Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Grabież dzieł sztuki - tu nikt nie ma czystych rąk

29 czerwca 2018

Oczywiście, że nie. Jednym z podstawowych praw człowieka jest prawo do kultury, własnej tożsamości. Spójrzmy na Afrykę. 90 procent jej dóbr kultury znajduje się poza kontynentem! A przecież afrykańskie figurki, które podziwiamy w zachodnich czy polskich muzeach, przeważnie były dla Afrykańczyków czymś więcej niż tylko sztuką. Część rzeczy, które tak beztrosko oglądamy, w ogóle nie powinno ujrzeć światła dziennego, niektóre nie powinny być dotykane.

W kulturach, z których pochodzą, dostęp mieli do nich co najwyżej szamani, a dzieła te miały przymioty boskie. Podobnie jest na przykład z drewnianymi tablicami z dziesięciorgiem przykazań, które do XIX wieku były w każdym etiopskim kościele. Odkąd zrabowano je w XIX wieku, Koptowie nie mogą w pełni praktykować swojej wiary. A wyobraźmy sobie, co by się stało, gdyby ikona Matki Boskiej Częstochowskiej zawisła w Luwrze. Od razu mielibyśmy do czynienia z masowymi protestami przeciwko zamachowi na polską tożsamość. Biednej Afryce o wiele trudniej się bronić. Problemy ze zwrotem dóbr są jednak na całym świecie.

Włosi negocjują powrót kilku antycznych figur ze Stanów Zjednoczonych. W ostatnich dniach w sprawie przekazania Korei zagrabionych w 1866 r. rękopisów, ważnych dla tamtejszego dziedzictwa narodowego, pertraktował koreański minister z przedstawicielem rządu francuskiego. O zwroty dzieł ze słynnego Pałacu Letniego w Pekinie coraz głośniej upominają się Chiny.

Tak, i dotyczy to zwłaszcza tak zwanej Berlinki. Co prawda negocjatorzy od lat ciężko pracują nad uregulowaniem sporów, ale wciąż większość cennych zbiorów Biblioteki Pruskiej znajduje się w Krakowie. Przypomnijmy sobie, jak walczyliśmy, by rękopisy "Pana Tadeusza" czy niektórych dzieł Chopina wróciły do kraju. A przecież trzymamy w Bibliotece Jagiellońskiej dzieła dla Niemców równie cenne: rękopisy utworów Bacha, Mozarta czy Paganiniego. Nie mówiąc już o rękopisie niemieckiego hymnu narodowego, który wciąż jest w Krakowie. Od wielu lat obserwuję polsko-niemieckie negocjacje dotyczące zwrotu Berlinki i dóbr zagrabionych przez III Rzeszę. Mam wrażenie, że są one na dobrej drodze do porozumienia. Znacznie trudniej jest natomiast z dziełami polskimi, które po drugiej wojnie trafiły do ZSRR.

Na zakończonej właśnie konferencji w Egipcie przedstawiciele 16 państw domagali się zwrotu zagrabionych przed dziesięcioleciami eksponatów. Z oficjalnym żądaniem do British Museum wystąpił już Egipt. Na miejscu szefa tego muzeum oddałby pan Egipcjanom ich dzieła sztuki czy raczej walczył o nie do ostatniej kropli krwi?

To źle sformułowane pytanie.

Bo sytuacja nie jest prosta. Przypomina żydowską historię o rabbim, który miał rozsądzić pewien spór. Gdy swoje argumenty wyłuszczyła jedna strona, rabbi powiedział: "macie absolutną rację". Ale gdy głos zabrała strona przeciwna, również stwierdził, że się nie mylą.

Od kilku lat lobbuję za tym, by w takich sytuacjach nie tylko zachowywać spokój, ale też podchodzić do każdej sprawy jednostkowo. Najzdrowsza sytuacja to bowiem taka, w której nie mówi się o całych zbiorach, ale rozpatruje każdy przypadek indywidualnie. Za każdym razem wypowiadają się wszystkie strony konfliktu - muzealnicy, historycy, czasem politycy czy członkowie rodzin, do których należało dzieło. I dopiero potem ustala się, co kto bierze i jakiej ewentualnie udziela się rekompensaty.

Niektóre i tak tyle trwają. W ogóle rzadko sprawa toczy się krócej niż rok. Taki sposób rozwiązywania spraw osobiście obserwowałem na przykład w Republice Południowej Afryki, gdzie po upadku apartheidu powstała Komisja Prawdy i Pojednania. Zajmowała się także dziedzictwem kulturowym i każdy przypadek rozpatrywała jednostkowo. Dziś nie mam wątpliwości, że to jedyna sensowna droga. Zwłaszcza w sprawach kontrowersyjnych.

Jeśli krzyż jest w Nowym Jorku, a figura wiszącego na nim Jezusa w Norwegii, to gdzie powinno się je złączyć? A może traktować je jak dwa osobne dzieła sztuki?

Na szczęście sztuka konserwacji stoi już na tak wysokim poziomie, że możliwy jest transport większości dzieł. Dlatego tak ważną rolę pełnią organizowane coraz częściej wystawy tymczasowe, na których łączy się dzieła sztuki rozsiane po całym świecie.

Weźmy na przykład Codex Sinaiticus, czyli jeden z najstarszych znanych nam egzemplarzy Biblii, który przez ponad 1500 lat leżał w klasztorze na Górze Synaj, po czym w XIX wieku został skradziony. Teraz część stron znajduje się w Petersburgu, część w Lipsku, spora część w Londynie. Muzealnicy z tych miast postanowili połączyć części Codeksu wirtualnie. I teraz, kto chce, może obejrzeć całość w każdym z tych miejsc. Choć tylko część istnieje tam realnie.

Dlatego że większość z nich trafiła do zachodnich muzeów wskutek grabieży, jako łupy wojenne czy kolonialne. Ważny jest argument etyczny.

Rzeczywiście, kiedyś było takie podejście. Ale zwróćmy uwagę, że ludzie mieli dużo węższą perspektywę. Patrzyli z punktu widzenia swojego kraju i nie traktowali zagrabionych dzieł sztuki jako ogólnoświatowego dziedzictwa. Najwięcej zmieniło się pod tym względem, gdy w 1945 r. powstało UNESCO, czyli organizacja ONZ odpowiedzialna za oświatę, naukę i kulturę. Konwencje podpisane przez wszystkie należące do ONZ kraje stanowią na przykład, że wywożenie i przenoszenie własności dóbr kultury wbrew woli ich właścicieli jest nielegalne. Gdy dokumenty te powstawały, zmieniały sposób myślenia ludzi. Bo jako nadrzędną wartość stawiały ochronę dóbr kultury, a nie ewentualne prawa do łupów.

I nie dotyczą tylko starych konfliktów. Jednym z najbardziej przejmujących przypadków jest muzeum narodowe w Prisztinie, stolicy Kosowa. Tam codziennie rano do pracy przychodzi 12 kuratorów, którzy nie bardzo mają się czym zajmować. W muzeum jest bowiem tylko jeden eksponat - figura bogini płodności. Reszta została "uwięziona" w muzeum narodowym w Belgradzie, w Serbii. W Prisztinie można jedynie zobaczyć ich zdjęcia.

To prawda. Z Bagdadu wywieziono wiele bezcennych zabytków. Kawałki słynnego 55-metrowego posągu Buddy z Bamjan w Afganistanie krążą po mniej lub bardziej legalnych aukcjach na całym świecie. Można je kupić już za 180 dolarów.

Duże znaczenie ma kwestia techniczna. Wspomniane British Museum ma w swojej kolekcji 55 mumii, a to przecież tylko niewielka część tego, co ze sztuki starożytnego Egiptu znajduje się na całym świecie. Gdyby te mumie - nie mówiąc już o reszcie dzieł - wróciły dziś do Kairu, tamtejsi muzealnicy nie poradziliby sobie. Nie mają bowiem ani warunków lokalowych, ani tylu wykwalifikowanych ludzi, by nie tylko przechowywać te eksponaty, ale też prezentować je publiczności i konserwować. Często lepiej jest zachować eksponaty w muzeum poza granicami kraju, a jedynie konsultować ich los z krajem macierzystym. W Warszawie zrobiliśmy tak w przypadku słynnych sudańskich fresków z Faras. Połowa fresków z tamtejszej katedry znajduje się w naszym Muzeum Narodowym, ale ich konserwacja konsultowana jest z muzealnikami z Sudanu.

Tak jak wspominałem, trzeba przyglądać się każdemu przypadkowi z osobna. Od pewnego czasu muzealnicy patrzą na dzieła sztuki dużo szerzej, na przykład od strony wartości religijnej, o której już mówiliśmy. Czasem trzeba po prostu zdecydować, kogo racja jest większa. Jeśli w muzeum stoi filiżanka, która dla jakiejś rodziny jest bezcenną, jedyną pamiątką po prababci, może warto zrezygnować z kolejnego fajansu. Ale gdy ta filiżanka okazuje się jedynym przykładem twórczości ważnego artysty, warto przekonać rodzinę, by poświęciła się dla kultury. Tym bardziej że przecież rodzinna pamiątka trafia pod opiekę fachowców.

W Muzeum Londyńskim, którego jestem dyrektorem, mamy około 17 tysięcy szczątków ludzi. Innymi słowy 17 tysięcy trupów londyńczyków z różnych epok, z którymi nie do końca wiadomo, co zrobić. Pochować? Ale które, gdzie, jak? Przechowywać w muzeum? Studiować szczątki? To gigantyczna inwestycja. Ale nawet jeśli uda się zdobyć na nią pieniądze, to czy warto? Bo co nowego mamy szansę się dowiedzieć? To pytania, na które musimy odpowiadać sobie każdego dnia.

@RY1@i02/2010/074/i02.2010.074.000.0019.001.jpg@RY2@

Fot. Polaris/Fotolink

Splądrowane Muzeum Narodowe w Bagdadzie, kwiecień 2003 r.

@RY1@i02/2010/074/i02.2010.074.000.0019.002.jpg@RY2@

Fot. Rafał Guz/Fotorzepa

Jack Lohman, Brytyjczyk polskiego pochodzenia. Dyrektor Muzeum Londyńskiego (największego muzeum miejskiego na świecie), przewodniczący Międzynarodowej Rady Muzeów Wielkiej Brytanii, przewodniczący rady powierniczej przy Muzeum Narodowym w Warszawie, współpracownik UNESCO

, Brytyjczyk polskiego pochodzenia. Dyrektor Muzeum Londyńskiego (największego muzeum miejskiego na świecie), przewodniczący Międzynarodowej Rady Muzeów Wielkiej Brytanii, przewodniczący rady powierniczej przy Muzeum Narodowym w Warszawie, współpracownik UNESCO

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.