Dziennik Gazeta Prawana logo

Warto zejść z ekonomicznych chmur i zajrzeć w głąb Ziemi

Warto zejść z ekonomicznych chmur i zajrzeć w głąb Ziemi
Fot. Mat. prasowe
6 grudnia 2018
Ten tekst przeczytasz w 14 minut

Wyobraźnią liderów światowego biznesu zawładnęły dziś takie pojęcia jak big data, internet rzeczy, przemysł 4.0 itp. Zapomina się przy tym często o niezbędnej tradycyjnej bazie przemysłowej. Energetyka, elektronika czy elektromobilność nie obejdą się jednak bez surowców, które trzeba wydobyć na powierzchnię. Ropy, gazu, stali czy miedzi jeszcze długo nic nie będzie w stanie zastąpić, więc popyt na nie będzie rósł

Przysłuchując się w ostatnich latach dyskusjom o przyszłości gospodarki – czy to w mediach, czy na coraz liczniejszych panelach i konferencjach gospodarczych i naukowych – można odnieść wrażenie, że przyszłością gospodarki jest jej wirtualizacja. Że cały biznes będzie się odbywał jedynie w krzemowych strukturach procesorów, a transfer danych zastąpi transport towarów. Podobne – chociaż może nie tak kategoryczne tony w gospodarczych debatach brzmiały już dwie dekady temu – gdy na światowych giełdach pompowana była bańka internetowa.

Nie oznacza to oczywiście, że grozi nam nowa bańka spekulacyjna, a przynajmniej nie można przesądzać, że zagrożenie płynie właśnie z tej strony. Jednak niepokojące jest coraz częściej pobrzmiewające przekonanie, że tzw. nowa gospodarka może zastąpić starą. To nieprawda – te umowne nowa i stara gospodarki będą musiały ze sobą pokojowo koegzystować, przy jednoczesnym unowocześnianiu tradycyjnych przemysłów. Innymi słowy – możemy przenieść część naszego biznesu do internetowej chmury, ale nie będziemy mieli co przenosić, jeżeli gospodarka nie będzie miała solidnego podziemnego fundamentu. Surowcowego.

Surowce rządzą światem

Możemy dziś z zapartym tchem obserwować postępy technologii informatycznych, czyli śledzić biznesowe poczynania Elona Muska. Takie bowiem informacje trafiają na czołówki serwisów informacyjnych. Jednak nawet oszałamiający sukces (lub fiasko) np. nowej wersji Windowsów czy rewolucja w handlu spowodowana e-commerce nie wywołują takich turbulencji gospodarczych jak zawirowania na rynku surowców energetycznych, a przemysłowe potęgi snują swoje biznesowe prognozy wciąż jeszcze bardziej w oparciu o ceny miedzi czy niklu, a nie np. spadek lub wzrost cen procesorów czy komputerów – tym bardziej że te ostatnie wciąż właśnie w znacznej mierze zależą właśnie od cen surowców, z których zostały zbudowane.

Rzut oka na światowe rynki surowcowe dowodzi, że to, co wydobywamy spod ziemi, jest dla gospodarki istotniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Mimo rewolucyjnej wręcz w ostatnich latach automatyzacji produkcji i rozwoju technologii teleinformatycznych, postępującej cyfryzacji gospodarek okazuje się, że najbardziej perspektywiczną branżą jest właśnie górnictwo.

Branża, która w powszechnym odbiorze nie miała najlepszej prasy – bo przestarzała, nieekologiczna itp. – jest tą, która dostarcza gospodarce paliwo do rozwoju. Mówiąc w skrajnym uproszczeniu – nawet te najnowocześniejsze bezemisyjne samochody elektryczne trzeba z czegoś zbudować i z czegoś trzeba wyprodukować prąd, dzięki któremu będą mogły w ogóle ruszyć.

Energia spod ziemi

W okresie gdy olbrzymi nacisk kładziony jest na energię ze źródeł odnawialnych (wiatr, słońce), nieco może niezręcznie jest mówić o uchodzącym za najbardziej szkodliwe dla środowiska z paliw, jakim jest węgiel kamienny. A jednak mimo wielokrotnie otrąbianego zmierzchu węgla jako paliwa energetycznego branża ma się dobrze – wydobycie tego surowca wzrosło w ciągu ostatnich dwóch dekad o dwie trzecie. Bo gospodarka potrzebuje energii, a węgiel jest jednym z najtańszych i najpewniejszych jej źródeł.

Ostatnio nastąpiło oczywiście zróżnicowanie geograficzne wykorzystania węgla – Europa, może z wyjątkiem Polski, odchodzi od energetyki węglowej (przynajmniej deklaratywnie, bo u naszych zachodnich sąsiadów elektrownie zasilane węglem brunatnym, mniej ekologicznym niż kamienny, wciąż stanowi znaczącą pozycję w miksie energetycznym; chociaż trzeba Niemcom oddać sprawiedliwość, że dokonały, dzięki wielkim nakładom i konsekwencji, olbrzymiego postępu, jeśli chodzi o energetykę odnawialną). Na naszym kontynencie i w Stanach Zjednoczonych spada popyt na ten surowiec (w Wielkiej Brytanii nawet o 50 proc., rośnie jednak w krajach azjatyckich, chociaż nie w stopniu, który równoważyłby zmniejszenie zapotrzebowania w krajach rozwiniętych.

Z drugiej jednak strony rośnie podaż. Euracoal podał, że w minionym roku światowa produkcja węgla kamiennego napędzana przez wzrost gospodarczy i wyższe ceny urosła o 2,8 proc. Stowarzyszenie Niemieckich Importerów Węgla wstępnie oszacowało, że w ubiegłym roku globalny wzrost wydobycia węgla kamiennego wyniósł ponad 2 proc. Z kolei Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA), uwzględniając węgiel kamienny i brunatny, poinformowała o wzroście produkcji w 2017 r. o 3,1 proc., podkreślając, że stało się to głównie wskutek wzrostu wydobycia węgla kamiennego energetycznego i węgla brunatnego.

Paradoks? Niekoniecznie. Wzrost cen węgla napędził produkcję, która stała się bardziej opłacalna. Jej dalszy wzrost może spowodować pewien spadek cen, co z kolei może zwiększyć popyt – bo rozwijająca się globalna gospodarka wciąż będzie potrzebowała energii. Warto też wziąć pod uwagę, że dzięki nowoczesnym technologiom (filtry, wyższa sprawność bloków) energetyka węglowa będzie coraz mniej szkodliwa dla środowiska. Z jednej strony procentowy udział węgla jako paliwa w energetyce będzie zapewne spadał (na skutek rozwoju OZE), z drugiej jednak rosnące zapotrzebowanie na energię wymusi budowę nowych siłowni – także węglowych. W liczbach bezwzględnych zapotrzebowanie na węgiel może zatem wciąż rosnąć.

Trzeba też pamiętać, że oprócz węgla energetycznego mamy też do czynienia z koksującym, używanym w hutnictwie. Trudno sobie wyobrazić w najbliższych latach (a nawet w najbliższych dekadach) rozwój gospodarczy, w którym spadałoby zużycie stali. Bez tego surowca nie może się obyć ani budownictwo, ani przemysł maszynowy, lotniczy, okrętowy i wiele innych. Górnictwo węglowe ma zatem przed sobą długą przyszłość, chociaż oczywiście – jak cała gospodarka jest skazane na modernizację.

Jak na tym tle wypada Polska? Górnictwo węglowe w naszym kraju jest – niestety – na zakręcie. Udało się wprawdzie uniknąć katastrofy, ale to, że Polska Grupa Górnicza dziś funkcjonuje bez strat, zawdzięczamy w równym stopniu restrukturyzacji na poziomie poszczególnych kopalń, co wspomnianemu już wzrostowi cen surowca. Polskie górnictwo wydobywa węgiel z coraz głębszych pokładów (a im głębiej, tym drożej), a jednocześnie ma wciąż zbyt mało kapitału na uruchomienie nowych, bardziej rentownych kopalń.

Nie zmienia to faktu, że rząd – nawet ryzykując niesnaski z UE na tle polityki klimatycznej – kreuje decyzjami – po części politycznymi – popyt na czarne złoto w przyszłości, stymulując budowę nowych bloków energetycznych zasilanych tym paliwem, co może pozwolić polskiemu górnictwu przetrwać kolejnych kilkanaście lat we w miarę zadowalającej kondycji. Aby jednak myśleć o przyszłości, potrzebny jest krok naprzód, nowe inwestycje, nowe podejście. Być może jest to następnym etapem rządowych planów. Oby. Bo – biorąc pod uwagę globalne perspektywy dla branży – warto.

A jednak tankujemy

Niezłe perspektywy ma przed sobą również wydobycie ropy i gazu. W ciągu ostatnich dwóch dekad produkcja tych surowców wzrosła odpowiednio o jedną czwartą (widać wpływ paliwooszczędnych silników) i o prawie dwie trzecie. Dobre perspektywy nie oznaczają jednak stabilności – wzrostowi zapotrzebowania może bowiem towarzyszyć huśtawka cenowa; w zasadzie jeśli chodzi o ropę, powinniśmy być do tego przyzwyczajeni.

Niestabilność wynika z tego, że ropa to najbardziej „polityczny” surowiec. Ponieważ gros zasobów tego surowca znajduje się w najbardziej obecnych zapalnych rejonach świata, to geopolityka od lat wywiera znaczący wpływ na bieżący poziom cen – dość wspomnieć z ostatnich lat – zapaść Wenezueli, sankcje na Rosję, niejasna – na skutek działań Donalda Trumpa – sytuacja wokół Iranu – to wszystko powoduje, że ceny ropy są od lat pod polityczną presją, co tylko stanowi pożywkę dla kapitału spekulacyjnego, którego działania jedynie zwiększają amplitudę wahań cen.

Przykłady? Właśnie napięcia polityczne windowały poziom cen tego surowca w ostatnich miesiącach do 85 dol. za baryłkę w początkach października, po czym w połowie listopada cena znalazła się poniżej 60 dol. Przypomnimy zresztą, że oba kryzysy naftowe lat 70. były spowodowane czynnikami politycznymi. W tej sytuacji przewidywanie cen jest karkołomnym zadaniem.

Oprócz polityki jest jednak i gospodarka, która może wskazać przynajmniej trend i kierunek ruchu cen. I ten – z punktu widzenia producentów tego surowca – wydaje się pozytywny. Większość ośrodków analitycznych oczekuje, że – mimo ryzyka pewnego spowolnienia – globalna gospodarka będzie rosła w przyzwoitym tempie, a to oznacza zwiększanie się popytu na ropę. Według Międzynarodowej Agencji Energii (IEA) będzie on rósł w średnim rocznym tempie 1,2 mln baryłek dzienne. Do roku 2023 wyniesie 104,7 mln baryłek dziennie, czyli wzrośnie o 6,9 mln baryłek dziennie. Za połowę owego wzrostu mają odpowiadać Chiny i Indie.

Na tym tle Polska wypada – bo i nie ma innego wyjścia – raczej mizernie. Nie jesteśmy (i nie będziemy) krajem naftowym, nie mamy własnych złóż. Tym bardziej na szacunek zasługuje wykorzystanie nawet tych skromnych krajowych złóż (także na Bałtyku) jakie mamy do dyspozycji – w ciągu dwóch dekad krajowe wydobycie wzrosło niemal pięciokrotnie. Nadal będziemy skazani na import, ale działania w kierunku własnego wydobycia pozwolą złagodzić nieco (tylko nieco) huśtawkę cenową.

Równie duże turbulencje dotknęły również w ostatnich latach rynek gazu, a to za sprawą rewolucji łupkowej, w której trakcie wciąż jesteśmy. Zmieniła ona geografię handlu gazem – m.in. Stany Zjednoczone z importera stały się eksporterem. Eksperci Heritage Foundation podkreślają, że w 2016 r. USA eksportowały dziennie ok. 0,5 mld stóp sześc. LNG. W 2017 r. eksport ten wzrósł prawie czterokrotnie – wyniósł 1,94 mld stóp sześc. dziennie.

Ze względu na koszty transportu oraz skraplania, amerykański gaz łupkowy nie jest jeszcze oczywistym wyborem dla krajów europejskich, ale już wartym uwagi o tyle, że zawierane są pierwsze poważne kontrakty, także przez Polskę. Na pewno gaz z USA może już stawać w szranki z gazem z Rosji lub Kataru, jeśli chodzi o cenę (nawet jeśli nie zawsze jeszcze wygrywa), co już stanowi przełom. Bo zmienia zasady na rynku – liczą się już nie tylko rurociągi i kontrakty długoterminowe – można zaryzykować twierdzenie, że nadchodzi uberyzacja handlu gazem.

Gaz ma przed sobą świetlaną przyszłość jeszcze z jednego powodu. Jak prognozuje Międzynarodowa Agencja Energii (IEA) w dorocznym raporcie „World Energy Outlook”. Na światowym rynku energii dojdzie do dużych zmian – gaz, jako czystsze paliwo, będzie wypierał węgiel. Zatem warto na niego stawiać.

Polska już stawia. Chociaż nie spełniły się łupkowe marzenia (mamy spore złoża, ale opłacalność wydobycia przy obecnych cenach stoi pod dużym znakiem zapytania), to wciąż PGNiG, nasz potentat na tym rynku, rozbudowuje swoją upstreamową strukturę. Od lat poziom krajowego wydobycia zaspokaja mniej więcej jedną trzecią naszego zapotrzebowania, ale sytuacja może się zmienić po uruchomieniu Baltic Pipe i eksploatacji należących do PGNiG złóż na Morzu Norweskim. Nie jesteśmy wprawdzie kluczowym graczem na tym rynku, ale przynajmniej staramy się podążać za trendami.

Miedź z przyszłością

Rozwój gospodarczy wymusza coraz intensywniejszą eksploatację ziemskich zasobów. Idea gospodarki o obiegu zamkniętym, czyli – mówiąc w uproszczeniu – recykling zużytych surowców jest koniecznością, ale jak pokazują statystyki, nie stanowi (przynajmniej na razie) rozwiązania problemu. Recykling (skądinąd nie zawsze możliwy w zadowalającej skali) nie nadąża za zapotrzebowaniem gospodarki na surowce. Świadczą o tym statystyki – wydobycie rudy żelaza czy boksytów wzrosło w ciągu ostatnich dwóch dekad ponad dwukrotnie. To oznacza, że nawet przechodząca cyfrową transformację gospodarka potrzebuje coraz więcej surowców.

Część owego wzrostu zapotrzebowania wynika właśnie z postępu technologicznego. Na przykład rozwój elektromobilności zwiększy zapotrzebowanie na nikiel wykorzystywany w akumulatorach litowo-jonowych. Według przewidywań UBS w 2025 r. po światowych drogach będzie się poruszało 15 mln elektrycznych aut, zaś popyt na nikiel wzrośnie od 10 do 40 proc. To zwiastuje wzrost cen. Tym bardziej że nikiel stosowany jest jako element stopów wykorzystywanych w budownictwie, a ta branża będzie rosła wraz ze wzrostem gospodarczym. Od końca poprzedniego roku ceny niklu wzrosły o ok. 50 proc.

Także zużycie miedzi daje nadzieję na dalszy wzrost tego sektora wydobycia. Produkcja metalu wzrosła z 11 mln ton w 1996 r. do 19,4 mln ton w 2016 r. Wzrost zapotrzebowania na ten surowiec wynika po części z rozwoju energetyki i dotyczy to również energetyki odnawialnej. Dość powiedzieć, że 1 MW farmy wiatrowej to zapotrzebowanie na ok. 10 t miedzi, zaś w przypadku fotowoltaiki – ok. 4 ton tego surowca. Sama fotowoltaika wygeneruje zapotrzebowanie rzędu pół milion ton miedzi rocznie. To już nie jest technologiczna nowinka, to znaczący segment rynku.

Warto dodać, że w tym – jak widać – bardzo perspektywicznym segmencie rynku surowcowego jesteśmy istotnym światowym graczem. KGHM Polska Miedź jest obecnie szóstym producentem miedzi na świecie, produkując regularnie około pół miliona ton tego surowca w kraju i ponad 100 tys. ton w zagranicznych kopalniach koncernu. W ubiegłym roku było to ponad 650 tys. ton. W tym roku po trzech kwartałach produkcja przekroczyła już 460 tys. ton. Można oczekiwać, że gdy skończą się perturbacje w Sierra Gorda, i ta kopalnia zacznie pracować pełną mocą. KGHM w pełni skorzysta z niezłych perspektyw, jakie rysują się przed miedziowym rynkiem.

Rozwój gospodarczy oznacza budowę nowej infrastruktury, nowych maszyn, a to jest niemożliwe bez różnych rodzajów stali, co stwarza dobre perspektywy koncernom wydobywczym rud żelaza i boksytów. Ich produkcja rośnie z roku na rok i chyba ma przed sobą dobre perspektywy, skoro najwięksi gracze na tym rynku decydują się na potężne inwestycje. Największy na świecie koncern górniczy, brytyjsko-australijski BHP Billiton wybuduje kosztem 3,4 mld dol. w Australii wielką kopalnię rudy żelaza. Będzie się nazywała South Flank, ma ruszyć w 2021 r. Skoro zatem giganci inwestują miliardy, to pewnie mają analizy, które przewidują sowite zyski.

Większe zapotrzebowanie na surowce w związku ze wzrostem gospodarczym widać na przykładzie aluminium. Od początku drugiej połowy XX w. do połowy lat 70. cena aluminium pozostawała na stabilnym poziomie 500–600 dol. za tonę, co sprzyjało nowym zastosowaniom tego metalu (w budownictwie, motoryzacji i lotnictwie cywilnym, w kolejnictwie i do budowy statków). Sytuacja uległa drastycznej zmianie z początkiem pierwszego kryzysu naftowego (1973 r.), kiedy to wraz ze wzrostem cen wielu towarów wzrosła także znacząco cena aluminium – w latach 80. zbliżyła się do 1500 dol. za tonę. Obecnie cena jest na znacznie wyższych poziomach – ponad 1600 dol. za tonę – także w związku z polityką. Sankcje nałożone na jednego z rosyjskich oligarchów Olega Deripaskę, który jest znaczącym graczem na tym rynku (spodziewany jest 10 proc. spadek podaży na światowy rynek z tego powodu), działają na rzecz wzrostu cen ze strony pozostałych rynkowych graczy, a spodziewany wzrost gospodarczy zwiastuje większe zapotrzebowanie na ten metal. Kombinacja tych dwóch czynników stwarza dobre perspektywy dla koncernów z tej branży. Według ekspertów aluminium może osiągnąć wkrótce rekordowy poziom cen. Od początku roku zdrożało o niemal 40 proc.

Potrzebny fundament

Górnictwo – niezależnie od tego, czy patrzymy na surowce energetyczne, na metale (zwłaszcza metale rzadkie, które z racji rozwoju technik teleinformatycznych mają do odegrania coraz istotniejszą rolę) czy też surowce budowlane (np. tłuczeń, piasek), ma przed sobą przyszłość. Gospodarka – niezależnie od rozwoju technologii cyfrowych nie jest i nie będzie bytem wirtualnym. Potrzebuje bowiem nie tylko myśli i innowacji (te są niezbędne do rozwoju), ale i namacalnych surowców, z których można wyprodukować konkretne towary. Usługi cyfrowe mogą być akceleratorem wzrostu gospodarczego, nie będzie on jednak możliwy bez surowcowych fundamentów.

ADS

partner dodatku

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.