Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Życie w czasach bezkrólewia

2 lipca 2018

Jakoś na przełomie lat 20. i 30. minionego wieku filozof włoskiej lewicy Antonio Gramsci zapisał w notatniku, który zapełniał podczas wieloletniej odsiadki w więzieniu w Turi: "Oto mechanizm kryzysu: stare umiera, a nowe nie może się urodzić; w panującym wówczas stanie interregnum pojawiają się różne niepokojące symptomy".

Pojęcie bezkrólewia oznaczało pierwotnie okres między śmiercią monarchy a koronacją następcy. Dla wielu było to jedyne doświadczenie zerwania ciągłości rządów, prawa i społecznego porządku. Prawo rzymskie sankcjonowało wynikający z tego stanu chaos, wprowadzając na czas interregnum tak zwane justitium, przejściowy okres, na czas którego tymczasowo zawieszone zostają prawa obowiązujące za rządów zmarłego cezara. Gramsci nadał jednak interregnum nowe znaczenie. W jego ujęciu miało ono reprezentować szersze spektrum zjawisk polityczno-prawnych i sięgać głębiej: do pierwotnych uwarunkowań społeczno-kulturowych. Gramsci oddzielił koncepcję bezkrólewia od jego historycznej treści - zakłócenia rutynowego procesu przekazania władzy dziedzicznej lub parlamentarnej - i objął tym mianem wszelkie sytuacje, w których istniejący ład społeczny przestaje działać i nie jest w stanie dłużej utrzymać w ryzach rozbudzonych mas, a jednocześnie brakuje nowych zasad gry, które mogłyby poradzić sobie z warunkami, wobec których stare okazały się bezużyteczne.

Wydaje się, że obecny stan rzeczy na naszej planecie ma wiele znamion bezkrólewia. W rzeczy samej stare umiera, tak jak opisywał to Gramsci. Umiera system oparty z jednej strony na bliskim związku terytorium, narodu i instytucji państwa, zgodnie z którym decydowano o globalnej dystrybucji suwerenności, a z drugiej na władzy i sile militarnej. Wyłączności na suwerenność nie ma już żaden z elementów: ani terytorium, ani państwo, ani naród; pozostały co najwyżej luźne powiązania między nimi, pod wieloma względami pozbawione dotychczasowej treści i znaczenia. Nie istnieje pełna suwerenność: skutecznie podważana i ograniczana ze wszystkich stron, bez przerwy stawiana wobec nowych zagrożeń i konkurentów. Rzekomo nierozerwalny mariaż władzy i polityki - wyrażający się w instytucjach państwa - kończy się separacją z prawdopodobieństwem rozwodu.

Suwerenność stała się dziś terminem mglistym, niemal niemożliwym do obrony, dryfującym. Jego możliwe objaśnienia budzą zazwyczaj sprzeciw, a konstrukcja zwyczajowego wnioskowania, mającego pojęcie "suwerenność" namierzyć, jest często odwrotna, niż powinna - uzasadnienie jest do niego dorabiane ex post. Państwa narodowe odkrywają właśnie, że dzielą władzę nad swoimi wewnętrznie skonfliktowanymi, kłótliwymi bandami obecnych i przyszłych, ale zawsze bojowo nastawionych i ambitnych quasi-suwerennych obywateli, z podmiotami, które wymykają się obowiązującej dotychczas zasadzie "czyje rządy, tego władza, prawo i religia". Obywatele coraz częściej otwarcie bojkotują lub niepostrzeżenie podkopują wyznaczone im zadania.

Suwerenność - ten tytuł do ustanawiania praw i decydowania o wyjątkach od nich, ta siła, która czyniła oba akty wiążącymi i skutecznymi - rozpadła się, rozproszyła pomiędzy różne, niezależne od siebie centra decyzyjne. Dlatego powszechnie się ją kwestionuje i dlatego pozostaje przedmiotem rywalizacji. Wielonarodowe korporacje z łatwością rozgrywają jedną rządową agencję przeciwko drugiej, umykając w ten sposób nadzorowi obu. Żaden organ nie może się uważać za w pełni suwerenny.

Rzeczywiście wydaje się, że cała planeta znalazła się w stanie interregnum. Istniejące ciała polityczne, które odziedziczyliśmy po czasach sprzed globalizacji, kompletnie nie przystają do nowej globalnej rzeczywistości wzajemnych zależności i uwikłań. Z kolei te narzędzia, które mogłyby być wystarczająco sprawne, by dopasować się do stale wzrastających możliwości potężnych, choć nieprzyznających się do politycznych aspiracji graczy, słyną głównie z tego, że ich nie ma albo się nie liczą. Tymczasem siły, które wymykają się kontroli instytucji państwowych i mogą być nazywane prawdziwie globalnymi (jak rynki kapitałowe, finansowe, towarowe, informacja, mafia, narkobiznes, terroryzm czy handel bronią), łączy jedno: jak bardzo by się nie różniły pod innymi względami, wszystkie w sposób zdecydowany, nie napotykając na swojej drodze realnych przeszkód (nie mówiąc już takich, które byłyby niemożliwe do ominięcia), lekceważą albo wręcz otwarcie naruszają narzucane im bariery terytorialne, bacznie strzeżone granice między państwami i lokalne kodeksy.

Skąd wziąć nowe, powszechnie (czyli globalnie - po raz pierwszy w naszej historii to jedno i to samo) uznawane i przestrzegane zasady współżycia między ludźmi, które zakończyłyby okres interregnum? Kto mógłby się podjąć ich zaprojektowania i wprowadzenia w życie? Wszystko wskazuje na to, że te pytania mogą się okazać największymi wyzwaniami, z jakimi XXI wiek będzie zmuszony się skonfrontować, a poszukiwaniu na nie właściwej odpowiedzi poświęcić większość swoich sił twórczych i zdolności praktycznych. Jest to prawdziwe metawyzwanie, jako że bez zmierzenia się z nim nie uporamy się z żadnym innym, małym czy dużym. Którego z niezliczonych nadchodzących zagrożeń albo już nas dręczących kryzysów byśmy nie rozważali, poszukiwanie rozwiązań zbliża nas jednak do fundamentalnej prawdy: że globalne problemy wymagają globalnych rozwiązań. Przegapianie czy lekceważenie tej prawdy naraża nas wszystkich na śmiertelne niebezpieczeństwo.

@RY1@i02/2009/225/i02.2009.225.000.013a.001.jpg@RY2@

Bauman: mariaż władzy i polityki kończy się separacją

Bartłomiej J. Kwasek/Wydawnictwo Literackie

socjolog, filozof

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.