Jazzowy western i hołd dla muzyki klezmerskiej
Polska muzyka może być sklejona z cytatów, a zarazem oryginalna i poważna. Wystarczy posłuchać nowych płyt Mitch & Mitch oraz Cukunftu.
"XXII Century Sound Pioneers" 9-osobowego combo Mitch&Mitch pokazuje, że choć to wariaci, to najzupełniej świadomi jakości swojego wirtuozerskiego rzemiosła. Ich dokonania są zarazem eklektyczne i autoironiczne - a to rzadkie połączenie na polskim gruncie. Z kolei dwupłytowy album "Itstikeyt/Fargangenheit" Cukunftu przeczy ustalonym wyobrażeniom o muzyce klezmerskiej, która dziś w Polsce funkcjonuje jak kulturowy skansen.
Na płycie Cukunftu motywy z pieśni Żydów sefardyjskich przenikają się z wpływami kultury chasydzkiej, a wszystko spina żałobne brzmienie klarnetów (Paweł Szamburski, Michał Górczyński) i gitary elektrycznej (Raphael Rogiński). Uwspółcześnienie muzyki żydowskiej na siłę nie było jednak celem Rogińskiego. "Itstikeyt/Fargangenheit" (czyli teraźniejszość/przeszłość w jidysz) to koncept-album, którego brzmienie opiera się wprawdzie na tradycji, ale pokazanej bez stylistycznych przebieranek.
Pierwszy krążek albumu to rzeczony Itstikeyt - czyli to, co jest teraz. Zapis zeszłorocznego koncertu Cukunftu w poznańskim klubie Dragon jest imponującym improwizacyjnym korowodem brzmień z pogranicza free jazzu i żydowskiej muzyki rozrywkowej. I mimo niedoskonałości nagrania jest to jedna z najlepszych polskich płyt, jakie ostatnio się ukazały. Hipnotyczne improwizacje tworzą coś w rodzaju magicznego, wciągającego kręgu brzmień, w którym żydowska muzyka zyskuje drugie, lepsze życie.
Druga płyta zestawu, zatytułowana "Fargangenheit", to rodzaj refleksji o świecie, którego już nie ma. Świadczy o tym wybór pieśni legendarnych twórców żydowskich, teksty i wybitne ich interpretacje. To dokument studyjnej działalności Cukunftu w latach 2004 - 2006, ale brzmi jak spoista, cudownie wzruszająca opowieść o Żydach. Kameralny, lekko bluesowy akompaniament gitary Rogińskiego kreśli perspektywę dla tego albumu i dla samego Cukunftu - eksperymentu, w którym awangarda spotyka muzyczną tradycję i próbuje ją inteligentnie oswoić. Rogiński spróbował zawalczyć z zakurzonym wykonawstwem klasyki już w zeszłym roku, wydając płytę "Bach Bleach". Tu prezentuje podobne podejście, w którym cisza, szum, delikatne zawieszenie frazy mają wartość równą melodii. Muzykom grającym w sposób najzupełniej współczesny fenomenalnie udaje się wyważyć emocje między dwiema różnymi epokami. To walka wyobraźni z konwencją, w wyniku której ckliwa elegancja przedwojennych piosenek przywołuje obraz tej muzyki, jaką mogłaby być dziś. Niebagatelne znaczenie mają tu studia nad orientalną muzyką najnowszą i projekty, którym sporo czasu poświęca Rogiński. Jeden z najwybitniejszych polskich gitarzystów jest zaprzeczeniem akademickich podziałów na artystów klasycznie kształconych i awangardowych naturszczyków.
W tym momencie Cukunft spotyka się z Mitch & Mitch, zespołem, który właśnie błysnął płytą "XXII Century Sound Pioneers". Najpierw trzeba zastrzec, że wszystko, co przeczytacie o nich we wkładce do tego krążka, jest nieprawdą, więc się tym nie zajmujcie. No może poza tym, że rzeczywiście wkraczają, jak sami o sobie piszą, na "obszar niezbadanych muzycznych poszukiwań", lecz w nieco innym sensie. Bo to pierwszy polski zespół, który gra, jakby nie chciał być rozpoznany. Dzięki tej transparencji niemożliwe staje się wyśledzenie, kiedy Mitch & Mitch przestają być inspirowani, a zaczynają być oryginalni. I to właśnie jest najfajniejsze.
Fanom jazzu będzie płyta pobrzmiewać filmworksami Johna Zorna i późniejszymi płytami Milesa Davisa. Jednak "XXII Century Sound Pioneers" to ważne osiągnięcie w polskiej muzyce. Utwory kipią od pomysłów i melodii, a każda jest jak odrębna ilustracja westernu czy kina sensacyjnego. Mitch & Mitch uciekają w błyskotliwą improwizację, która jednak nie odbiera uroku kompozycjom, lekko stylizowanym na orientalne melodie lub utrzymanym w estetyce muzyki rozrywkowej i jazzu lat 60. i 70.
Gdzie wielkość tej płyty? W umiejętności grania konwencjami. Mitch & Mitch w przewrotny sposób wracają do dobrej tradycji, do polskiej szkoły kompozycji sprzed bez mała pół wieku, która do dziś pozostawała bez następców. I udowadniają, podobnie jak Cukunft, że jak się zbierze grupa świetnych muzyków, to muzykę do wesela i do kotleta też można wynieść na ołtarze. Oczywiście - z szacunkiem dla ołtarzy.
@RY1@i02/2010/037/i02.2010.037.000.016a.001.jpg@RY2@
Fot. Rafal Nowakowski
Mitch & Mitch - koncertowy żywioł i inteligentna zabawa
Anna Gromnicka
anna.gromnicka@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu