Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Kino popularne znajduje widza

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Przed Festiwalem Polskich Filmów Fabularnych na ekrany trafia coraz więcej rodzimych tytułów. Największy problem mamy wciąż z kinem popularnym.

Zbliża się kolejny festiwal w Gdyni, w tym roku po raz pierwszy odbywający się w maju (24 - 29), a nie jak wcześniej we wrześniu, a na ekrany trafia sporo polskich filmów. Zarówno tych, które zostaną pokazane w tegorocznym konkursie (np. "Różyczka" Jana Kidawy-Błońskiego, "Fenomen" Tadeusza Paradowicza czy "Piksele" Jacka Lusińskiego), jak i tych, które w Gdyni pokazywane były wcześniej (np. "Droga do raju" Cezarego Reguły czy "Hel" Kingi Dębskiej).

Polskie kino ma się w powszechnej opinii coraz lepiej. W minionym roku polskie filmy przyciągnęły do kin 8,4 mln widzów i przyniosły aż 136,8 mln zł wpływów. Widzowie nadal najchętniej oglądają komedie romantyczne - "Kochaj i tańcz" zobaczyło 1,3 mln widzów, "Idealnego faceta dla mojej dziewczyny" ponad 700 tys. - ale też filmy ambitniejsze. Na "Galerianki" Katarzyny Rosłaniec poszło aż 575 tys. widzów, "Wojnę polsko-ruską" Xawerego Żuławskiego 441 tys., a "Rewers" Borysa Lankosza - 331 tys.

Tegoroczne wyniki polskich filmów potwierdzają tę tendencję. "Ciacho" Patryka Vegi zobaczyło w kinach 955 tys. widzów, "Randkę w ciemno" Wojciecha Wójcika - 668 tys., "Trick" Jana Hrywniaka - 292 tys., "Kołysankę" Juliusza Machulskiego - 223 tys. Także tytuły trudniejsze znajdują swoją publiczność. Przykładem "Wszystko, co kocham" Jacka Borcucha z 222 tys. widzów.

Choć kino popularne znajduje publiczność, przeważają w nim produkcje żenujące, słabe albo najwyżej przeciętne. Tendencji tej nie zmienią wchodzące w piątek na ekrany "Droga do raju" i "Fenomen". Pierwszy to nieudolna obyczajówka z Polski B, drugi zapowiada się na przaśną komedię. Tymczasem w ostatnich latach nasze kino komercyjne właśnie komedią romantyczną stoi. Produkuje się je seryjnie, wymyśla jakąś banalną anegdotkę, obsadza kilka modnych gwiazdek, doprawia czym popadnie i produkt filmopodobny gotowy. Ludzie to kupują, a skoro tak, to po co cokolwiek zmieniać? Upominanie się o lepsze kino popularne traktuje się u nas jako szkodliwą fanaberię.

Być może polskie kino popularne jest tak żenująco słabe, bo takie właśnie chcą oglądać karmieni telewizyjną papką widzowie. A może jednak publiczność ogląda te głupiutkie produkcje, bo nic lepszego jej się nie oferuje? Nikt nie sprawdził, czy gdyby nakręcić romantyczną komedię w stylu "Czterech wesel i pogrzebu", to do kin przyszłoby nie 1,5 mln, ale 5 mln widzów. Czy ktoś pamięta jeszcze tłumy na o niebo lepszych od obecnej średniej "Kilerach" albo na świetnym "Vincim"?

W innych gatunkach jest jeszcze gorzej. Zmarnował świetny pomysł na smakowitą hybrydę popularnych gatunków Jacek Koprowicz w "Mistyfikacji". Sensacyjny "Trick" nieudolnie podrabia amerykańskie patenty. Nieco lepiej poradził sobie z mariażem komedii i horroru Juliusz Machulski w "Kołysance".

Czemu więc, choć dobrze, jest jednocześnie tak źle? Może trzeba po prostu przeczekać. Może publiczność sama wymusi zmiany, ale zadaniem na najbliższy czas będzie promocja kina dla ludzi. Tego dobrego, a nie byle jakiego, byle polskiego.

Wojciech Kałużyński

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.