Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Porzucone manekiny mistrza

28 czerwca 2018

Jak ważny dla polskiego teatru jest dziś Tadeusz Kantor? Kto przejął po nim najwięcej? Krystian Lupa, Krzysztof Warlikowski? Jak realizowany jest testament artystyczny twórcy "Umarłej klasy" w 20. rocznicę jego śmierci?

Żądał skupienia uwagi nad sensem jego sztuki. "Będziecie się Szanowne Panie i Szanowni Panowie na to patrzeć. A potem możecie o mnie zapomnieć" - napisał w jednym ze wstępów do swoich przedstawień. Czasem artysta umiera dwa razy. Pierwszy - biologicznie, kiedy odchodzi człowiek. Drugi raz, kiedy jego testament artystyczny nie jest realizowany, gdy sztuka współczesna już nie potrzebuje rozmowy z tym, co było. Właśnie to mogło spotkać Kantora. Chociaż nic tego nie zapowiadało.

W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych w Krakowie przyznawano z dużą pompą Nagrodę Kantorowską. Otrzymali ją Robert Wilson i Peter Brook. Myślano o organizowaniu dorocznego festiwalu, zbierającego spektakle czerpiące z Kantora pełnymi garściami. Ale najwięcej spierano się o to, kto ma prawo być jego prawowitym następcą.

Aktorzy Kantora utworzyli kilka odpryskowych kompanii teatralnych - był Teatr Mist Stanisława Michno, Teatr Akne Zofii Kalińskiej, Twins Compania braci Janickich. Andrzej Wełmiński dał dwie premiery "Manjaków" i "Amerykę" pod szyldem Teatr aktorów Cricot 2, aspirował do miana jedynego ucznia Kanotra. Uwagę przykuwali też zdeklarowani epigoni - plastyk Dariusz Gorczyca oraz jego przesycony erotyzmem i obrazami rozpadu Teatr Sytuacji.

Nieoczywistych wpływów Kantora można się było dopatrzeć w spektaklach Sceny Plastycznej KUL prowadzonej przez malarza Leszka Mądzika - fascynowała go granica między istnieniem a nieistnieniem, technika wydobywania z mroku osobistych obrazów. Wątek happeningowy z dorobku Kantora kontynuował Andrzej Sadowski ze Stowarzyszenia Mandala.

No i jeszcze Krystian Lupa. Kiedy stawiał swoje pierwsze kroki reżyserskie, nie ukrywał Kantorowskich wpływów. Depresyjne, zdegradowane i brudne pokoje, w których zamykał swoich bohaterów w wielu realizacjach, były echem słynnego Biednego Pokoiku Wyobraźni Kantora. Ożywione Kantorowskie marionety w teatrze Lupy były zawsze martwe i porzucone, traktowane jak ludzkie, niepotrzebne nikomu truchło. A jednak nawet te odwołania z upływem czasu blakły i niknęły, sens pojęcia Teatr Śmierci przybrał nową postać: nie tylko nie było już świata, jaki zapamiętał Kantor, i nie było samego Kantora, zapomnieliśmy i uśmierciliśmy także estetykę, którą stworzył. Bo chyba nie dało się jej w twórczy sposób kontynuować. Wykluczał to osobisty charakter jego teatru, każda próba użycia Kantorowskiej metody kończyła się stworzeniem jej byle jakiej kopii.

Na szczęście Lupa podpowiedział w nieoczekiwany sposób nową drogę recepcji. Kiedy przekroczył sześćdziesiątkę i znalazł się w wieku zbliżonym do wieku Kantora pracującego nad Umarłą klasą, zaczął na niespotykaną dotąd skalę akcentować autobiograficzne elementy w swoich spektaklach ("Zaratustra", "Mewa", "Na szczytach panuje cisza").

I wtedy wróciły pytania o Kantora. Czyli o artystę-Bestię, megalomana, awanturnika i arystokratę ducha, ukazującego jednocześnie na scenie własną kruchą intymność: "Popełniam masę niedobrych rzeczy, po czym absolutnie nie robię rachunku sumienia" - pisał Kantor. - "Tylko przetwarzam to na formę, którą rzucam publiczności". "Krum" Krzysztofa Warlikowskiego uderzał w podobne tony, melancholijnie próbował sfotografować okruchy śmierci i przemijania. I miał dla reżysera takie samo przełomowe znaczenie jak "Umarła klasa" dla Kantora. W "(A) polloni" przykuwały wzrok kantorowskie manekiny dzieci, które animował Maciej Stuhr - to mali żydowscy aktorzy od Korczaka z getta. W "Końcu" ten sam aktor jako Myśliwy Grakkchus i Józef K. rozmawiał z własnym martwym ciałem, skarżąc się na udrękę przebywania w szczelinie między życiem a śmiercią.

Najradykalniej ze spuścizną Kantora obszedł się Paweł Passini. Jako młody aktor i reżyser grał w powtórzonej przez Krzysztofa Miklaszewskiego "Umarłej Klasie" przygotowanej w Gardzienickiej Akademii Teatralnej. A potem wrócił do Kantora w zrealizowanym z byłym aktorem Gardzienic Tomaszem Rodowiczem projekcie "Szczeźli!". Była to odpowiedź na tezy z manifestu "Niech szczezną artyści". Passini przebierał Rodowicza w skafander kosmonauty i kazał czytać rozważania Kantora w epoce szybkich mediów i taniej sztuki. Passini rzucał oskarżenie o zdradę, o duchowe skarlenie teatru, który nie ma ani chęci, ani potencjału, żeby podjąć polemikę z Kantorem, sprawdzić, jak jego idee brzmią w naszych czasach. Passini, tak jak przed nim Lupa i Mądzik, wziął z Kantora także potrzebę bycia wewnątrz swojego przedstawienia. Często komentuje sceniczne zdarzenia, tworzy muzykę na żywo, dyskutuje z postaciami. Jego spektakle pełne są Kantorowskich ech.

Także dramat "Nasza klasa" Tadeusza Słobodzianka ma wśród swoich antenatów scenariusz "Umarłej klasy", autor wzorował na nim rytmy i język swoich bohaterów, a wyreżyserowana przez Ondreja Spisaka prapremiera cytowała wprost pierwszą scenę spektaklu Kantora. Gest Słobodzianka, autentyczna fascynacja Passiniego, nieustanne mocowanie się Lupy z Kantorem i powolne krążenie wokół tematów pamięci i zagłady Krzysztofa Warlikowskiego odwraca tendencję zapominania Teatru Śmierci.

@RY1@i02/2010/240/i02.2010.240.196.0040.001.jpg@RY2@

FOT. WOJCIECH KRYŃSKI/FORUM

Łukasz Drewniak

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.