Inspirowane Beatlesami
Reżyser pierwszej części i producent drugiej Steven Lisberger zdradza sekrety największej superprodukcji roku
Steven Lisberger: Nie, choć latach 60. i na początku 70. pokutowało przekonanie, że animacja jako sztuka się skończyła. Myślałem wtedy, że skoro jest w takiej kiepskiej formie, lada moment musi pojawić się w niej objawienie. Ja i grupa moich przyjaciół - byli w niej m.in. późniejsi założyciele Pixara - czuliśmy, że nadchodzi jakaś zmiana, ale nie wiedzieliśmy jeszcze, jak to uchwycić. Zresztą w porównaniu z nimi miałem skrajnie awangardowe podejście do animacji, odrzucałem wszystko, co kojarzyło się choćby odrobinę z tradycją.
Zadzwoniliśmy do Disneya z desperacji. "Tron" miał być początkowo niezależną produkcją. Mieliśmy na niego bardzo awangardowy pomysł, więc nie chcieliśmy, by mieszała się nam do tego projektu komercyjna wytwórnia. Oczywiście po pewnym czasie skończyły nam się pieniądze. Ludzie z Disneya powiedzieli, żeby przywieźć im to, co mamy. Byłem zaskoczony, kiedy zgodzili się finansować "Tron". Jestem przekonany, że ten film udał się dlatego, że Disney nie był zaangażowany w projekt od początku. Poza tym w tamtym czasie szefem produkcji w Disneyu był bardzo młody i otwarty człowiek, który dał nam mnóstwo wolności. I on, i my wiedzieliśmy, że tworzymy coś, co przekracza granice. Mieliśmy megalomańskie poczucie, że robimy coś na miarę "2001: Odysei kosmicznej".
Czułem satysfakcję, że byliśmy pierwsi. Tyle że za bycie pierwszym zazwyczaj płaci się sporą cenę. Nasz projekt pojawił się chyba za wcześnie, przez co sporo straciliśmy. Kiedy "Tron" wchodził do kin, ludzie sądzili, że to będą takie "Gwiezdne wojny", więc poczuli się rozczarowani, kiedy okazało się, że nie są. Kiedyś wierzyłem, że publiczność zmienia się pod wpływem wizjonerów czy artystów. Dziś już wiem, że to nieprawda.
Absolutnym nietaktem było chodzić na filmy amerykańskie. Mama uwielbiała animacje Disneya i to chyba były jedyne amerykańskie filmy, które oglądałem jako dzieciak. Choć sensację w moim domu wywołała też "2001: Odyseja kosmiczna". Szanowaliśmy kilka filmów z Jackiem Nicholsonem. Na mnie największe wrażenie wywarła "Żółta łodź podwodna" z Beatlesami. Na początku tego filmu jest ujęcie faceta trzymającego rurę, które zostało nakręcone jako czarno-białe, a potem ręcznie pokolorowano klatkę filmową. Po raz pierwszy zobaczyłem coś takiego. Ten film podsunął mi pomysł, by nakręcić "Tron" na czarno-białej taśmie, a potem go pokolorować.
Reżyseria była tylko chwilową przygodą. Nigdy nie marzyłem, by robić filmy. Moim marzeniem było posiadanie małej wytwórni, w której powstają animacje. Najlepiej czuję się w sytuacji przypominającej warsztaty twórcze: kiedy wszyscy się znają, są członkami tego samego zespołu, chcą razem improwizować. "Tron" nie był sukcesem na taką skalę, która pozwoliłaby mi pracować nad filmem w ten sposób. Zrobiłem więc kilka tańszych filmów akcji, które nie przyniosły mi satysfakcji, i odszedłem z tego zawodu. Dzisiejsze plany filmowe są dla mnie zbyt uporządkowane, za mało w nich emocji, pasji.
@RY1@i02/2010/255/i02.2010.255.196.026a.001.jpg@RY2@
Wysokobudżetowa i widowiskowa kontynuacja klasycznego filmu SF z lat 80. nie dorównuje swojemu pierwowzorowi. Dziedzictwo "Tronu" jako nowatorskiego i inteligentnego spojrzenia na uwikłanie człowieka w technikę zostaje zaprzepaszczone. Nie pomaga ani łączący obie części znakomity Jeff Bridges, ani genialna muzyka Daft Punk. Jednak dla wszystkich geeków to i tak pozycja obowiązkowa.
Recenzję "Tronu. Dziedzictwo" można zawrzeć w kilku słowach. Jedna z niewyszukanych fraz, które przychodzą do głowy jako pierwsze to "Ładny, ale głupi". Głównym bohaterem jest Sam (Garrett Hedlund), syn komputerowego wizjonera Flynna (Bridges). Rozgoryczony tajemniczym zniknięciem ojca mści się na korporacji, której podwaliny stworzył Flynn i która wypaczyła jego dziedzictwo. Zaintrygowany tajemniczą wiadomością przekazaną przez dawnego współpracownika ojca podąża jej tropem i trafia do wirtualnego świata, znanego już z "Tronu".
Z tym że teraz jest więcej, szybciej, mocniej, z większym rozmachem i w zapierających dech trójwymiarowych sekwencjach.
Strona wizualna nie pozostawia nic do życzenia. Dzięki współczesnej technologii możemy nawet podziwiać znów trzydziestoletniego Bridgesa, którego klon jest jednym z istotnych graczy w tej fabule. Co do fabuły - jej miałkość i wtórność muszą rozczarować nawet fanów SF. Ale pobujać się w rytm elektronicznych rytmów Daft Punk i tak będzie przyjemnie.
Katarzyna Nowakowska
Magdalena Michalska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu