W Polsce nie było lewicy. Nigdy
Utarło się przekonanie, że co jak co, ale demokracja to się nam w Polsce po roku 1989 udała. Czyżby?
Wszystko zależy od tego, jak wysoko zawiesimy sobie poprzeczkę. Można rzecz jasna umiejscowić ją bardzo nisko. I właśnie tak robiliśmy w wolnej Polsce dotychczas. I dlatego zawsze wychodziło nam, że nasza demokracja po roku 1989 działa bez zarzutu. W końcu wybory zawsze w terminie, opozycja i rządzący (zazwyczaj) wymieniali się po nich u steru władzy, a nie w drodze zamachu stanu na ulicach miast. Nie mieliśmy też żadnych spektakularnych przypadków łamania konstytucji czy żadnych poważniejszych przykładów naruszania zasady trójpodziału władzy. Jeśli porównać z sytuacją sprzed przełomu albo z tym, co dzieje się dziś na Ukrainie, postęp jest rzeczywiście ogromny.
Ale na sprawę można przecież spojrzeć również z bardziej krytycznego punktu widzenia. W końcu od przełomu minęło już ćwierć wieku. Trzecia RP już dawno przeżyła Drugą i jest częścią Unii Europejskiej. Może więc czas, by poprzeczka poszła trochę w górę. I zacząć się porównywać z dojrzałymi i bogatymi demokracjami, a nie z PRL-em albo obszarem postsowieckim. Tylko że wtedy polska demokracja zacznie się wydawać mocno kulawa. Dlaczego? Bo od 25 lat brak jej prawdziwego politycznego pluralizmu. To znaczy w praktyce każdy kolejny rząd prowadzi niemal identyczną politykę.
Jakże to? - zapyta natychmiast co bardziej uważny czytelnik. Przecież polskie życie publiczne ostatniego ćwierćwiecza aż buzowało od ostrych sporów. Mieliśmy wielkie bitwy o aborcję, o miejsce Kościoła w życiu publicznym, o rozliczenie z PRL-owskimi zbrodniami, o lustrację, o to, czy szybciej, czy wolniej integrować się z Europą, czy wreszcie o to, kto ponosi odpowiedzialność za katastrofę smoleńską albo czy ideologia gender to zagrożenie, czy szansa dla Polski. To wokół tych sporów tworzyły się i padały koalicje, wznosiły się, a potem były trwonione polityczne projekty i kariery decydentów. I dobrze, że tak było. Bo konflikt jest przecież solą każdej parlamentarnej demokracji. A tam, gdzie wszyscy się ze sobą zgadzają, wieje autorytaryzmem.
Problem polega na tym, że te wszystkie wielkie wojny kulturowe omijały jedną fundamentalną sprawę. To znaczy gospodarkę. Spory na temat modelu ekonomicznego III RP były już dużo cichsze. Momentami zanikały wręcz zupełnie. Można nawet odnieść wrażenie, że elity polityczne tę dziedzinę po prostu oddały walkowerem. Sprawiając, że gospodarka stała się domeną technokratów i rozmaitych grup interesu. Politycy zaś kolejne niepokojące wydarzenia komentowali zawsze za pomocą fatalistycznej mantry: "Widocznie musiało do tego dojść, skoro doszło". Efekt był taki, że Polska po roku 1989 bezrefleksyjnie przyjęła dominujący wówczas na świecie neoliberalny pomysł na gospodarkę. Oparty na przeświadczeniu, że tylko wolny rynek zapewnia efektywność gospodarczą i jest on najlepszym źródłem sprawiedliwości społecznej. Ten dogmat to było coś jakby odpowiednik najtańszego wówczas garnituru szytego masowo w jednym rozmiarze dla wszystkich krajów uczących się dopiero kapitalizmu. I nosimy go przez całe ćwierć wieku, nie myśląc nawet, że można by rozejrzeć się za nowym, bardziej dopasowanym do naszej figury wdziankiem. Przyczyna tego stanu rzeczy jest jedna. I jest to również wyrzut pod adresem polskiej demokracji. Brzmi on tak: po roku 1989 żaden polski rząd nie podjął nawet próby zawrócenia ze ścieżki gospodarczego liberalizmu na rzecz postulatów klasycznej lewicy. Zgadzają się z tym nawet tacy historycy, których o jakieś lewicowe ciągoty posądzić naprawdę trudno.
Po prostu prawica
Odpowiedź na pytanie, jak to się zaczęło, jest dość banalna. Zadecydował po prostu splot kilku czynników. W 1989 r. na Zachodzie anglosaski neoliberalizm był akurat u szczytu powodzenia. - A w kraju po czterdziestu latach realnego socjalizmu panowało powszechne przekonanie, że wszystko, co jest zachodnie, jest z definicji lepsze, ponieważ wszystko, co było dotychczas, jest złe - uważa Paweł Kozłowski, historyk gospodarki z Polskiej Akademii Nauk. Do tego dochodziły tradycyjne polskie złe doświadczenia z państwem. Można więc było albo to państwo poprawiać, albo pójść na skróty i nie bawić się w żadne reformy. Tylko ogłosić, że im więcej wolnego rynku, tym lepiej. Wybrano to drugie rozwiązanie. Nie należy również zapominać, że w latach 80. rozdarta konfliktem politycznym Polska po prostu zbankrutowała. Skutkiem były realne problemy zatruwające życie obywateli. Czyli inflacja i absolutna dezintegracja gospodarki, kolejki i zerwanie sieci kooperacyjnych w gospodarce.
Jednocześnie zmieniająca swój system ekonomiczny Polska była krajem dalekim od pełnej suwerenności. Waldemar Kuczyński, w 1989 r. główny doradca premiera Tadeusza Mazowieckiego (i człowiek, który wymyślił Leszka Balcerowicza jako twarz polskich przemian), od lat powtarza wprawdzie, że jego ekipie nikt nie podsuflował arcyliberalnej terapii szokowej. Tak naprawdę jednak pole manewru pierwszych niekomunistycznych rządów było mocno ograniczone. Z jednej strony naciskały na nie rzeczywistość i dokonujące się od czasów pamiętnej ustawy Wilczka/Rakowskiego (1988 r.) dzikie urynkowienie gospodarki. Z drugiej przyjęcie neoliberalnej "dobrej nowiny" było tym, czego oczekiwali wówczas od Warszawy jej zagraniczni wierzyciele. W efekcie gabinetom Tadeusza Mazowieckiego (lata 1989-1990) czy Jana Krzysztofa Bieleckiego (1991 r.) nie pozostawało nic innego, niż płynąć z neoliberalnym prądem i liczyć, że społeczeństwo wytrzyma końską kurację (bezrobocie, spadek realnych dochodów), którą jej zafundowali. Z kolei duża część elit opiniotwórczych dała się przekonać do tego, że radykalne reformy wolnorynkowe są "trudne, ale konieczne", i roztoczyła nad dwoma pierwszymi rządami solidarnościowymi parasol ochronny. Przyszło im to o tyle łatwiej, że największe odium przemian spadło nie na nie, lecz na robotników, rolników i polską prowincję. Ten parasol ochronny momentami zamieniał się jednak w bicz na krytyków obranego modelu transformacji. - Każda krytyka była automatycznie traktowana jak chęć powrotu do PRL-u. Nikomu nie mieściło się w głowie, że może warto by ludzi zapytać, do jakich poświęceń są gotowi w imię transformacji i jaki ma być jej ostateczny cel - wspomina Paweł Kozłowski, wówczas blisko współpracujący z jednym z najostrzejszych krytyków transformacji, nieżyjącym już ekonomistą Tadeuszem Kowalikiem. W takiej atmosferze nie było mowy o innej polityce gospodarczej. Najlepiej przekonał się o tym Jacek Kuroń, który nader chętnie przedstawiał siebie jako zwolennika rozwiązań socjalnych. W praktyce jednak w Unii Demokratycznej, a potem w Unii Wolności odgrywał co najwyżej rolę listka figowego neoliberalnej transformacji.
Społeczne koszty transformacji ustrojowej w nieuchronny sposób rodziły jednak opór społeczny. Pierwszym poważnym ostrzeżeniem dla nawróconych na ortodoksyjny liberalizm elit postsolidarnościowych było wejście Stanisława Tymińskiego do drugiej tury wyborów prezydenckich 1990 r. Jako pierwszy zrozumiał to obdarzony niekwestionowaną intuicją polityczną Lech Wałęsa. Gdy słucha się jego wystąpień z ówczesnej kampanii wyborczej, widać, że przywódca "Solidarności" szuka przynajmniej nowego języka. Innego niż forsowane przez obóz Mazowieckiego przeświadczenie o nieuchronności terapii szokowej. "Choć się z koncepcją zachodnią zgadzam, żeby zamykać niedobre zakłady, to wykonać tego nie wykonam. Niech się obrażają, niech skaczą. Najpierw muszę otworzyć możliwości, żeby nie było tak, że ktoś chce pracować, a nie ma gdzie" - mówił Wałęsa w czasie spotkania z wyborcami w warszawskim Ursusie. I jeśli odcedzić z tej wypowiedzi charakterystyczny styl retoryczny przywódcy "Solidarności", to mówi on tu jak klasyczny keynesista, który przeciwstawia się liberalnemu dogmatowi o prymacie wolnego rynku nad polityką. Ostatecznie jednak Wałęsa, gdy już wybory wygrał, takiej lewicowej polityki w życie bynajmniej nie wcielił. Ani nawet nie podjął próby. Są dwa wytłumaczenia tego stanu rzeczy. Przychylny Wałęsie publicysta Robert Krasowski w książce "Po południu" twierdzi, że prezydentowi nie pozwoliło rozwinąć skrzydeł rozpasane partyjniactwo wczesnej fazy III RP. Trochę innego zdania jest Antoni Dudek, autor "Historii politycznej Polski 1989-2012". - W praktyce Wałęsa okazał się po prostu marnym politykiem, który nie miał pomysłu na swoją prezydenturę. Gdy tylko zorientował się, że prezydentura nie daje mu realnej władzy wykonawczej, na którą liczył, zaczął się wikłać w doraźne operacje obalania lub wzmacniania kolejnych rządów. Na gospodarkę nie znalazł w trakcie swojej prezydentury miejsca - uważa historyk. I swoją szansę stanięcia na czele szerokiego obozu lewicowego były przywódca "Solidarności" szybko zaprzepaścił.
Innym potencjalnym środowiskiem, które mogło wzmocnić polski pluralizm polityczny o pierwiastek prawdziwej lewicy gospodarczej, był rząd Jana Olszewskiego. - Chcemy gospodarki rynkowej, która będzie działać w ściśle określonych ramach prawnych. Chcemy w tym dążeniu wykorzystać doświadczenia wielkich demokracji europejskich odbudowujących państwa po II wojnie światowej - to fragment exposé Olszewskiego z grudnia 1991 r. był jasnym sygnałem, że polska transformacja nie musi być robiona wedle anglosaskiego modelu neoliberalnego. I że inspiracji szukać można choćby w niemieckiej "społecznej gospodarce rynkowej" z czasów powojennego cudu gospodarczego. Olszewski miał zresztą dobre karty, by stać się premierem lewicowym. Sam pochodził z rodziny zaangażowanych przedwojennych PPS-owców. A poparcia jego rządowi udzielały partyjki, którym nie po drodze było na przykład z przyspieszoną prywatyzacją polskiego przemysłu oraz systemu bankowego. Jak to często bywa, lewicowe mrzonki Olszewskiego pozostały jednak tylko na papierze. - Premier gospodarką się nie bardzo interesował, czego najlepszym dowodem było to, że swojego ministra finansów prof. Karola Lutkowskiego z SGH podobno poznał dopiero na półtorej godziny przed exposé. Nic więc dziwnego, że nawet pomylił jego nazwisko i przedstawił swojego ministra jako Lutkiewicza - mówi Antoni Dudek. Zupełnie przypadkowy i niepasujący do deklarowanej zmiany kursu był też jego następca Andrzej Olechowski. A po jego rezygnacji rząd Olszewskiego kończył już w ogóle bez ministra finansów. Nie da się też wskazać żadnej prosocjalnej czy propracowniczej inicjatywy podjętej przez ten gabinet. I w sumie nic w tym dziwnego, bo rząd Olszewskiego wszystkie swoje naboje wystrzelał przecież na zupełnie na innych frontach. To znaczy na nieudanych próbach czyszczenia aparatu siłowego z funkcjonariuszy dawnego reżimu oraz lustracji. Zakończyło się to spektakularnym harakiri rządu w trakcie słynnej nocy teczek. Wałęsę i Olszewskiego rozgrzesza trochę to, że oni sami nigdy raczej nie definiowali siebie jako "lewica". Megaloman Wałęsa w czasie prezydentury świadomie próbował ustawiać się wręcz w roli nowego marszałka Piłsudskiego. A więc ojca narodu, który jest ponad takimi drobnostkami jak tradycyjne podziały ideowe. Olszewski zaś, a zwłaszcza jego zaplecze, uważało, że są po prostu prawicą.
Dryfujące elity
W tym sensie dużo więcej dla pogrzebania realnych postulatów socjalnych zrobiły ugrupowania, które same mówiły o sobie "lewica". Na tym polu od początku rywalizowały ze sobą tradycyjne dwa środowiska. Z jednej strony pezetpeerowscy aparatczycy szukający dla siebie miejsca w nowej rzeczywistości politycznej. Z drugiej zaś odwołująca się do pięknej karty opozycyjnej i antykomunistycznej Unia Pracy. Zacznijmy właśnie od niej. Kadry miała niezłe. Byli tu wręcz ludzie w środowiskach opozycyjnych cieszący się estymą nie mniejszą niż Michnik, Kuroń i Mazowiecki. A więc symbole takie jak Zbigniew Bujak i Karol Modzelewski. Oraz mocno zaangażowani ekonomiści Ryszard Bugaj i Tadeusz Kowalik. Był też popularny bon vivant Aleksander Małachowski. W jednym UP trzeba oddać sprawiedliwość. Jako jedyna znacząca polska siła polityczna po 1989 r. konsekwentnie stawiali oni postulaty ekonomiczno-socjalne na miejscu pierwszym swoich politycznych priorytetów. Postulowali na przykład wzmocnienie i ochronę pracobiorców. Sprzeciwiali się prywatyzacji (zwłaszcza forsowanemu przez środowiska liberalne programowi powszechnej prywatyzacji) czy komercjalizacji usług publicznych. Problemy tej partii były jednak dwa. - Jeden to nasz zbytni idealizm. Uważaliśmy, że wystarczy mieć rację, a ludzie po prostu za nami pójdą. Drugi powód naszego upadku był prozaiczny. W starciu z SLD byliśmy partią biedną i pozbawioną źródeł finansowania. I dlatego przegraliśmy - mówi nam Wojciech Borowik, w latach 90. jeden z wpływowych działaczy Unii Pracy.
Dramat (i co tu kryć, również nieudolność) partii ujawniły się w pełni w momencie wielkiego sukcesu. A więc w 1993 r., gdy udało jej się wprowadzić do Sejmu 41 posłów. Unia otrzymała wtedy propozycje wejścia do rządu SLD-PSL. - Jak możemy wchodzić do rządu z SLD? Nie dość, że to komuna, to jeszcze... prawicowa - lamentował wtedy na partyjnym zjeździe Aleksander Małachowski. A ekonomista Tadeusz Kowalik nie mógł wybaczyć SLD, że jeszcze nie przejął władzy, a już puszcza oko do MFW, że o żadnym zwrocie w lewo w Polsce nie ma mowy. Ostatecznie UP zgodziła się wejść do rządu Waldemara Pawlaka (lata 1993-1994), stawiając SLD i PSL twarde warunki. Szef partii Ryszard Bugaj zarządzał wprowadzenia 50 proc. podatku dla najbogatszych. Zwycięskie SLD wyrzuciło go z tym pomysłem za drzwi. I to był koniec. Okazało się bowiem, że partyjne doły - zwłaszcza działacze, którzy nie mieli takiej opozycyjnej karty jak Bugaj czy Modzelewski, w naturalny sposób dryfują w stronę SLD. Unitom udało się jeszcze tylko wprowadzić do konstytucji (to był czas debaty nad ustawą zasadniczą) kilka prosocjalnych zapisów (na przykład o tym, że praca znajduje się pod ochroną polskiego państwa). Ale w wyborach 1997 r., walcząc pod socjalnym hasłem "Zasługujesz na więcej", po prostu wypadli z parlamentu. Przewodniczący Bugaj podał się do dymisji, a nowy szef Marek Pol (mający za sobą PZPR-owską przeszłość) z radością podryfował w kierunku postkomunistów.
Tyle że ten dryf oznaczał pójście w kierunku dokładnie odwrotnym niż lewicowy. Bo w sensie gospodarczym SLD nigdy partią socjalną nie był. Owszem w kampaniach wyborczych SLD-owcy chętnie wyrzekali na "skrajnych postsolidarnościowych monetarystów". Ale gdy sami władzę przejmowali, robili politykę (w sensie gospodarczym) jeszcze bardziej konserwatywną. To oni w 2004 r. obniżyli podatek od korporacji do poziomu 19 proc., czyli w stopniu, na jaki nie zdecydował się wcześniej żaden rząd "prawicowy". To SLD-owski superminister pracy i gospodarki Jerzy Hausner był autorem planu neoliberalnych reform finansów publicznych (wzorowanych na popularnej wówczas w Europie "trzeciej drodze"). A więc restrukturyzacji PKP, górnictwa czy służby zdrowia albo KRUS. I jeszcze wykazał się przy tym nieudolnością, bo ostatecznie większości tych swoich reform nie potrafił wcielić w życie, uginając się przed oporem licznych grup interesu. To za czasów SLD wprowadzono tzw. podatek Belki, który uderzył głównie w drobnych ciułaczy. Od jego płacenia zwolniono zaś zyski osiągane na giełdzie. Tym wszystkim posunięciom nie towarzyszyły przy tym jakieś bardziej znaczące posunięcia prosocjalne. - Mnie to absolutnie nie dziwi. SLD nigdy nie był partią robotników. Tworzyli ją ludzie, którzy jeszcze za komuny dorobili się funkcji poganiaczy robotników. A więc tzw. PRL-owskiej nomenklatury - mówi Jacek Tittenbrun, socjolog z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.
A "Solidarność"? Przecież nawet po przełomie NSZZ był wielką polityczną siłą. Miał swoich posłów w parlamencie, a jednocześnie organizowane przez niego protesty trzęsły rządami. W tamtym czasie "Solidarność" była jednak przede wszystkim związkiem zawodowym. A więc grupą interesu. Trudno oczekiwać od niej, by potrafiła skutecznie włączyć się w budowanie trwałej polityki gospodarczej kraju. Sytuacja zmieniła się trochę w 1997 r., gdy Akcja Wyborcza Solidarność wygrała wybory i stworzyła rząd. Jej koalicjantem była jednak zdecydowanie nielewicowa Unia Wolności, i to prowadzona przez zdeklarowanego liberała Leszka Balcerowicza, który został wicepremierem i ministrem finansów. W dorobku koalicji AWS-UW próżno więc szukać postulatów lewicy gospodarczej. Przeciwnie: to ten rząd przygotował wprowadzenie podatku liniowego (zablokowanego przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego), przyspieszył prywatyzację gospodarki, w tym systemu emerytalnego, otwarcie inspirowaną neoliberalnymi wzorcami z Chile czasów Pinocheta.
Osobnym ciekawym przypadkiem jest Samoobrona. Ruch absolutnie oddolny i zrodzony z prawdziwych trosk i oburzenia przegranych transformacji ustrojowej. I o postulatach na wskroś lewicowych. Partia Andrzeja Leppera była jednak zbyt przaśna. I szybko dostała jednak po głowie od wielkomiejskich elit opiniotwórczych, które przylepiły jej etykietkę "gospodarczych populistów". Podobnie jak wcześniej Lech Wałęsa. Inna sprawa, że Samoobrona nigdy nie miała szans (ani potencjału intelektualnego), by nadawać ton polskiej debacie gospodarczej. Mogła chyba tylko (co najwyżej) stanowić alternatywę wobec PSL-u w roli reprezentanta interesów polskiej wsi. Ale nawet to im się nie udało.
Łapanie równowagi
Wydawało się przez moment, że nową jakość przyniosła podwójna kampania 2005 r., kiedy Polacy wybierali prezydenta i parlament. A o władzę rywalizowały PO i PiS. "To są dwa odrębne programy. Pierwszy to program Polski liberalnej, Rzeczpospolitej dla bogaczy. Jest on korektą obecnego układu. I my ten projekt uznajemy za niebezpieczny. Drugi projekt Polski solidarnej szuka swoich korzeni w wielkiej potrzebie wspólnoty" - przekonywał wówczas kandydat na prezydenta Lech Kaczyński. Dając tym samym początek słynnemu podziałowi na Polskę "liberalną" i "solidarną". I nie brak głosów, że ten chwyt wyborczy miał decydujące znaczenie dla ostatecznego podwójnego zwycięstwa PiS. Ale po przejęciu władzy sprawy przybrały znów taki obrót jak kilkanaście lat wcześniej w przypadku Olszewskiego. PiS biło się na zupełnie innych frontach: głównie o lustrację i o politykę zagraniczną. Dla zwolenników Polski solidarnej czarę goryczy przelała nominacja zdeklarowanej liberałki Zyty Gilowskiej na ministra finansów. I przygotowana przez nią reforma podatkowa wzorowana na Reaganowskiej rewolucji podażowej. Zdaniem Antoniego Dudka o tym, że projekt Polski solidarnej nie doczekał się za rządów PiS realizacji, zadecydował niefortunny podział obowiązków w tandemie braci Kaczyńskich. Bo klasyczne tematy gospodarcze zawsze lepiej rozumiał Lech. Sęk w tym, że jako prezydent nie miał do ich realizacji żadnych narzędzi. Jarosław odwrotnie. Dobrze obrazuje to następująca historia: - Gdy po wyborach 2005 r. na pewien czas upubliczniono listę gości odwiedzających premiera, okazało się, że do Kaczyńskiego przychodzą głównie przedstawiciele resortów siłowych, sprawiedliwości, zwierzchnicy służb specjalnych i prezes IPN. I prawie nikt z działki gospodarczej. To dobrze pokazuje, że na liście jego priorytetów gospodarka nigdy nie znajdowała się zbyt wysoko - mówi Dudek.
"Im dłużej rządzę, tym bardziej jestem socjaldemokratą" - to zdanie Donalda Tuska z zeszłorocznego wywiadu dla "Polityki" zrobiło karierę. W podobnym tonie wypowiadał się w rozmowie z DGP jego główny ekonomiczny zausznik Jan Krzysztof Bielecki. Czyżby więc paradoksalnie dawni ekonomiczni liberałowie mieli się stać pierwszymi decydentami w historii III RP, którzy przechylą się w kierunku postulatów bardziej lewicowych? Rząd Tuska faktycznie coś na tym polu robi. Mamy więc ofensywę wydatkową w polityce rodzinnej, podjęcie tematu umów śmieciowych, cofnięcie prywatyzacji emerytur z 1999 r. i kontrcykliczną keynesowską politykę antykryzysową z lat 2009-2010 (okupioną wysokim deficytem budżetowym). Można śmiało stwierdzić, że tak wielu lewicowych tematów nie ruszył dotąd żaden poprzedni polski rząd. Inna sprawa, że nikt dotąd nie miał okazji rządzić tak długo jak Tusk. To wszystko wciąż jednak zdecydowanie za mało, by nazwać koalicję PO-PSL lewicową (bardzo zresztą wątpliwe, czy jej twórcy ucieszyliby się z takiego określenia). I by przywróciło to kulawej polskiej demokracji odrobinę równowagi. Tym bardziej że i w szeregach opozycji prawdziwych lewicowców gospodarczych też ze świecą szukać.
Wszystkie wielkie wojny kulturowe po 1989 r. omijały jedną fundamentalną sprawę. To znaczy gospodarkę
@RY1@i02/2014/026/i02.2014.026.000000700.803.jpg@RY2@
Shutterstock
Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu