Muzeum zamiast targu
Biznesmeni i kolekcjonerzy coraz częściej zakładają galerie, by dzielić się swoimi zbiorami ze społeczeństwem, a nie tylko - jak jeszcze dekadę temu - na nich zarabiać
Rodzimi biznesmeni kolekcjonujący sztukę nie lubią się nią chwalić. O zbiorach Ryszarda Krauzego dowiedzieliśmy się dopiero, gdy przedsiębiorca postanowił je dwa lata temu sprzedać. Kolekcja Grażyny Kulczyk obrosła mitem, ale też nie wiemy o niej zbyt wiele. Ale ten trend zaczyna się zmieniać. W Konstancinie i włoskiej Wenecji powstały dwie galerie, w których nasi kolekcjonerzy wystawiają swoje zbiory. Kolejna ruszy w październiku w Łodzi.
130 dzieł, 59 twórców od Wojciecha Kossaka po Xawerego Dunikowskiego. I jeden człowiek, który zebrał kolekcję - Krzysztof Musiał. Pod koniec października wielki zbiór stanie się dostępny dla wszystkich, którzy zechcą odwiedzić Galerię Mistrzów Polskich w Łodzi. To pierwsze tego rodzaju przedsięwzięcie w kraju. Prywatny kolekcjoner i państwowa instytucja, Muzeum Miasta Łodzi, postanowiły uruchomić wspólną galerię. Pierwszy daje zbiory sztuki, drugie przestrzeń.
Krzysztof Musiał w latach 80. pracował w międzynarodowych koncernach w Anglii, USA i Niemczech. Zdobyte doświadczenie wykorzystał w 1990 roku do założenia firmy ABC Data. Gdy przedsiębiorstwo osiągnęło sukces, Musiał je sprzedał. Pozbył się także swojej drugiej firmy, DNS Polska. W 2001 roku na obu transakcjach miał zarobić ok. 200 mln zł.
Dziś przede wszystkim poświęca się kolekcjonowaniu sztuki. Od ponad 15 lat kupuje wyłącznie rodzime dzieła. Jego zbiór obejmuje prace od połowy XIX wieku do współczesności. Ma około 500 obrazów, 300 prac na papierze i kilkadziesiąt rzeźb. Ile są warte? Nie wiadomo. Ale katalogi aukcyjne wskazują, że sporo. W Galerii Mistrzów Polskich pojawią się m.in.: "Autoportret w mundurze ułańskim" Wojciecha Kossaka, "Portret Dagny Przybyszewskiej" Stanisława Wyspiańskiego, "Chata na palach" Ferdynanda Ruszczyca.
- Współpraca z państwowym muzeum pozwala przede wszystkim na udostępnienie mojej kolekcji szerokim rzeszom odbiorców. I to jest najbardziej atrakcyjne. Jasne, że łączy się z tym w jakimś sensie także prestiż, gdyż jest to dla mnie potwierdzeniem, że to, co zebrałem, ma wartość muzealną - mówi "DGP" Musiał. Już w 2008 roku zorganizował objazd kolekcji po najważniejszych polskich muzeach. Irytuje się pytany, czy dzięki współpracy z szacownym muzeum jego kolekcja może też zyskać na wartości: - Mówienie o podnoszeniu wartości prac jest nie na miejscu, gdyż ja nie mam zamiaru tych dzieł sprzedawać, a łódzka wystawa ma trwać wiele lat i służyć przede wszystkim celom edukacyjnym.
Innego zdania jest Marek Roefler, którego galeria Villa La Fleur w podwarszawskim Konstancinie ruszyła w maju. Kolekcjoner nie ukrywa, że mimo iż nie zamierza w niej handlować, prowadzenie takiej instytucji daje korzyści finansowe. - Podnosi to prestiż firmy, przyczynia się też do wzrostu wartości samej kolekcji - mówi "DGP". Roefler jest głównym udziałowcem firmy Dantex. To deweloper działający na rynku budowy i wynajmu biur oraz osiedli mieszkaniowych. Dwa lata temu, kiedy firma miała wejść na giełdę, jej wartość wyceniono na 600 mln złotych.
Roefler nie robił wokół swojej galerii szumu. Mimo to o jego przedsięwzięciu napisał "The Art Newspaper", najważniejszy anglojęzyczny, branżowy periodyk poświęcony sztuce. Cała kolekcja Roeflera liczy 1000 prac. W Villi La Fleur można zobaczyć 200 z nich. Na razie dostęp do niej jest ograniczony, ale biznesmen zapewnia, że chce przekształcać placówkę w galerię otwartą dla publiczności.
Na pytanie o wartość zbiorów nie chce odpowiedzieć. Według aukcyjnych danych serwisu Artinfo.com artyści zbierani przez Roeflera sprzedają się w sporym przedziale cenowym. Eugene Zak osiągał w ostatnich latach ceny od 1,5 tys. do 89 tys. euro, Henri Hayden od 2 tys. do 312 tys. euro, Marek Sterling od 500 do 22 tys. euro. Zakładając bardzo niską średnią wartość jednej pracy na poziomie 5 tys. złotych, należałoby uznać, że kolekcja Roeflera jest warta co najmniej 5 mln złotych. Ale to zapewne wycena sporo zaniżona.
Właściciel Danteksu zaczął zbierać sztukę dwie dekady temu. Robi to w imieniu swoim, ale też własnej firmy. Skupił się na artystach polskiego pochodzenia z École de Paris. Należeli do niej Marc Chagall czy Amadeo Modigliani. Ale także ci o polskich korzeniach są dziś cenieni. Prace Mojżesza Kislinga potrafią osiągnąć w ostatnich latach ceny niemal 400 tys. dolarów. Wbrew pozorom zainteresowanie tą niezbyt spopularyzowaną jeszcze wśród przeciętnego widza sztuką jest spore. - Kupują Polacy, Francuzi, a także mieszkańcy Izraela, bo malarze, o których mowa, często mieli żydowskie korzenie - mówi nam Marek Roefler.
Najbardziej tajemniczy z wielkiej trójki kolekcjonerów biznesmenów pozostaje Jarosław Przyborowski. W 1991 roku założył firmę Lama Gold. Przedsiębiorstwo jest pierwszą i jednocześnie największą firmą produkującą oraz dystrybuującą pościel wełnianą na polskim rynku.
Przyborowski nie udziela się w mediach. A jeszcze niedawno o istnieniu należącej do niego i jego żony Hanny kolekcji sztuki w ogóle nie wiedziano. Aż w zeszłym roku należąca do małżeństwa Fundacja Signum wydzierżawiła gotycki pałac Palazzo Dona w Wenecji. I uruchomiła w nim prywatne muzeum. Na jego otwarcie Przyborowscy przygotowali imponującą wystawę współczesnej polskiej sztuki, złożoną z prac artystów, którzy odnieśli międzynarodowy sukces, m.in. Mirosława Bałki, Romana Opałki, Katarzyny Kozyry i Krzysztofa Wodiczki. Dziś wiadomo, że w kolekcji Przyborowskich znalazło się więcej ciekawych nazwisk: Koji Kamoji, Jesus Rafel Soto, Carlos Cruz-Diez.
Na Zachodzie prywatne muzea, w których sztukę wystawia się, a nie sprzedaje, to standard. Francois Pinault, właściciel domu aukcyjnego Christie’s, a także marek Converse i Samsonite, posiada muzeum w Wenecji. W Berlinie można oglądać kolekcję Sammlung Hoffmann. Prywatne muzeum kolekcjonerów Mery i Dona Rubellów działa w Miami. - W USA kolekcjonerzy zasiadają w radach muzeów i wspierają je pieniędzmi - mówi Piotr Bazylko, współautor książki "Przewodnik kolekcjonera sztuki najnowszej" oraz popularnego blogu o rynku sztuki ArtBazaar. Ale to, co najmocniej wstrząsnęło światem sztuki, to nowy pomysł Charlesa Saatchiego.
Założyciel agencji reklamowej Saatchi & Saatchi uchodzi za wzór dla innych kolekcjonerów. Potrafi nie tylko świetnie dobierać kupowane prace, ale i nieźle na nich zarabiać. W 1985 roku założył własną Saatchi Gallery. Teraz to całe 6,5 tys. metrów kwadratowych powierzchni w dawnej londyńskiej posiadłości księcia Yorku w eleganckiej dzielnicy Chelsea.
W lipcu zaskoczył świat sztuki. Zwrócił się do rządu z hojną ofertą. Chce przekazać część prac brytyjskiemu państwu. Wartość podarunku szacuje się na 25 mln dol. Ale nic za darmo. W zamian Saatchi Gallery ma być przekształcona w Museum of Contemporary Art, a kolekcjoner chce zostać jej dyrektorem. MoCA miałaby konkurować z najbardziej do tej pory prestiżowym brytyjskim muzeum sztuki współczesnej, londyńską Tate. Polscy eksperci rynku sztuki przewidują, że na razie w Polsce takiej inicjatywy ze strony któregoś z prywatnych kolekcjonerów nie należy się spodziewać. Ale wchodzenie biznesmenów do władz publicznych muzeów jest jak najbardziej prawdopodobne.
@RY1@i02/2010/182/i02.2010.182.186.0009.001.jpg@RY2@
Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta
Po raz pierwszy w Polsce prywatny kolekcjoner oraz muzeum połączyli siły. Kolekcję Krzysztofa Musiała będzie można od października oglądać w Łodzi
Max Fuzowski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu