W świecie bez moralności wszyscy jesteśmy zdrajcami
Pokusa, by zdarzenia z najnowszego filmu Romana Polańskiego odnosić do wypadków, jakie dotknęły go ostatnio, jest zrozumiała. Najważniejsze jednak, że "Autor widmo" to robota mistrza, który o swym fachu wie wszystko.
Krytycy spierają się, czy stawiać "Autora widmo" w rzędzie tych najwybitniejszych dzieł polskiego reżysera, czy znaleźć mu jednak miejsce półkę niżej, przy takim, powiedzmy, "Franticu". Przy całym swym zachwycie stwierdzam, że to mało ważne. Liczy się to, że Polański wytrzymał presję. Nie tą związaną z aresztowaniem i kończeniem filmu z aresztu domowego - w opowieściach na ten temat było źdźbło prawdy, a prześcigały się w nich głównie tabloidy. Autor "Noża w wodzie" udowodnił coś więcej. Mianowicie to, że w świecie płynnych i zmieniających się zależnie od mód hierarchii filmowego świata on pozostaje punktem stałym. Jednym z niewielu mistrzów, którzy reguły kina gatunków łączą idealnie z ogarniającą dużo więcej metaforą.
Kolejne dzieła Polańskiego wątpliwości budzą przede wszystkim nad Wisłą. Pamiętam pierwsze reakcję na "Pianistę". Gremialne wzruszanie ramionami, zarzuty o akademickość, załamywanie rąk, że twórca "Matni" to już reżyser o stępionym pazurze. Trzeba było Złotej Palmy w Cannes, a potem trzech Oscarów, aby i polscy krytycy dostrzegli wreszcie arcydzieło.
"Autor widmo" to rzecz o znacznie mniejszym ciężarze gatunkowym, co w najmniejszym jednak stopniu nie odbiera frajdy z seansu. Fabułę, wiernie opartą na powieści Roberta Harrisa, opisywano wielokrotnie, więc wystarczy jej zarys. Oto młody pisarz (życiowa rola Ewana McGregora) zostaje wynajęty jako ghostwriter byłego premiera Wielkiej Brytanii Adama Langa (ironiczny jak trzeba Pierce Brosnan). Zaproszenie do przeszklonej willi polityka na wyspie gdzieś nieopodal wschodniego wybrzeża USA okaże się dla wciąż jeszcze naiwnego idealisty pułapką bez wyjścia.
Powraca zatem Polański do motywów i filmowego nastroju, w których od lat czuje się najmocniejszy i zapewne jest najmocniejszy na świecie. Podobny klimat pamiętamy przecież z "Matni", a przeniesiony w realia wielkiego miasta także z "Chinatown", w jakimś stopniu z "Lokatora", a na pewno "Frantica". Polański w "Autorze widmo" proponuje w istocie przewrotną opowieść inicjacyjną. Tyle że owa inicjacja bohatera dotyczy wejścia w zdeprawowany świat. Wszystko ulega w nim degradacji, nie ma co wierzyć w państwo i jego instytucje, jedne kraje prowadzą politykę podległą innym. Zdrada jest normą - albo to zaakceptujesz, albo zginiesz.
Klasa nowego filmu Polańskiego nie polega jednak wyłącznie na celności odautorskiego przesłania. To prawda, "Autora widmo" ogląda się jak "Frantic" do kwadratu także dlatego, że gangsterskie potyczki zastąpiła w nim szpiegowska intryga. Jeszcze ciekawsze zdaje się to, jak Polański panuje nad machiną swego dzieła i do czego koniec końców mu ona służy. Film ten właściwie pozbawiony jest jaśniejszych barw, zdjęcia Pawła Edelmana tak doskonale oddają chłód i nieustanny deszcz na wyspie, że aż w sali kinowej robi się zimno. Muzyka Alexandre’a Desplata fantastycznie stopniuje napięcie i usypia czujność. Każde ujęcie i detal znajduje swe uzasadnienie.
Wszystko to jednak służy Polańskiemu do zbudowania na ekranie świata jak z Kafki. Pętla na szyi zacieśnia się, dobrzy nie mają szans na nic. Ukryta pod sztafażem thrillera gorycz sprawia, że to coś więcej niż czcza rozrywka. Nawet jeśli Polański nie zrobił z "Autora widmo" nowego "Chinatown".
@RY1@i02/2010/034/i02.2010.034.000.015b.001.jpg@RY2@
Fot. Forum/Film
Pierce Brosnan i Ewan McGregor w "Autorze widmo"
Jacek Wakar
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu