach. Taki sam system trzeba zbudować w biegach narciarskich.

Sukces Zbigniewa Bródki to też nie jest element systemu, choć medal w tej dyscyplinie na drugich igrzyskach z rzędu wskazuje, że w Polskim Związku Łyżwiarstwa Szybkiego jest pomysł na szkolenie i rozwój. Teraz panczenistom brakuje tylko i aż obiektu, który da im bazę do rozpoczęcia szkolenia na dużą skalę.

Mowa oczywiście o krytym torze, którego w Polse nie ma. Nasi panczeniści tułają się więc po świecie - na szczęście ten ich panczenowy świat jest blisko, bo w Holandii. Medale z Soczi pozwolą związkowi na w miarę bogaty program treningowy, ale bez toru dalej nie ujedziemy. Tak jak nie ujedziemy bez choć kilku tras do biegów narciarskich, choć jednego ośrodka szkolenia biatlonu. Nie mówiąc już o torze do bobslejów.

Dlatego podoba mi się deklaracja premiera, że zbudujemy tor do łyżew szybkich. Oby tylko nie była to zagrywka wyborcza. No i jeśli ten tor ma powstać, związek panczenów już dziś musi budować system, który spowoduje, że będzie on żył od rana do nocy siedem dni w tygodniu. Może też zamiast bredzić o igrzyskach w Krakowie, zacznijmy inwestować w resztę zimowej infrastruktury. Na pewno się zwróci.

Robert Małolepszy

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.