Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Wesołe życie prosumenta

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 8 minut

No, jak tam wasz poranek? Co? Halo? Niestety, nie słyszę odpowiedzi. Wygląda na to, że papierowa gazeta jest jedną z niewielu rzeczy, które nie zostały jeszcze zamienione w urządzenie komunikacyjne. Cóż, wszystko przed nami. Tymczasem opowiem wam o swoim poranku. Nie będę też jakoś specjalnie ukrywać, że bardziej mi to odpowiada.

Obudziłam się. Wypiłam łyk wody. "Łyk wody" zawsze brzmi jakoś żałośnie, prawda? Żeby tę żałość zdusić w zarodku, wzięłam w dłoń telefon i weszłam na Facebooka. Tu zdjęcie kota w kieliszku, tu narzekania na zwolnienia w korporacjach; rozmowa kipi, wszyscy mają opinię. Jeden kolega filozof udowadniał, że wiedza o innych umysłach jest niemożliwa. Drugi odpowiadał mu, że co z tego, przecież wiedza o własnym umyśle jest równie niemożliwa. Wzięłam czym prędzej udział w dyskusji, dowodząc - a co! - że "umysł" to w ogóle przestarzała kategoria. Tak to żeśmy sobie gadali, czując się niezwykle intelektualnie i wykwintnie, publicznie prowadząc uczoną dyskusję, aż dotarło do nas, że ktoś nas zrobił przez rurkę w capa i tak wykorzystał.

W wyniku tej dyskusji bowiem miały miejsce następujące fakty: ja kliknęłam w reklamę kapci, którą specjalnie dla mnie wybrał pan Zuckerberg (chyba kupię; owe kapcie bowiem "rewolucjonizują rynek kapci"); przyłączyły się do nas inne osoby, hejtując bądź wspierając, i podbiły tym samym Zuckerbergowi statystyki juzerogodzin, które posłużą mu do ściągnięcia jeszcze większej kasy z firmy sprzedającej kapcie za wciskanie ich kapci frajerom takim jak ja. A nabiwszy Zuckerbergowi kabzę, miast podbudować się interakcją, poczuliśmy w duszach pustkę - wygląda na to, że po całej serii przypadkowych i chaotycznych badań w tym temacie Holly Shakya (UCSD) i Nicholas Chystakis (Yale) zdołali na serio udowodnić, że im częściej człek jest na Fejsie, tym gorzej się czuje i tym większa go egzystencjalna chwyta trwoga. Innymi słowy, sprostytuowaliśmy swoją przyjaźń i filozoficzną ekspertyzę, produkując kontent dla kalifornijskiej firmy, która nam - prosumentom, czyli produkującym konsumentom - wcisnęła jeszcze rewolucyjne kapcie za pięć dych. I to w imię czego? Smutku i deprechy oraz zaniku.

Czas był powstać, umyć zęby i z podniesioną przyłbicą udać się na trudne spotkanie. Ale gdy zeszłam do samochodu, przyłbica opadła mi z głuchym dźwiękiem. Wyładował mi się akumulator. Znajoma zamówiła mi więc Ubera, a ja tym Uberem miło sobie podjechałam we właściwe miejsce, rozmawiając wesoło z kierowcą. Och, jakże miło się nam rozmawiało. On ma dziecko - ja też! Cóż za niespotykany zbieg okoliczności. I już mieliśmy się rozstać w poczuciu, że świat jest jednak miejscem magicznych przypadkowych spotkań, gdy nagle dotarło do nas, że i tu ktoś nas przez rurkę, i w capa, i w ogóle. On zajrzał pod powierzchnię swojej energicznej ze mną konwersacji i odkrył tam, że tym, co go motywuje do okrzyków: "Naprawdę? Moje dziecko też lubi kucyki!", jest pragnienie wyższych ocen klienckich - i że to pragnienie na zawsze umościło się w jego duszy, strosząc się i z rozmachem defekując wokół, brudząc nawet te interakcje, które niegdyś podjąłby sam z siebie, bez nadziei na zysk. A ja zdałam sobie sprawę, że konsumencki rejting to także praca na rzecz firmy - im dokładniejsze oceny, tym więcej ludzi chętnych na Ubera. Pomyślałam też, że moja radość z efektywności i miłego charakteru przejazdu jest samą istotą wyzysku - i że jeśli chodzi o prawdziwą innowację Ubera, to jest nią przekonanie ludzi, że zamówienie za grosze rikszy, której kierowca godzi się na wstąpienie w niższe kręgi prekariackiego wtajemniczenia w imię głodowej stawki, jest "nowoczesne" i "cool".

Po spotkaniu zaś wróciłam do pracy, którą tego dnia było akurat napisanie poniższego felietonu. Miał on być krótkim spojrzeniem na drobne absurdy naszej kapitalistycznej codzienności. I byłam z siebie znów niezwykle zadowolona - ale zaraz zdałam sobie sprawę, że to także praca zlecona, poniekąd nierealna, niepewna. Że o prekariacie dzisiaj wszędzie pisze wyłącznie prekariat, a drukujące ten prekariat media liczą, że pokusa sławy i ekspresji droższa jest prekariuszom niż faktyczny zysk. Trochę jak na Facebooku.

I taki właśnie był mój poranek.

@RY1@i02/2017/074/i02.2017.074.00000190a.801.jpg@RY2@

Karolina Lewestam

doktor filozofii, etyk, wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego

karolina.lewestam@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.