Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Szczątki utraconej baśni

Szczątki utraconej baśni
fot. Alamy Stock Photo/BE&W
27 października 2023
Ten tekst przeczytasz w 10 minut

Witold Wojtkiewicz – który wie, że za chwilę może umrzeć – maluje swoje umęczone, odrętwiałe oleje i tempery

Jeden z najwybitniejszych malarzy polskiego modernizmu żył krótko, ledwie 29 lat. Witold Wojtkiewicz (1879–1909) zmarł wskutek wrodzonej wady serca, którą współcześnie zoperowano by zapewne w parę godzin na dowolnym oddziale kardiologicznym. Wojtkiewicz wiedział, że niebawem umrze – jego dojrzała, niepowtarzalna twórczość, te pół dekady fenomenalnego malarstwa, wciśniętego, jeśli już szukać jakichś klasyfikacji, między symbolizm a ekspresjonizm, jest przesiąknięta melancholią, śmiercią, rozkładem i rezygnacją. Na obrazach Wojtkiewicza, zasiedlonych przez osobliwą menażerię, na którą składają się stwory ludzkie, półludzkie i nie-ludzkie, ni to żywe, ni martwe, ni to dzieci, ni starcy, marazm miesza się z nagłym, dynamicznym ruchem, złośliwa groteska zaś z poezją i tęsknotą. A wszystko to w przygaszonym, burym, zmatowionym pobłysku przednówka i jesieni, zmroku i wczesnego poranka, spod którego jednak coś intensywnie lśni. Co lśni? To w sumie najważniejsze pytanie.

Tak się złożyło, że epoka modernizmu to również wynalezienie idei nieświadomości – narzędzia rozumowania psychoanalitycznego umożliwiły ujęcie wyobraźni i natchnienia w kategoriach mechanizmów umysłowych ukrytych nawet (a może: przede wszystkim) przed samym twórcą. Powstała zatem nowa, spekulatywna psychologicznie krytyka sztuki, wedle której artysta – korzystając z przestrzeni swobodnej ekspresji, stłumionej w innych obszarach społecznego bytowania – daje wyraz swojemu wewnętrznemu konfliktowi id i superego: sztuka, wedle tej wykładni, stanowi jedyną (poza seksem – aczkolwiek to bardziej skomplikowane) domenę egzystencjalną, w której nieświadomość może się tak otwarcie ujawnić. Ma to rozmaite niespodziewane konsekwencje, w tym taką na przykład, że artysta jest nie w pełni autorem swego dzieła, jego kontrola nad aktem twórczym staje się nieco iluzoryczna, skoro chodzi ledwie o formalne okiełznanie tego, co przychodzi z ciemności wypartej pamięci, dziecięcej albo archetypicznej. W pewnym sensie malarz, względnie pisarz, staje się pierwszym interpretatorem tego, co mu się namalowało bądź napisało. Niekoniecznie zresztą interpretatorem najtrafniejszym, dodajmy.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.