Czy sprawiedliwość społeczna jest fikcją
G dy czytam teksty prof. Roberta Gwiazdowskiego, niemal zawsze mam ochotę z nimi polemizować, ale po chwili porzucam tę myśl. Od czego zacząć, gdy nieomal wszystko wymaga korekty? Ale tym razem spróbuję polemiki, także i dlatego, że entuzjazm prof. Gwiazdowskiego wobec wyznawanych przez siebie poglądów oraz sposób ich wyrażania, wskazujący na ogromną pewność co do ich słuszności, wymagają ostudzenia dla dobra jakości intelektualnej debaty („Sprawiedliwe, co nam się podoba”, Magazyn DGP z 11 lutego 2022 r.).
Profesor Gwiazdowski jest jednym z przedstawicieli „sarmackiego popliberalizmu” (to wyrażenie, które ukułem kilka lat temu), którzy pewnością siebie pokrywają braki w zdolności do widzenia całej złożoności kwestii, którymi się zajmują. Zamiast tego dostajemy efektowne, by nie rzec efekciarskie, bon moty, które w ich przekonaniu mają zastąpić głębszą refleksję.
Obawiam się, że prof. Gwiazdowski należy do tego samego nurtu ultraliberałów (libertarian), którzy bezdyskusyjną wiarą w liberalne dogmaty wyrażaną w języku religijnej wręcz pewności czynią liberalizmowi niedźwiedzią przysługę, przyczyniając się do tego, że jego reputacja w Polsce sięga dna. Szkoda, jest to bowiem idea, która zasługuje na lepszy los. Wystarczy zresztą sięgnąć po pisma jej twórców – Adama Smitha czy Johna Stuarta Milla, aby zauważyć przepaść pomiędzy ich wyrafinowanym i wielowymiarowym postrzeganiem liberalizmu a tym, co czynią z nim jego mniej subtelni intelektualnie polscy apologeci.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.