Bezpieczna melancholia Emmanuelle Seigner
Solowy album Emmanuelle Seigner nie ma przebojowości nagrań Charlotte Gainsbourg, ale jest kolejną płytą potwierdzającą dobrą formę francuskiej piosenki.
"Dingue" to nie "IRM" Gainsbourg i Becka zdobywająca szturmem światowe listy przebojów, a Seigner, choć próbuje odczarować wizerunek pustej gwiazdeczki i żony wybitnego reżysera, nie do końca jest w tym konsekwentna. Choćby dlatego, że Roman Polański pojawia się na tej płycie - w duecie z Emmanuelle w "Qui Etes-Vous", przedostatnim utworze z "Dingue", a także symbolicznie jako duchowy mistrz aktorki.
Jego metaforyczny patronat nad "Dingue" tym silniej akcentuje wyciągnięta po latach sprawa gwałtu na nieletniej i aresztowania Polańskiego. Reżyser przebywa obecnie w areszcie domowym i toczy walkę z amerykańskim systemem sprawiedliwości, Emmanuelle wydaje niezłą solową płytę - sympatia opinii publicznej na pewno przeważy ku kontrowersyjnej parze. Seigner chce więc być muzą w dawnym znaczeniu i zwraca się ku wybitnemu reżyserowi, swemu mężowi.
Jednak na ten album można spojrzeć inaczej. Po pierwsze jest to próba przywrócenia świetności muzyce francuskiej, tej spod znaku kina i śpiewających gwiazd lat 60. i 70. "Alone A Barcelone" to nawiązanie do francuskiej Nowej Fali i lekkich, bezpretensjonalnych brzmień retro z czasów, gdy reżyserzy tacy jak Jean-Luc Godard czy Claude Lelouche w świetnym stylu podbijali Europę i Amerykę.
Zdecydowanie najciekawszy na płycie duet Seigner i Iggy’ego Popa "La Derniere Plui" to odległy cytat z wielkich dwugłosów, jak piosenki Serge’a Gainsbourga z Jane Birkin czy Brigitte Bardot, które były awangardą francuskiej muzyki rozrywkowej swojego czasu. Air, uznani kontynuatorzy popu symfonicznego, któremu początek dał Serge Gainsbourg, nie powstydziliby się tego duetu na swoim albumie. Zresztą piosenka z Iggym Popem została interesująco zaaranżowana: intymne szepty mieszają się w niej z dyskretnymi, elektronicznymi podkładami i poszumami. To jakby nieśmiałe spotkanie w pół drogi dawnej Charlotte Gainsbourg, jeszcze z płyty "5.55", nagranej wespół z AIR, Jarvisem Cockerem i Neilem Hannonem, i tej ostatniej Charlotte, z "IRM". Na "Dingue" jest więcej takich zaskakujących smaczków (choćby świetnie zorkiestrowany ostatni utwór "Autant S’Aimer Autant").
Ogólne wrażenie - miłej uchu senności, stylowości i bezpretensjonalności - psuje monotonia, wkradająca się tu w okolicach "Jamais D’Autres Que Moi", czwartego numeru albumu. W połowie też częściej słychać, że brak tu wybitnych pomysłów na piosenki, tak samo jak brak Emmanuelle głosu. Ale nie szkodzi, bo aktorka nadrabia na "Dingue" wysmakowaną, delikatną stylistyką "Femme Fatale" i utworu tytułowego.
Słychać tu całą masę i tych oczywistych, i mniej wychwytywalnych inspiracji z żelaznego kanonu francuskiej muzyki, jak piosenki Jacques’a Brela albo Yanna Tiersena, nagrania wybitnego przedstawiciela paryskiej alternatywy Dominique’a A, niektóre solowe utwory Jarvisa Cockera czy odnoszącej sukcesy innej aktorki Vanessy Paradis.
Pierwszy solowy album Seigner, choć wtórny muzycznie i bezpieczny, nie jest więc porażką artystyczną, a na pewno jest lepszą propozycją niż wcześniejsze dokonania Emmanuelle z rockową grupą Ultra Orange. To przemyślana i nieźle zaaranżowana płyta dla tych, którzy wciąż mają nadzieję na to, że francuska piosenka jeszcze się nie skończyła.
@RY1@i02/2010/034/i02.2010.034.000.016b.001.jpg@RY2@
Fot. Yaniv Edry-Sony Music
Seigner inspiruje się m.in. twórczością Brela i Tiersena
@RY1@i02/2010/034/i02.2010.034.000.016b.002.jpg@RY2@
"Dingue" Emmanuelle Seigner
Columbia/Sony Music 2010
Anna Gromnicka
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu