Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Filozof, przewodnik prezydentów

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

"Nauka to część kultury" - mówi Robert Firmhofer. Zanim został szefem ultranowoczesnego centrum nauki, był redaktorem, globtroterem i radiowcem

Centrum Nauki Kopernik, działające niespełna dwa miesiące, ściąga tłumy. Trzeba stać pięć godzin w kolejce, żeby kupić bilety uprawniające do zwiedzania ekspozycji albo zajęcia miejsca na widowni jedynego na świecie teatru, w którym aktorami są roboty. Niełatwo się też do Kopernika dodzwonić - linia jest wciąż zajęta, a personel nie nadąża z odbieraniem telefonów. Czasami nawet trudno zbliżyć się do wkomponowanych w skarpę nadrzeczną gmachów na Powiślu - największe i najnowocześniejsze centrum nauki w naszej części Europy stało się bowiem żelaznym punktem programu wizyt delegacji oficjeli najwyższego szczebla, odwiedzających stolicę. Specsłużby ograniczają wtedy swobodę poruszania po okolicy.

Pełne ręce roboty ma zatem Robert Firmhofer, na którego spada zaszczyt i obowiązek powitania i oprowadzania vipowskich wycieczek po swoim miejscu pracy. To powoduje, że jest on jedną z najbardziej rozchwytywanych postaci w Warszawie - szef CNK ma grafik wypełniony co do minuty. W środę udało nam się z nim porozmawiać tylko dlatego, że z wizytą w Koperniku spóźniła się delegacja polityków z Gruzji.

Prawdopodobnie Firmhofer nie ściskałby rąk mężów stanu, gdyby nie lektura Platona. Przyszły dyrektor warszawskiego Kopernika przeczytał "Ucztę" w podstawówce. Kiedy jego szkolni koledzy pochłaniali "Pana Samochodzika" oraz inne tytuły uznawane za adekwatne dla ich wieku, on zastanawiał się nad zawiłościami sokratejskiej retoryki. Wtedy też zainteresował się filozofią.

Urodzony w 1964 roku i mieszkający na Mokotowie Robert Firmhofer uczył się w warszawskim Liceum im. Zygmunta Modzelewskiego (dziś Goethego). Wtedy i potem na studiach filozoficznych w Akademii Teologii Katolickiej (dziś Uniwersyt Kardynała Stefana Wyszyńskiego) próbował godzić naukę z amatorską konspirą - wybuchł karnawał "Solidarności", potem nastał stan wojenny, a przyszły szef Kopernika i wydawał z kolegami opozycyjną gazetkę, chodził na majowe demonstracje i dostawał pałami od ZOMO. Jak mówi, przeżywał wtedy okres autentycznej euforii. Bez oporów czas, który mógł spożytkować na pracę i karierę naukową, poświęcił walce o wolność. "Tylko proszę tego nie mitologizować. Żaden był ze mnie opozycjonista" - zastrzega.

Finał studiów Firmhofera zbiegł się z wybuchem drugiej "Solidarności" i przygotowaniami do Okrągłego Stołu. Świeżo upieczony absolwent AT K z oddali obserwował upadek PZPR - wyjechał do Kairu, żeby studiować filozofię arabską. Po ukończeniu kursu wzorem studentów z krajów Zachodnich zrobił sobie gap year. Odwiedził wszystkie kontynenty, utrzymując się z dorywczych zajęć, od zbierania winogron, po sprzątanie. W Australii zwiedził muzeum w kopalni złota, którego integralną częścia była zainscenzowana wioska poszukiwaczy kruszczu. "To było dla mnie przełomowe doświadczenie. Przekonałem się, że pasję przekazywania wiedzy można realizować bez muzealnej oraz szkolnej sztampy" - mówi.

Do kraju wrócił w 1991 roku. Zastał zupełnie inną rzeczywistość. Wspomina, że ta inność objawiła się na przykład w ofertach pracy. Niedawny globtroter, bez doświadczenia redaktorskiego z marszu został wiceszefem weekendowego dodatku kulturalnego do dziennika "Nowy Świat". Etatowa przygoda z dziennikarstwem skończyła się po półtora roku. Wydawca zamknął pismo, ale nie zraziło to Firmhofera do mediów. Przeniósł się do radia. Najpierw kierował redakcją popularyzacji wiedzy, potem został wiceszefem Radia BIS.

W 1997 roku radio włączyło się w organizowanie zainicjowanego przez profesora Łukasza Turskiego Pikniku Naukowego. Ambitny, interdyscyplinarny festyn okazał się strzałem w dziesiątkę. Jego kolejne edycje przyciągają dziesiątki tysięcy uczestników. Jednym z ojców sukcesu był wiceszef Radia BIS. "Miałem szczęście, że całość koordynował Robert Firmhofer, który ma gigantyczny talent organizacyjny" - mówi prof. Turski.

Powodzenie pikników zachęciło uczonego i jego współpracowników do zainteresowania miasta budową centrum naukowego. Delegacje akademików kilkakrotnie bezskutecznie antyszambrowały w ratuszu. Udało się za kadencji Lecha Kaczyńskiego. "Pamiętam wizyty Firmhofera. Rzeczowy, zawsze robił dobre wrażenie" - wspomina urzędniczka z administracji ówczesnego prezydenta Warszawy. Dyrektor platformy

Robert Firmhofer został koordynatorem projektu centrum Kopernik. Funkcję szefa tej instytucji powierzono mu 2006 roku. Konstruując program placowki, wrócił do doświadczeń z okresu pierwszej lektury Platona oraz wizyty na Antypodach. Postanowił stworzyć w Koperniku miejsce dialogu nauki i kultury, mocno zaznaczyć w nim obecność humanistyki. "To ma być platforma dialogu" - przekonuje. Nauka to część kultury, rozdzielanie tych światów jest fałszywe".

"Entuzjazm szefa jest zaraźliwy. Przy jego zaangażowaniu łatwiej wytrzymać po 14 godzin w pracy" - recenzuje jeden z podwładnych Firmhofera. "Przez kilka miesięcy poprzedzających inaugurację takie dniówki były częste". Chwali dyplomatyczne zdolności pryncypała, który potrafił dogadać się nawet z Peterem Greenawayem, brytyjskim reżyserem, który słynie z konfliktowego usposobienia.

Firmhofer udziela się także w międzynarodowych gremiach - jest członkiem zarządu europejskiego stowarzyszenia Ecsite, grupującego muzea i centra nauki. Nigdy nie myślał o wyjeździe za granicę i kontynuowaniu kariery w krajach finansujących naukę hojniej niż Polska. "Warszawa to moje miasto" - mówi. Mieszka na Starym Mokotowie, gdzie jego rodzina, wywodząca się ze Lwowa, osiedliła się po wojnie. Jest tradycjonalistą, nie kolekcjonuje naukowych gadżetów, ma za to w domu pokaźny księgozbiór.

@RY1@i02/2010/245/i02.2010.245.196.0043.001.jpg@RY2@

Cezary Polak

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.