Dziennik Gazeta Prawana logo

Redakcja "Kultury" czeka na gwiazdkę, oglądając i polecając filmy

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Jedni nie wyobrażają sobie Bożego Narodzenia bez "Kevina samego w domu", inni czekają z utęsknieniem na stare filmy Sylwestra Chęcińskiego. Ja co roku w okresie przedświątecznym muszę obejrzeć "To właśnie miłość" Richarda Curtisa. Słodko-gorzka komedia opowiada zazębiające się historie - nie tylko miłosne - wielu różnych bohaterów i rozgrywa się właśnie w czasie adwentu. Już widok początkowego napisu "Pięć tygodni do świąt" wprawia mnie w radosną ekscytację, niczym dziecko czekające pierwszej gwiazdki. A potem jest tylko lepiej.

Po pierwsze obsada. Alan Rickman, Emma Thompson, Liam Neeson, Bill Nighy, Laura Linney, Colin Firth, Keira Knightly, Hugh Grant, Martin Freeman - od samego wymieniania nazwisk fantastycznych aktorów można dostać rumieńców i zadyszki. W dodatku każdy z nich ma do zagrania coś na miarę swojego talentu.

Po drugie humor. Hugh Grant jako zakochany premier Wielkiej Brytanii, Emma Thompson szykująca córce strój homara do szkolnych jasełek czy Bill Nighy jako zapomniany piosenkarz, udzielający bezcennej rady: "Dzieci nie bierzcie narkotyków. Zostańcie gwiazdami rocka, a będą wam je przynosić."

Po trzecie wzruszenie. Kto nie uroni łzy, gdy Colin Firth oświadcza się portugalskiej służącej Aurelii, Liam Neeson rozmawia o miłości ze swoim osieroconym pasierbem, a Laura Linney rezygnuje z gorącej randki, by spędzić święta z niepełnosprawnym bratem? Na pewno nie ja.

A kiedy tak sobie solidnie pośmieję się i popłaczę, mogę czekać na pierwszą gwiazdkę. Już czuję się obdarowana.

@RY1@i02/2010/245/i02.2010.245.196.006b.001.jpg@RY2@

Katarzyna Nowakowska

Lubię święta, ale szczerze nie znoszę okresu przedświątecznego. Wtedy najczęściej wracam do ulubionych filmów świątecznych. Polecam je, choć zdaję sobie sprawę, że poniższa lista może być idealną wskazówką, czego w okresie Bożego Narodzenia oglądać nie należy.

"Zły Mikołaj" Terryego Zwigoffa oddaje sprawiedliwość wszystkim poirytowanym wszechobecnością brodacza w czerwonym kubraku. Od Mikołaja granego przez Billyego Boba Thorntona można w najlepszym wypadku dostać kopniaka w tyłek, co być może pozwoli odreagować frustracje. Ale gdy ich poziom wzrośnie ponad miarę, pozostają dzieła twórców grozy. "Przetrwałeś Halloween, spróbuj przeżyć Boże Narodzenie", głosiła reklama filmu "Cicha noc, śmierci noc". Głównym bohaterem był psychopata przebrany za Mikołaja - widać wszystkie fajne maski maniakalnych morderców zostały już wykorzystane we wcześniejszych filmach. Na prezenty pod choinką patrzy się po takim seansie nieco podejrzliwie.

Warto też zawsze sięgnąć po dwa filmy, które na początku lat 70. zwiastowały falę hollywoodzkich slasherów. Pożądaną dawkę silnych emocji zapewnią niedoceniona "Cicha noc, krwawa noc" Theodorea Gershunyego i znakomite "Black Christmas" Boba Clarka. Rarytasem może być też holenderski "Sint", w którym mordercą jest Mikołaj, tym razem biskup, a nie facet z reklam coca-coli.

Jednak prawdziwych świąt nie wyobrażam sobie bez "Życie jest cudowne" Franka Capry, z fantastyczną rolą Jamesa Stewarta. Nie ma w nim psychopatów, sadystów i zbrodni. Jest za to magia i ciepło kina, jakiego potrzeba nie tylko w Boże Narodzenie.

@RY1@i02/2010/245/i02.2010.245.196.006b.002.jpg@RY2@

Jakub Demiańczuk

Nie ma świąt bez pieczonych jabłek, czerwonych kokard, świec w mosiężnych lichtarzach. Tak jest w domu Marmee March i jej czterech córek, w "Małych kobietkach". Mroźna zima w Concord, w stanie Massachusetts, lata 60. XIX wieku. Ojciec walczy w wojnie secesyjnej, kobiety wypełniają czas lekturami, spektaklami teatralnymi. Wybieram wersję z 1994 roku z Winoną Ryder w roli przemądrzałej, naiwnej Jo, która marzy, żeby zarabiać na życie, pisząc.

"Nasi czytelnicy nie lubią łzawych historii, panienko", słyszy Jo, kiedy przynosi swój pierwszy tekst do redakcji nowojorskiego dziennika. "Małe kobietki" są łzawe dosłownie. Zwyczajna historia skromnej rodziny powoduje płacz nagły, nie do powstrzymania.

W domu państwa Ekdahl w "Fanny i Aleksander" jest przeciwnie. Tam do świątecznego stołu zasiada kilkanaście osób ze służbą. Zamiast kiełbasy podaje się pieczone prosięta. Świeczki nie są odpalane jedna od drugiej, żeby nie marnować zapałek, a płoną bez przerwy w niezliczonych wieloramiennych świecznikach. Nad wszystkim unosi się patos, komiczny dla samych bohaterów.

Do idealnego świątecznego filmu dokleiłabym jeszcze kilka scen. Meg Ryan w "Kiedy Harry poznał Sally" niezdarnie ciągnie do domu choinkę po zaśnieżonym chodniku. Jude Law w "The Holiday" zjawia się w środku nocy w małym domu swojej siostry, w zaśnieżonym polu pod Londynem, gdzie spotyka nie siostrę, ale ładną dziewczynę z Los Angeles. Kate Winslet, w tym samym domu, zrozpaczona przez nieszczęśliwą miłość, próbuje się zabić, wdychając gaz z kuchenki. W tle "Have Yourself a Merry Little Christmas".

@RY1@i02/2010/245/i02.2010.245.196.006b.003.jpg@RY2@

Marta Strzelecka

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.