Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Lubię przekręcać formaty

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Nie czuła się skandalistką, nie wierzyła, że będzie artystką. Katarzyna Kozyra rozlicza się z przeszłością

Katarzyna Kozyra: Niech pan przyjdzie na casting.

Nie widzę przeszkód. Jeżeli potrafi się pan we mnie wczuć, to proszę bardzo.

Jest w trakcie tworzenia. Pańska propozycja mogłaby mnie natchną . Projekty zawsze konstruuję w oparciu o reakcję ich uczestników i odbiorców.

Czy ten film faktycznie będzie o mnie, jest sprawą otwartą. Ja i moja dotychczasowa twórczość stanowimy punkt wyjścia. Jak rozwinie się ten projekt, to dopiero się okaże w trakcie pracy.

Film to sztuczny format, ma reguły, z których nie można zrezygnować. Trzeba tak wyważyć i złamać prawidła, żeby mieściły się w konwencji, a jednocześnie tak je przekręcić, żeby to nie było gotowe i nudne. Interesuje mnie znalezienie własnego języka i sposobu rozwiązywania danej sytuacji. Jeśli posługuję się formatami, to tylko po to, żeby się nimi bawić. Mam nadzieję, że i tym razem się to uda.

Sztuka w tym, żeby dobrać odpowiednich ludzi. Nie chcę sztywnych zasad i sytuacji, że ekipa oświetleniowa będzie się obojętnie przyglądała, podczas gdy inni będą harować. Zależy mi na współuczestnictwie każdego członka zespołu w realizacji przedsięwzięcia. To ma być twórcze napięcie w pozytywnym tego słowa znaczeniu, współodpowiedzialność za każdy element projektu, co w komercyjnej machinie filmowej się nie zdarza. Tam każdy ma działkę, za którą odpowiada, i ten ścisły podział gwarantuje techniczną jakość, ale dla mnie nie ma to aż takiego znaczenia. Chodzi mi o przekroczenie filmowego formatu również w tym zakresie.

To nie jest monografia ani retrospektywa. Poczułam, że nadszedł moment, żeby się przyjrzeć temu, co zrobiłam przez ostatnie kilkanaście lat, symbolicznie zamknąć ten rozdział i już do niego nie musieć wracać.

Mam gdzieś etykiety. Cholernie nudno żyć z takim zaszufladkowaniem. Od kilkunastu lat ciągle mnie o to pytają. Jak ktoś chce rozmawiać o Kozyrze skandalistce, to beze mnie.

Żadnej - szkoda życia i energii.

Być może byłam naiwna, ale nie przyszło mi to wtedy do głowy.

Właśnie, że nie - miałam nadzieję, że ta akcja im się spodoba. Przecież Frieze uchodzi za najbardziej coolowe miejsce na świecie. Ciekawiło mnie, co zwycięży, sztuka czy pieniądze i rynek. Okazało się, że to drugie. Gdybyśmy zapłacili za przestrzeń dla performance, to byłoby OK. Ale skoro zrobiliśmy to, nie wnosząc opłat, Anglicy uznali, że nie ma dla nas miejsca. Okazało się, że cool ma granice.

Gdybym się chciała wpasować w rynek, to musiałabym przyjmować zamówienia, na przykład od galerii, i produkować. Ja tak nie chcę i nie potrafię. Nie umiem odpowiadać na zadane pytania. W szkole też tak było.

Ale ja nie odpowiadam. Nie potrafię zrobić niczego, w co nie jestem głęboko zaangażowana. Perspektywa wystawy w renomowanej galerii czy kasa niczego we mnie nie wyzwalają. Dla mnie to nie jest wolność.

Wręcz przeciwnie, to raczej próba dogonienia, wejścia w nową sytuację, wniknięcia w drugą osobę i przyjrzenia się sobie z jej perspektywy.

Chciałam robić coś twórczego, a germanistyka nie dawała tej satysfakcji. Nie trzeba było czytać lektur, wystarczyły opracowania. Mnie to nie leżało.

Studiowałam rzeźbę, a to angażowało fizycznie, co było dla mnie ważne, bo jestem nadpobudliwa i muszę się ruszać. Ale po pierwszym roku byłam przerażona - dotarło do mnie, że w tym nie chodzi tylko o rzeźbienie, a ruch, który ono generuje, przestał mi wystarczać. Uciekłam z germanistyki i znalazłam się w tym samym punkcie, znów miałam wrażenie, że coś odtwarzam. Całe studia myślałam, że nie nadaję się na artystkę. Mówię to bez fałszywej skromności. Inni realizowali swoje pomysły, a ja nie widziałam sensu. Kończyłam ASP z mieszanymi odczuciami. Spotkanie z artystami i kolegami było fajnym doświadczeniem. Ciągle towarzyszyło mi jednak poczucie bezsensu i pytanie, po co to robię.

Dopiero przy pracy nad "Piramidą zwierząt". Ale po jej ukończeniu byłam pewna, że nic więcej nie zrealizuję. Zrobiłam "Piramidę", żeby skończyć cholerne studia, obronić pracę dyplomową i zamknąć rozdział. Do tego doszła jeszcze niewspółmierna reakcja części mediów i opinii publicznej. Myślałam, że przypadkiem wyszło mi coś mocnego, czułam się zakneblowana. Nie liczyłam, że jeszcze będę coś robiła. Przez dwa lata dłubałam dla siebie, nie chcąc tego wystawiać. Poza tym musiałam się leczyć i to mnie pochłaniało. Potem zostałam namówiona na "Więzy krwi". Czułam straszną presję i oczekiwanie, że przywalę tak mocno jak "Piramidą". Cholernie mnie to stresowało.

Mam wrażenie, że mój komunikat trafia do odbiorców. Gdyby było inaczej, przestałabym robić to, co robię. Tworzyć sztukę tylko dla siebie, krytyków czy galerzystów to bez sensu.

Tak, choć czasem boję się pytań. Podczas akcji w Berlinie jakiś Francuz zaatakował mnie za to, że w performance występują karły. "Jak możesz ich wykorzystywać?" - zapytał i cały się trząsł. Odparłam, że to jego problem, jeśli nie widzi obok siebie miejsca dla ludzi mniejszych od niego. I on chyba zaczął rewidować swój pogląd, przyszedł drugi raz i przyprowadził dzieci.

W "Piramidzie". Drugi raz emocjonalnie nie byłabym w stanie się z taką mocą zaangażować. "Piramida 2"

to byłby samobój.

Kilka można było zrobić lepiej. Jeśli ktoś z uczestników projektu robił coś na zasadzie fuchy, to nie miałam z nim pełnego kontaktu i rzecz nie mogła wyjść tak, jak chciałam. Dlatego przy castingu do filmu nie są ważne płeć, wiek czy wygląd, lecz zaangażowanie emocjonalne, które kandydat jest w stanie wnieść.

@RY1@i02/2010/235/i02.2010.235.196.042a.001.jpg@RY2@

ROZMAWIAŁ CEZARY POLAK

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.