Mit gospodarczego sukcesu Orbána
W polskich mediach związanych z prawicą dominuje wyidealizowany obraz Viktora Orbána jako przywódcy, dzięki któremu Budapeszt po latach udręk powstał z kolan. Węgry za rządów Fideszu, według tej narracji, stały się w końcu państwem silnym i niezależnym. Prowadzą suwerenną politykę gospodarczą dzięki zrobieniu porządku z zagranicznym kapitałem, zaś obywatele odzyskali godność w wyniku obniżek podatków, które wzmocniły ich ekonomiczną pozycję.
Oczywiście przyjemnie się słucha opowieści o zrzucających kajdany potomkach półmitycznego Attyli, z którymi podobno mamy szczególnie bliskie relacje. Tak jak się miło ogląda każdą współczesną wersję biblijnego starcia Dawida z Goliatem. Problem w tym, że teorie te mają tyle wspólnego z prawdą, co demokracja szlachecka z demokracją.
Orbán nie tylko nie wzmocnił niezależności gospodarczej Węgier, ale nawet nie zamierzał tego zrobić.
Fasadowa suwerenność
Fidesz umiejętnie stworzył pozory prowadzenia niezależnej polityki, które przekonują węgierski elektorat i niektórych obserwatorów z zagranicy. Najczęściej przywoływana jest seria podatków nałożonych na podmioty działające w szczególnie dochodowych branżach.
Już w 2010 r., w pierwszym roku obecnych rządów Orbána (bo po raz pierwszy był premierem w latach 1998-2002), Węgry wprowadziły jako jedne z pierwszych w UE podatek bankowy. Obciążał na początku aktywa bankowe wysoką stawką - nawet do 0,5 proc. (później została obniżona). Na sieci telekomunikacyjne nałożono podatek od przychodów, również o bardzo wysokiej stawce - 6,5 proc. A do końca 2015 r. funkcjonowała też opłata za urzędową kontrolę żywności, która była de facto podatkiem obrotowym nałożonym na sieci handlowe - jego stawka była uzależniona od wysokości przychodu podatnika.
Były to działania wymierzone w branże zdominowane przez kapitał zagraniczny. Ale suwerenna polityka gospodarcza Budapesztu miała opierać się nie tylko na działaniach podatkowych. Węgry w 2013 r. spłaciły przed terminem pożyczkę wziętą od cieszącego się złą sławą Międzynarodowego Funduszu Walutowego, czego symbolicznym zwieńczeniem miało być zamknięcie przedstawicielstwa MFW w Budapeszcie.
Fidesz dużo bardziej radykalnie niż Polska zajął się również przewalutowaniem kredytów frankowych oraz demontażem swoich OFE. Wiele z tych działań miało racjonalne podstawy - szczególnie demontaż prywatnych funduszy emerytalnych, które nad Wisłą wciąż drenują, choć już w dużo mniejszym stopniu, publiczny system emerytalny.
Problem w tym, że za tą niepodległościową fasadą kryła się prawdziwa treść polityki gospodarczej, która miała już dużo mniej romantyczny wyraz.
Naddunajska fabryka
Branżą, w której podmioty zagraniczne szczególnie dominują nad Dunajem, jest przemysł samochodowy. Jednak firmom motoryzacyjnym Fidesz w żadnym wypadku nie zamierza nastąpić na odcisk. Przeciwnie - potrafi hojnie sypnąć groszem. Węgry przyciągają je ulgami podatkowymi i innego rodzaju subwencjami. Firma oponiarska Apollo wynegocjowała ulgi podatkowe o równowartości 420 mln zł za stworzenie tysiąca miejsc pracy. Audi zgodziło się wybudować zakład w Gyor za ulgi podatkowe warte "jedynie" 41 mln euro, lecz Węgry musiały jeszcze wyremontować tamtejsze lotnisko - na co wydały 7 mln euro. Nic więc dziwnego, że motoryzacyjny kapitał zagraniczny pcha się nad Dunaj drzwiami i oknami. Są to przede wszystkim firmy niemieckie. W 2012 r. Mercedes otworzył zakład w Kecskemet, rok później Audi w Gyor, a w 2014 r. w Szentgotthard ruszyła fabryka Opla. Na Węgrzech obecni są również Japończycy - np. Suzuki i Denso.
Na Węgrzech działa ok. 600 firm motoryzacyjnych - i w sumie ok. 6 tys. firm z Niemiec. Ponad 80 proc. części samochodowych wyprodukowanych nad Dunajem trafia na zagraniczne rynki. Eksport do Niemiec wart jest 25 mld euro, co jest zdecydowanie najwyższym wynikiem wśród wszystkich partnerów handlowych Węgier. Eksport do drugiej w tym zestawieniu Rumunii jest już pięć razy mniejszy. Zasadne staje się pytanie, czy zamiana kraju w jeden wielki niemiecki zakład motoryzacyjny to dobry pomysł. Gdy w kłopoty wpadnie branża samochodowa albo Niemcy, boleśnie odczuje to węgierska gospodarka. Monokultura to bardzo ryzykowny model rozwoju.
W każdym razie o żadnej realnej walce z zagranicznym kapitałem nie ma tu mowy. Węgry są jednym z najbardziej uzależnionych od kapitału zagranicznego krajów w Europie. I Orbán nie zamierza tego zmieniać. Bezpośrednie inwestycje zagraniczne w 2016 r. na Węgrzech był na poziomie 64 proc. PKB, co jest najwyższym wynikiem w regionie. W Czechach wskaźnik ten wynosił 60 proc., na Słowacji - 46 proc., a w Polsce - 40 proc. W zakończonej już unijnej perspektywie budżetowej 2007-2013 środki europejskie odpowiadały na Węgrzech aż za 57 proc. inwestycji rządowych, to zdecydowanie najwyższy wynik w całej Wspólnocie. W szóstej Polsce odpowiadały one za 40 proc. Gdyby nie środki z UE, inwestycje publiczne dumnych i suwerennych Węgier spadłyby o ponad połowę. Orbán nie zmniejszył też bardzo długu publicznego - w 2009 r., tuż przed jego dojściem do władzy, wynosił on 78 proc. PKB, obecnie - 74 proc. Czyli wciąż jest o 20 pkt proc. wyższy niż w Polsce.
Modernizacyjna klapa
Inwestycje zagraniczne nie muszą być niczym złym. Ważne, by dzięki nim zmieniały się cała gospodarka oraz rodzimy sektor prywatny. Do tego jednak potrzebna jest przemyślana polityka przemysłowa, bo samo otwarcie kraju na kapitał tego nie spowoduje. Problem w tym, że próby prowadzenia polityki przemysłowej przez rząd Orbána były zadziwiająco nieporadne.
Węgry próbowały wdrożyć bardziej zaawansowany system wspierania rodzimych firm - jednak bez powodzenia. Stworzono nadzorowany przez tamtejszy bank centralny Funding for Growth Scheme (FGS), który dostarczał darmowe środki dla banków na tanie kredyty wspierające węgierski sektor małych i średnich firm. Ale program zupełnie się nie sprawdził - firmy zaczęły traktować środki z FGS jak tańszy zamiennik zwyczajnych kredytów. Rząd wycofał się więc z niego. W 2013 r. nowy szef banku centralnego Gyorgy Matolcsy, współpracownik Orbána, zaczął stosować politykę niskich stóp procentowych i osłabienia forinta, w celu wsparcia eksporterów. Na tym skorzystały jednak głównie firmy z kapitałem zagranicznym, które dominują wśród tamtejszych eksporterów. Tak więc jedynym realnym działaniem rządu Orbána w zakresie wspierania rodzimych przedsiębiorstw było obniżenie podatku CIT dla małych podmiotów do 10 proc. (regularna stawka wynosi 19 proc.).
Tak nieporadna polityka przemysłowa sprawiła, że węgierska gospodarka, zamiast się modernizować, traciła wobec innych krajów Europy. Węgierska produktywność na pracownika w 2009 r. wynosiła 72 proc. średniej unijnej, w tym samym czasie polski pracownik wypracowywał 65 proc. średniej UE. W 2016 r. pracownik nad Dunajem wypracowywał już tylko 68 proc. unijnej średniej, co było najsłabszym wynikiem wśród krajów Grupy Wyszehradzkiej (GW). W Polsce ten wskaźnik w ubiegłym roku wyniósł 75 proc., w Czechach - 81 proc., a na Słowacji - 82 proc. Co więcej, Węgry powoli dogania już lekceważona przez nich Rumunia (63 proc.).
PKB per capita w czasach rządów Orbána co prawda nieco się poprawił w stosunku do całej UE, jednak i tu Węgry spadły na ostatnie miejsce w GW. W 2009 r. PKB na głowę mieszkańca na Węgrzech wynosił 64 proc., a w 2016 r. - 67 proc. W Polsce wskaźnik ten z poziomu 60 proc. skoczył do 69 proc. W latach 2006-2016 węgierski wzrost gospodarczy był najsłabszy w regionie - średniorocznie wynosił ledwie 0,6 proc. W Polsce - 3,5 proc., na Słowacji - 3,1 proc., w Czechach - 1,6 proc.
Polityka antyspołeczna
To może chociaż węgierscy obywatele odzyskali godność? Też nie bardzo - polityka społeczna Orbána jest jeszcze większym niewypałem niż przemysłowa. Fidesz kieruje się konserwatywną zasadą, by opodatkowywać konsumpcję, a nie pracę. Problem w tym, że to gotowa recepta na wygenerowanie nierówności społecznych. Progresywny podatek dochodowy to najlepszy sposób na zmniejszanie rozwarstwienia, a podatek VAT uderza najbardziej w najuboższych. Niestety Węgry z recepty tej skorzystały. Rząd Orbána wprowadził niski liniowy 15-procentowy PIT, a ubytki budżetowe wyrównuje absurdalnie wysokim podatkiem VAT na poziomie 27 proc. - najwyższym we Wspólnocie. Dodatkowo dokonał znacznych cięć w zabezpieczeniu społecznym, m.in. zasiłek dla bezrobotnych ograniczył do ledwie 3 miesięcy, a także zmniejszył dodatki mieszkaniowe.
Od początku musiało być jasne, jakie będą efekty takiej polityki. Indeks Giniego, najczęściej spotykana miara nierówności ekonomicznych, w 2010 r. wynosił na Węgrzech 24,1 i był to poziom Szwecji. Obecnie wciąż jest jeszcze niski, jednak wzrósł do poziomu 28,2. Tak więc Węgry, które do niedawna były jednym z najmniej rozwarstwionych państw świata, niedługo zrównają się pod tym względem z Polską: u nas w 2016 r. indeks Giniego wyniósł 29,8 (średnia UE to 31). W czasach rządów Orbána drastycznie wzrósł poziom biedy. W 2009 r. poniżej granicy ubóstwa żyło 6,8 proc. Węgrów, w 2014 r. - 10,1 proc. Na Węgrzech żyje najwięcej osób zagrożonych ubóstwem wśród krajów Grupy Wyszehradzkiej - w 2015 r. było ich 28 proc., w Polsce - 23 proc., na Słowacji - 18 proc., a w Czechach - 14 proc.
Zwolennicy polityka Orbána często odpierają powyższe zarzuty, mówiąc, że polityka Fideszu jest skierowana do klasy średniej: rodzin z dziećmi, które wspiera ulgami podatkowymi. Tego również nie widać w danych. Licząc parytetem siły nabywczej, w 2015 r. przeciętna węgierska rodzina z dwójką dzieci i obojgiem pracujących rodziców dysponowała rocznym dochodem netto o równowartości 26,5 tys. euro, polska - 31,2 tys. euro. Tak więc przeciętna nasza rodzina miała do dyspozycji niemal 5 tys. euro rocznie więcej, tymczasem jeszcze w 2009 r. ta różnica wynosiła tylko niecałe 2 tys. euro.
To nie wzór dla Polski
Efekty polityki gospodarczej Orbána nie są oszałamiające. Wskaźniki makroekonomiczne relatywnie pogarszają się tam w stosunku do krajów regionu. Wskaźniki społeczne wyraźnie pogarszają się nawet w liczbach bezwzględnych. Orbán utrwalił również uzależnienie Węgier od kapitału zagranicznego. W tej sytuacji jest zupełnie niezrozumiałe, że dla kogokolwiek w Polsce Budapeszt może być wzorem do naśladowania.
W czasach rządów PO Polska notowała wyniki makroekonomiczne nieosiągalne dla Węgier. Rządy PiS utrzymały wyższą od Węgier dynamikę gospodarki (w II kwartale 2017 r. PKB w Polsce rósł o 4,4 proc., na Węgrzech - o 3,6 proc.), a dodatkowo uzupełniły politykę gospodarczą o prospołeczne reformy - np. 500+ czy minimalną stawkę godzinową - które przynoszą rezultaty. W ubiegłym roku mieliśmy bardzo duży spadek skrajnego ubóstwa - z 6,5 proc. do 4,9 proc, a więc aż o jedną czwartą. Oczywiście Polacy wciąż zmagają się z wieloma problemami ekonomicznymi, tylko że na Węgrzech są one wyraźnie większe.
Wychwalana przez prawicę polityka gospodarcza premiera Węgier jest wyjątkowo przereklamowana. Nie tylko nie zwiększył on suwerenności ekonomicznej kraju, lecz wręcz utrwalił jego klientelistyczną pozycję w stosunku do zachodniej UE - głównie Niemiec
@RY1@i02/2017/199/i02.2017.199.000001300.801.jpg@RY2@
Piotr Wójcik
Klub Jagielloński
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu