Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Dziwny twór, ptak ornitolog

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

Jak połączyć pisanie z pracą naukową, a miłość do literatury z pasją do futbolu, opowiada Jerzy Franczak, autor powieści "Da capo"

Prawie wszystko, czym się zajmuję, wiąże się z literaturą. Gadam o literaturze ze studentami, gadam o niej do kamery, piszę powieści i piszę o cudzych powieściach. To dość różnorodne zajęcia: czym innym jest trzyminutowa nawijka w telewizji, a czym innym esej o książce czy cykl zajęć o literaturze nowoczesnej, a jeszcze czym innym wymyślanie fabuły, bohaterów. Czasami spotykam się z pytaniem, jak zachowuję równowagę psychiczną, skoro ciągle przebywam w świecie fikcji. Odpowiadam wówczas górnolotnie, że my wszyscy żyjemy w fikcjach. A ja, przebierając w cudzych opowieściach i snując własne, negocjuję mój kontrakt ze światem - zawsze tymczasowy, niepewny oraz wymagający korekty. Mniej górnolotnie powiedziałbym, że mam z tego fun. A poza tym - to moja praca.

Pisarz akademik to osobny gatunek. Dziwny twór. Ptak, który zajmuje się i śpiewaniem, i ornitologią! Każdy taki mutant na własny użytek rozstrzyga dylematy teorii i praktyki. Ja rozwiązuję tę kwestię dość prostodusznie: jestem pisarzem, który w ramach pewnej instytucji, wspólnie ze studentami, pochyla się nad tekstami kolegów po piórze, takich jak Gombrowicz czy Lem (proszę mi wybaczyć tę bufonadę). Poza tym spotkania ze studentami bywają inspirujące, niekiedy wiele z nich wynoszę. Innym razem mniej, ale takie już jest życie (akademickie). Zajmuję się antropologią literatury, takie określenie można przynajmniej znaleźć w nazwie mojej katedry na Uniwersytecie Jagiellońskim. Czym jest ta dziedzina, nie ośmielam się rozstrzygać. Clifford Geertz powiedział kiedyś, że antropologia jest jak jazda na rowerze: to bardziej umiejętność niż wiedza. Na rowerze jeździłem przez wiele lat, aż mi go ukradli i nie kupiłem nowego. Zajęcia uniwersyteckie rekompensują mi to trochę.

Moja kariera piłkarska pełna jest zaskakujących zwrotów akcji. Zaczynałem w Międzyzakładowym Klubie Sportowym "Wieczysta". Trampkarz, starszy trampkarz, junior - piąłem się sprawnie po drabince awansu, aż nastąpiła katastrofa związana zapewne z okresem dojrzewania. Dziewczyny, papierosy, tanie wina, no i dziwne książki. Zarzuciłem fachową literaturę ("Piłka nożna. Trening" Jerzego Talagi to biblia mojego dzieciństwa) i zamknąłem się w getcie science fiction (skąd wyprowadzili mnie, ramię w ramię, Lem, Dick i Vonnegut). Dalsze moje losy nie miały wiele wspólnego ze sportem. Do futbolu wróciłem po kilkunastu latach. Grałem na prawym skrzydle w zespole Lokator Team, razem z dziesiątką starych kompanów. Dwa sezony kopałem w Amatorskiej Lidze Podgórskiej, aż niestety wypadliśmy z rozgrywek. Oddaliśmy sezon walkowerem, bo otwarto ligę w pierwszej połowie stycznia, przy trzaskającym mrozie. Teraz znowu idzie zima, będę więc studiował taktykę innych drużyn i czekał na okienko transferowe.

Kraków to miejsce występowania wielu ciekawych i osobliwych gatunków ludzkich. Dzieje się tu sporo. Nie odczuwam legendarnej stagnacji, marazmu i małomiasteczkowości, którą się Krakowowi przypisuje. Przeciwnie, mam wrażenie, że nie nadążam i nie ogarniam. Po mieście poruszam się według wewnętrznej mapy, której punkty węzłowe stanowią Dom, Przedszkole, Uniwersytet, Wydawnictwo, Telewizja i Stadion. No i Knajpy, w których spędzam czas wolny i pracuję. W Lokatorze mam swój stolik, rozkładam się tam z laptopem i piszę. Czasem obok mnie zasiada Orbit (Łukasz Orbitowski) i pisze swoje. Brzmi to manierycznie, jak historie z St-Germain-des-Prés albo z Ziemiańskiej, ale to część codziennej rutyny. Joyce zamieścił na końcu "Ulissesa" podpis: "Trieste, Zurich, Paris", ja mógłbym zamknąć moją ostatnią powieść "Da capo" słowami: "Lokator, Kolory, Drukarnia". I tak bym zrobił, gdyby nie głęboko zakodowany strach przed małomiasteczkowością.

Przeszedłem standardową edukację muzyczną. Pobierałem lekcje fortepianu, ale nie o to mi chodzi. Moje muzyczne fascynacje dyktował Duch Epoki. Popowe eighties (Kylie Minogue, Pet Shop Boys), przełamujące się w kiczowaty hard rock (Iron Maiden, AC/DC) i ostre brzmienia (Metallica, Sepultura). Potem punkowy kontrapunkt i grungeowo-hardcoreowe nineties (Pearl Jam, Biohazard), wreszcie fascynacje outsiderami (Nick Cave, Tom Waits), artystami osobnymi (PJ Harvey, Radiohead) i indie (Modest Mouse). W sumie klasyka. Mniej oczywisty w tym zestawie wydaje się jazz, zwłaszcza ten free, od nestorów (Jarret, Coltrane) po świeży narybek (Vandenmark). Kocham ten powiew wolności, którym tchnie improwizacja. Przy czym dla mnie jest to zawsze wolność od, w tym przypadku od prostych rytmów i melodycznej sztampy. Regularnie zmieniam częstotliwość. Znużony gitarową monotonią przestrajam się na jazz. Po jakimś czasie zmęczony saksofonowymi trelami wracam do rocka. Przeciwko wolności improwizacji wybieram inną wolność, radykalną, z gatunku "I wanna be anarchy". A potem vice versa.

Na przełomie lat 1994/1995 myślałem, aby zostawić pisanie i zająć się filmem. Co druga premiera wywoływała we mnie wstrząs: "Pulp fiction", "Czerwony", "Urodzeni mordercy", "Truposz", "Underground", "Jej wysokość Afrodyta". Pewnie byłem w takim wieku, że musiało mną wstrząsać, nawet kino popularne tamtych lat wydaje mi się na wyższym poziomie ("12 małp", "Leon zawodowiec", "Podejrzani", "Siedem"). W każdym razie, jak się przyglądnąć tym tytułom, to widać, że każdy jest z innego zestawu. No bo ile ma wspólnego Kieślowski z Tarantino? Pewnie tyle, co Stone z Jarmushem i Allen z Kusturicą. Zaczęło się więc przeciąganie liny połączone z gwałtownym nadrabianiem zaległości (Buňuel, Herzog, Kubrick). Trwało to latami i w efekcie znalazłem się gdzie indziej. Lubię kino mocne, ale niegatunkowe, niepokojące, ale niemetafizyczne. Niekwestionowanym mistrzem pozostaje dla mnie Michael Haneke: "Siódmy kontynent", "Funny Games", "Kod nieznany", "Pianistka", "Ukryte", "Biała wstążka". Co film, to arcydzieło całkiem osobnego gatunku, które potrafi przyprawić mnie o ciężką bezsenność.

@RY1@i02/2010/240/i02.2010.240.196.0043.001.jpg@RY2@

Jerzy Franczak (ur. 1978) - prozaik, eseista, nauczyciel akademicki. Autor kilku zbiorów opowiadań, esejów, powieści, rozpraw o literaturze współczesnej. Prowadzi zajęcia z antropologii literatury na Uniwersytecie Jagiellońskim. Mieszka w Krakowie

Patrycja Pustkowiak

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.