Jak Unia marnuje mózgi. Przypadek "brain waste" w Europie
O migracji mówi się zazwyczaj z wielką przesadą. Bywają okresy, gdy sławi się ją pod niebiosa, przedstawiając otwarcie granic na przybyszów jako remedium na wszystkie kłopoty kraju przyjmującego – od braku rąk do pracy po problemy związane ze starzeniem się społeczeństw.
Zazwyczaj po pewnym czasie przychodzi bolesne wybudzenie. Masa krytyczna zostaje przekroczona i przybywa argumentów podnoszących, że masowa migracja to wiele bardzo konkretnych problemów (konkurencja o płace i prace z ludnością lokalną w fazie dekoniunktury, wysokie koszty integracji itd.). Wtedy następuje nieuchronnie czas zamknięcia. On także jest naznaczony przesadą i nadmiernym radykalizmem środków zaradczych.
Gdzieś pomiędzy ukrywają się bardzo konkretne szczegóły. Jeden z nich opisali w swojej najnowszej pracy ekonomiści Angela Dalmonte i Tommaso Frattini z Uniwersytetu Mediolańskiego. Chodzi o problem „marnowania mózgów”. Ten może nieco niezgrabny przekład angielskiego terminu „brain waste” jest oczywiście nawiązaniem do funkcjonującego od dawna pojęcia drenażu mózgów. Ten termin też był nietypowym podejściem – pokazywał, jak bardzo migracje rabują kraje emigracji z ich potencjału intelektualnego albo ludnościowego. Mówienie o „marnowaniu mózgów” jest pójściem o kilka kroków dalej. Frattini i Dalmonte pokazują, że w bardzo wielu przypadkach potencjał migrantów przybywających do krajów rozwiniętych bywa po prostu wyrzucany w błoto. Jak w przypadku fizyka z dyplomem rozwożącego pizzę na rowerze po ulicach Paryża albo Berlina. Albo osoby z doświadczeniem kierowania dużymi zespołami zdegradowanej do roli „przynieś, wynieś, pozamiataj”.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.