2014 jako nowy 1914
Niemcy pytani o obawy i nadzieje związane z rokiem 2014 bardzo często lądują w zamierzchłej przeszłości. Czyli w roku... 1914.
Opowieść taką snuje choćby jeden z najbardziej znanych niemieckich publicystów ekonomicznych Wolfgang Muenchau. Podobieństwa narzucają mu się w sposób naturalny. W okresie poprzedzającym wybuch pierwszej wojny panowały przecież na kontynencie pozorny spokój i stabilizacja. Sojusze wydawały się trwałe i niewzruszalne. Wiało wręcz końcem historii. Ale wystarczyło kilka pozornie trywialnych wydarzeń, które uruchomiły reakcję łańcuchową. Podobnie dziś. W przedkryzysowej Europie też wszystkie polityczne i ekonomiczne sprzeczności wydawały się rozwiązane. A jednak.
Kryzys zadłużeniowy zburzył to status quo. Brakuje tylko drobnego incydentu na miarę strzałów na ulicach Sarajewa.
Drugi punkt spinający daty 1914-2014 to nagminne uspokajanie sytuacji uprawiane przez elity opiniotwórcze. Muenchau cytuje tygodnik "The Economist" sprzed równo stu lat, gdzie czytamy: "Nie ma powodu, by doszło w Europie do jakiegokolwiek poważnego przesilenia politycznego. To się dziś nikomu nie opłaca". Muenchau nie straszy rzecz jasna wizją nowego konfliktu zbrojnego na miarę pierwszej wojny światowej. Powtarza tylko (za Marksem), że wydarzenia tragiczne powtarzają się raczej jako farsa.
Pytanie tylko, czy te obawy to przejaw tradycyjnej niemieckiej lękliwości (słynny "German Angst"), czy raczej desperacki głos wzywający do zawrócenia z drogi, po której nasz kontynent już raz kroczył?
@RY1@i02/2014/008/i02.2014.008.000000600.802.jpg@RY2@
Rafał Woś dziennikarz działu opinie
Rafał Woś
dziennikarz działu opinie
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu