Wielka wymiana świata na słowa
"Słońce, możliwość, radość" Michała Pawła Markowskiego to erudycyjna, pozbawiona zadęcia podróż przez krainę sztuki i jej tajemnych związków z życiem
Jaka jest najkrótsza definicja pisania? "Coś za coś" - twierdzi krytyk i eseista Michał Paweł Markowski. "Słowa za rzeczy, wspomnienia za doświadczenia, obrazy za rzeczywistość, literatura za sport. Gdy piszemy, wkraczamy w krąg wielkiej wymiany". Dlaczego akurat literaturze przypada miejsce szczególne w tym procesie? "Bo przejście od świata do słów, które literatura teatralizuje w sposób najbardziej widowiskowy, jest kluczowym doświadczeniem człowieka, wyrywającego się z niemego doświadczenia po to tylko, by - na próżno, na próżno - je wyrazić".
Doświadczenie doświadczeniu nierówne, ale akurat Markowski na pewno ma się czym w tej dziedzinie pochwalić - przynajmniej pod względem duchowo-estetycznym, bo o inne takt nie pozwala pytać. Autor ma zresztą kolejną zaletę - potrafi owe doświadczenia przekuć w interesującą opowieść. Osobom czytającym zawsze przyjemnie słyszeć o innych lekturożercach, szczególnie jeśli ci są pierwszorzędnymi erudytami. A Markowski z ogromną lekkością łączy narrację osobistą - o swoich podróżach, dorastaniu, przeżyciach - z esejem na temat szeroko pojętej sztuki (także życia!).
Pisze na temat odbioru pierwszych lektur, miłości do sportu, problemach z pisaniem biografii, swoim widzeniu malarstwa. Życie rzeczywiście staje się dla Markowskiego wspomnianą już wielką wymianą - myśli, idei, odczuć: w słowa. Na szczęście profesor nie ma akademickiego zadęcia; choć jego wiedza jest imponująca, podaje ją nam w anegdotach. Świetnie potrafi wyważyć między głębią spostrzeżeń a lekkim tonem przekazu.
Kiedyś Maria Janion wspominała, że jej umysł nigdy nie odpoczywa. Nie do końca należy do niej samej, bowiem wciąż zachodzą w nim jakieś intelektualne procesy, których wolałaby uniknąć - przeczytane łączy się z przeżytym, toczy się ciągły bój o znaczenia, wszystko się z czymś kojarzy, lektura niebezpiecznie wkrada się w rzeczywistość. Taki koszmar intelektualisty musi być chyba także udziałem Markowskiego. Kiedy ów ogląda obrazy Francisa Bacona, łączy je ze scenami cierpienia z filmu "Pancernik Potiomkin" Eisensteina i obrazem "Rzeź niewiniątek" Poussina. Gdy patrzy na malarstwo Hoppera, w głowie natychmiast pojawia mu się esej Baudrillarda, w którym Francuz wspominał wybitnego malarza. W kontekście rozważań na temat sztuki opowiadania wspomina oczywiście o Szeherezadzie, ale i - o dziwo - filmie "Parnassus" Terry’ego Gilliama czy "Jądrze ciemności" Josepha Conrada. Bardzo ciekawie wspomina o Iwaszkiewiczu, wpisując się zresztą w niedawne spory wokół pisarza. Przedstawia tę "największą beksę polskiej literatury" jako człowieka, który zawsze był stary - żył między zachwytem a smutkiem, a życie wciąż mu się wymykało.
Nie są to eseje do łyknięcia w jeden wieczór, choć czyta się je bardzo dobrze. Dawka refleksji, którą funduje Markowski przy okazji każdego tekstu, wymaga czasu. Zalecana wymiana: wieczór za esej. Satysfakcja gwarantowana.
@RY1@i02/2010/230/i02.2010.230.196.036a.001.jpg@RY2@
@RY1@i02/2010/230/i02.2010.230.196.036a.002.jpg@RY2@
Patrycja Pustkowiak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu