Czy wszyscy w socjalizmie byli milionerami
To pytanie, które postawił niedawno pochodzący z Serbii, ale robiący karierę w USA ekonomista Branko Milanovic. Ale nie był to z jego strony żaden przejaw nostalgii za życiem w kraju rządzonym przez marszałka Titę, towarzysza Breżniewa czy innego Gierka. Tylko interwencja w bardzo konkretnej i aktualnej ostatnio debacie o majątkowych nierównościach.
Piketty’ego państwo pamiętają? Jeśli nie, to jest akurat okazja przeczytać go po polsku, bo "Kapitał w XXI wieku" ukazał się właśnie (rok po anglojęzycznej premierze) na naszym rynku wydawniczym. Ale i bez czytania znanego Francuza wiadomo, o co mu (i nie tylko jemu) chodzi. Od kilku lat ekonomiści wskazują bowiem na rosnące różnice dochodowe i majątkowe wewnątrz zachodnich społeczeństw. Które sprawiają, że kraje bogatego pierwszego świata są (pod względem struktury bogactwa) coraz bardziej podobne do siebie samych sprzed stu lat. Żeby nie cytować już tylko Piketty’ego: na przykład ekonomista z Uniwersytetu Nowojorskiego Ed Wolff pokazał (2013 r.), że jedna trzecia amerykańskiej populacji ma zerowy (lub ujemny) majątek netto. To znaczy, że jak podliczyć ich wszystkie długi i odjąć od nich zgromadzone aktywa (mieszkanie, samochód, oszczędności, papiery wartościowe), nadal daleko będzie im do plusa.
Krytycy takiego stawiania sprawy mają na to stałą odpowiedź. Ich zdaniem epatowanie rzekomo wysokim poziomem nierówności jest manipulacją. Nie uwzględnia bowiem całej maszynerii państwa dobrobytu, z którego biedniejsze warstwy społeczne mogą korzystać. A ona pozwala im przecież uniknąć osunięcia się w biedę (choćby taką, jaką znamy z zaangażowanych społecznie powieści XIX-wiecznych). Nawet jeżeli nie dysponują dodatnim majątkiem rozporządzalnym i w każdej chwili rynkowo wymienialnym.
I tu pojawia się Branko Milanovic, znany ze swoich wytrwałych i wieloletnich badań nad poziomem nierówności (notabene prowadzonych na długo zanim tematem zajął się młodszy od niego Thomas Piketty). Pochodzący z tej naszej strony żelaznej kurtyny Milanovic argumentuje w sposób następujący. Zastanówmy się, jaki był poziom majątku mieszkańców byłego bloku wschodniego. Otóż w wypadku 80-90 proc. społeczeństwa był on bliski zeru. Mieszkania? W przeważającej większości przypadków były one socjalne i nie podlegały wykupowi na własność (to się zmieniało dopiero z czasem, gdy socjalizm coraz bardziej się liberalizował). Instrumenty finansowe? Prawie nie istniały, bo nie było ani giełdy, ani rynku akcji. Właściwie jedynym sposobem budowania majątku były trzymane w domach dewizy, co w niektórych okresach było nawet zakazane. No, ewentualnie domki letniskowe i podmiejskie dacze, którymi można było (w miarę) swobodnie handlować. Wszystko to sprawia, że gdyby zastosować do mieszkańców demoludów klasyczne definicje majątkowe, zdecydowana większość z nich nie miała praktycznie nic.
Zobaczmy jednak, co się dzieje, kiedy idziemy za radą krytyków Piketty’ego i do klasycznego rozporządzalnego majątku dodajemy miękkie gwarancje państwa dobrobytu. Milanovic pokazuje to na przykładzie swojej ojczyzny Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii. W latach 80. średnia miesięczna pensja wynosiła tam 250 dol. A średnia emerytura 200 dol. Co daje 2,5-3 tys. dol. rocznego dochodu netto. W przeliczeniu na dzisiejsze dolary będzie to jakieś 7-9 tys. dol. Pamiętajmy też, że i pensje, i emerytury były w państwach socjalistycznych (w przeciwieństwie do kapitalistycznych) gwarantowane. Idąc tokiem rozumowania antypiketystów, należałoby więc je wliczyć do poziomu majątku. Licząc, że średnia długość pobierania takiej emerytury to 20 lat, wychodzi nam nagle, iż każdy mieszkaniec socjalistycznej Jugosławii dysponował majątkiem netto wartym 300 tys. dol. Doliczmy do tego jeszcze "zasób" w postaci darmowej (autentycznie, może minus koszty bombonierek) służby zdrowia, a daje to majątek podchodzący pod pół miliona dolarów.
Po co Milanovic robi tę wyliczankę? Ano po to, by pokazać, że rozmazujący problem rosnących nierówności komentatorzy muszą sobie odpowiedzieć na pytanie: czy ich zdaniem wszyscy mieszkańcy bloku wschodniego byli (prawie) milionerami? Czy może jednak co trzeci mieszkaniec najbogatszego kraju kapitalistycznego świata ma majątek co najwyżej zerowy? A jeśli to drugie, czy nie czas porzucić pryncypialny upór, że Piketty (i inni) wyssali tezę o rosnących nierównościach z palca? ©?
@RY1@i02/2015/098/i02.2015.098.000000200.801.jpg@RY2@
Rafał Woś
dziennikarz DGP
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu