Keynes powraca. Tylko który?
"Wszyscy jesteśmy keynesistami" - ogłosiły po wybuchu kryzysu 2008 r. elity polityczne i publicystyczne w większości krajów bogatego Zachodu, pompując w rynek astronomiczne sumy publicznych pieniędzy. Nawet w Polsce dawni liberałowie twierdzą dziś, że w gospodarce trzeba czasem "przykeynesować". Pytanie tylko, jak wiele ma to wspólnego z ekonomicznymi pomysłami Johna Maynarda Keynesa
Czym jest właściwie keynesizm? Zadajcie to pytanie kilku (nawet całkiem zorientowanym) osobom, a dostaniecie całą paletę rozbieżnych odpowiedzi. Najczęściej usłyszycie pewnie, że keynesizm to synonim mocnej państwowej interwencji w gospodarkę. Coś jakby ideowa podbudowa do gospodarczego etatyzmu. To w najlepszym razie. A w najgorszym jakiś rodzaj miękkiego socjalizmu możliwy do przełknięcia dla alergicznie reagujących na marksizm zachodnich decydentów politycznych. Ponieważ takie interwencje obywają się zazwyczaj drogą zwiększenia wydatków publicznych, keynesizm jest często kojarzony z pewnego rodzaju niefrasobliwym podejściem do równowagi budżetowej. W myśl autentycznego (rozdział 3 "Traktatu o reformie monetarnej" z 1923 r.) bon motu, że "w długim okresie wszyscy będziemy martwi", który niechętni Keynesowi komentatorzy pokazują często jako przejaw skrajnego egoizmu lub (co najmniej) wyjątkowo wąskich horyzontów angielskiego ekonomisty. Kilka lat temu konserwatywny historyk Niall Ferguson postawił nawet tezę, że Keynes mógł pleść takie bzdury tylko dlatego, że był... bezdzietnym homoseksualistą i nie bardzo martwił się o świat, który zastaną po nim przyszłe pokolenia.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.