Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Jeśli chodzi o Kościół, to nie mam grzechów na sumieniu

Ten tekst przeczytasz w 11 minut

Adam Olkowicz, dyrektor spółki Euro 2012 Polska, mówi o przyjaźni z Surkisem, przeszłości w PZPR i pracy w wydziale do spraw wyznań

Spółkę Euro 2012 Polska, którą kieruje Adam Olkowicz, w niedzielę czeka pierwszy poważny sprawdzian - losowanie grup eliminacyjnych mistrzostw Europy w Warszawie. Do Sali Kongresowej w Pałacu Kultury i Nauki zjadą się piłkarskie VIP-y z całego kontynentu z prezydentem UEFA Michelem Platinim na czele. Dla gości ceremonii zarezerwowano 1000 miejsc w pięciu hotelach. Do ich dyspozycji oddano 70 pojazdów - limuzyn, samochodów i autokarów. Przy organizacji imprezy pomagać będzie 165 wolontariuszy z 10 państw. Transmisję z losowania zobaczą widzowie w 100 krajach. W Warszawie pojawią się przedstawiciele 53 europejskich federacji piłkarskich, wśród nich takie sławy, jak wielcy trenerzy: Fabio Capello, Marcello Lippi, Guus Hiddink czy Vicente del Bosque. W roli sierotek losujących grupy eliminacyjne będą dawne sławy piłkarskie Polski i Ukrainy - Zbigniew Boniek, Andrzej Szarmach, Oleg Błochin i Andrij Szewczenko.

Całą tę gigantyczną akcję logistyczną przygotowało 30 pracowników spółki Olkowicza przy pomocy ludzi z UEFA.

13 maja 2002 r. zmarł nagle ówczesny trener reprezentacji Ukrainy i Dynama Kijów Walery Wasiliewicz Łobanowski. Następnego dnia zadzwonił do mnie Michał Listkiewicz i pyta, czy nie pojechałbym na pogrzeb. Moje kontakty z krajami Wschodu, studia w Moskwie, znajomość obyczajów i języków tamtego regionu spowodowały, że pojechałem. Nawet mogę powiedzieć, że dostąpiłem zaszczytu - jako jedyny przedstawiciel gości zagranicznych - przemawiania nad otwartą trumną. Walery Wasiliewicz to ikona piłki ukraińskiej, a także radzieckiej. Był taki czas, kiedy jednocześnie trenował Dynamo i reprezentację ZSRR, składającą się wówczas z dziewięciu zawodników klubu z Kijowa oraz bramkarza Spartaka Moskwa Rinata Dasajewa i pomocnika Siergieja Alejnikowa z Mińska. Na mistrzostwach świata w Meksyku grali: Błochin, Biełanow, Zawarow, Biessonow, Kuźniecow, Rac, wymieniam niektórych najlepszych z tej słynnej drużyny. Pogrzeb ich trenera był wielką manifestacją narodowych uczuć. Przed trumną, która była wystawiona na stadionie Dynama przez sześć godzin, przeszło około 300 tysięcy mieszkańców Kijowa i całego kraju, którzy chcieli mu oddać hołd. Nawet nie wolno było stawać. Trumna była otwarta i szło się dalej, dalej, dalej. Rok później zorganizowano pierwszy Memoriał poświęcony pamięci Łobanowskiego z udziałem CSKA i Lokomotiwu z Moskwy oraz Szachtara Donieck i Dynama Kijów. Połączony był z odsłonięciem dwóch pomników Łobanowskiego - przed stadionem Dynama, który następnego dnia po śmierci otrzymał jego imię - a drugiego na cmentarzu Bajkowskim, gdzie chowani są najbardziej zasłużeni ludzie Ukrainy. Jestem w Kijowie i Grisza Surkis mówi: Adam, a co ty byś powiedział na to, jakbyśmy spróbowali wystartować o prawo organizacji mistrzostw Europy. Pytam go: Grisza, czy ty coś piłeś?

Ma pewne kłopoty ze zdrowiem i pije bardzo rzadko. A wtedy powiedział mi: "No co ty? Nie!". Odpowiadam: "Grisza, ja to przyjmuję, ale muszę porozmawiać z Miszą". Przychodzę po powrocie do Listkiewicza i mówię mu, że Grisza rzucił taką ideę. "Adam to jest science fiction" - taka była jego pierwsza reakcja. Ja mówię: "No dobra, może się tak wydawać, ale co mamy do stracenia? Najwyżej nie dostaniemy tego prawa". Potem Michał rzucił coś w stylu: "Dobra, jak przyniosłeś taką wieść, to się tym zajmij".

I to jak! A my po dwóch tygodniach oddzwoniliśmy na Ukrainę i powiedzieliśmy, że próbujemy. We wrześniu 2003 r. we Lwowie odbyło się pierwsze w historii posiedzenie zarządu PZPN poza granicami kraju. Jechaliśmy autokarem przez fatalne wówczas przejście graniczne Hrebenne - Rawa Ruska, przez moją Lubelszczyznę. Był taki tłok na granicy, że musiałem wyjść z autokaru i prosić znajomych ze Straży Granicznej, żeby pozwolili nam przejechać poza kolejką. To był prawdziwy meksyk, kwitł wtedy handel wymienny, ludzie na tych terenach żyli z granicy. I tę uchwałę o podjęciu działań na rzecz uzyskania prawa organizacji finałowego turnieju głosowaliśmy w autobusie na polskiej stronie. Był z nami świętej pamięci Kazimierz Górski, lwowianin mieszkający przed wojną na ulicy Gródeckiej, który następnego dnia w naszej obecności otrzymał tytuł honorowego obywatela miasta Lwowa. Następnego dnia było również wspólne posiedzenie zarządu PZPN i tzw. Ispołkomu, czyli władz federacji piłkarskiej Ukrainy, i my wtedy jeszcze raz podnieśliśmy ręce, żeby potwierdzić naszym partnerom, że jesteśmy za.

Czułem, że mogę uczestniczyć w czymś wyjątkowym. Że jest to wielkie wyzwanie i jeszcze większa szansa dla nas wszystkich. Miałem inny stosunek niż większość, bo pomysł wyszedł od Griszy, którego znałem jako człowieka poważnego, który po transformacji na Ukrainie potrafił się znakomicie odnaleźć. Był wówczas deputowanym przez kilka kadencji, był w grupie ukraińskiego parlamentu ds. współpracy z Unią Europejską i wreszcie był w grupie osób, których majątki liczyły się na Ukrainie i nadal się liczą.

Wtedy te wpływy zdobywał także taką ideą jak walka o prawo organizacji Euro. Surkis był wówczas prezydentem federacji futbolu Ukrainy wybranym na pierwszą kadencję. W 2004 r. wybrano go na drugą. W 2008 r. na trzecią, która do tej pory była czteroletnia, ale wówczas ze względu na organizację mistrzostw Europy zmieniono statut i obecna kadencja trwa pięć lat, żeby ta władza mogła przygotować, przeprowadzić i rozliczyć się z organizacji Euro 2012. Widziałem, jak rósł, jak rosło znaczenie jego i Ukrainy w europejskim futbolu. Jeśli chodzi o udział we władzach UEFA, to w międzyczasie został najpierw dokooptowanym do składu Komitetu Wykonawczego, a od 2007 r. jest jego pełnoprawnym członkiem.

Poznaliśmy się w roku 2000 przy okazji przygotowań do meczu eliminacyjnego mistrzostw świata 2002, który graliśmy z Ukrainą w Kijowie. Wygraliśmy 3:1, a trenerem był wtedy Jurek Engel. Byłem w grupie, która miała przygotować pobyt reprezentacji w Kijowie - transport, hotel, miejsce do treningu, autokary itp. A więc w przeddzień meczu drużyn narodowych był mecz młodzieżówek, zremisowaliśmy 2:2, w ostatniej minucie straciliśmy bramkę, a na treningu Wasilewski huknął głową w nos Golańskiego tak, że pół nocy jeździliśmy po klinikach. W końcu znaleźliśmy prywatną lecznicę, w której ten nos nastawili. Przed tym meczem padł pomysł, żeby ktoś zrobił spikerkę dla Polaków, których było sporo na meczu. Zgodziłem się. Po meczu podchodzili ludzie i żartowali, że będą chodzić na mecze, jak będę komentował. Podszedł także do mnie Grisza i mówi: "Adam, a co by było, gdybyś poprowadził jutro spikerkę na meczu pierwszych reprezentacji z udziałem Kuczmy i innych władz?". Poszedłem do Michała i mówię, że jest taka propozycja - powiedział, że warto to wziąć. Tak się poznaliśmy. Prowadziłem spikerkę na stadionie NSK Olimpijski w zwycięskim meczu dla nas. Robiłem to tak, że mimo porażki nie mieli do mnie żalu. Później spotykaliśmy się z Grigorijem przy okazji różnych spotkań. Z chwilą gdy się dogadaliśmy, że startujemy w Euro, odbywały się regularnie konsultacje w Polsce i na Ukrainie, gdzie poznawaliśmy się coraz lepiej.

Też. Może wam pokażę, ile mam telefonów do Surkisa - nie to, że chcę się chwalić, ale patrzcie - Surkis, Grisza1, Grisza2... W sumie siedem numerów. Znam brata, żonę.

Każdy ma prawo wyboru światopoglądu. Nikt nie może mi zarzucić, że moje działanie, skala wartości, jaką wyznaję, jest niewłaściwa. Od wielu pokoleń przodkowie mieszkali na Lubelszczyźnie, a że korzenie mojej rodziny z tamtych stron i tak mi się życie ułożyło, że studiowałem w Moskwie - cóż w tym ma być złego?

Popatrzmy na wiele gałęzi polskiej nauki, ekonomii czy na wojsko. W tym okresie prostym ludziom trudno było gdziekolwiek indziej studiować. Kogo stać było, żeby opłacić naukę na renomowanych zachodnich uniwersytetach? Te studia odbywały się w innym systemie. To, że znam kraj, mentalność tych ludzi, stosunki tam panujące i, mówiąc nieskromnie, jestem tam akceptowany, okazało się moim atutem. Nie tylko dla mnie, ale też dla sprawy, za którą przyszło mi odpowiadać. Jeśli rozmawiasz z kimś i cytujesz słowa piosenek, dyskutujesz na temat literatury, o pewnych faktach z historii, to może łatwiej naleźć wspólny język, zdobyć zaufanie i być uznanym za normalnego partnera.

Powiem szczerze - dzisiaj mamy takie dziennikarstwo, jakie mamy. Nie wstydzę się żadnego dnia swojego działania ani tego, że mam serce po lewej stronie.

Wiara. Takie pytanie można zadać wszystkim, którzy wówczas żyli w naszym kraju. Inną rzeczą jest sprawa wiary, życia w warunkach tamtego ustroju, inną jest aktywność, a jeszcze inną służalczość. Proszę zwrócić uwagę, ile osób dokonało publicznej zmiany poglądów w sytuacji, gdy stała się ona możliwa. Czy mamy ich za to potępiać? Zostawmy to ich sumieniom.

Moja aktywność zawsze była zauważalna i cieszę się, że jestem aktywny do tej pory. Działałem w kółku ministranckim, potem w organizacjach młodzieżowych, związkowych, w strukturach politycznych i nigdy się tego nie wypieram. I raz na zawsze oświadczam, że jest - przepraszam za wyrażenie - plugawym kłamstwem nazywanie mnie komuchem czy też mówienie o mojej walce z Kościołem. Ja okresowo pracowałem jako dyrektor do spraw wyznań w normalnej państwowej administracji. I to na szczęście w okresie, kiedy państwo uświadomiło sobie, jak wielką siłą jest Kościół i że należy traktować się po partnersku. To już były lata 80. Polska się zaczynała zmieniać. Moja praca polegała wówczas na nawiązywaniu dialogu na poziomie diecezji, do której należał teren województwa, bo wiadomo, że podział administracyjny Kościoła rzymskokatolickiego jest inny. To ja pozytywnie opiniowałem decyzje w sprawach budowy świątyń, których wznoszenie było wówczas dla kościoła bardzo ważne.

Właśnie, że nie! Nie powiem, że kościoły powstawały dzięki mnie, bo to wierni finansowali budowy. Ale my pomagaliśmy zdobywać trudno dostępne wówczas materiały budowlane, a wcześniej wydawałem pozytywne decyzje w sprawach budowy obiektów sakralnych i kościelnych. Przecież prawo budowlane musi obowiązywać wszystkie podmioty działające w tym kraju. Czy rząd buduje, czy Kościół, czy osoba fizyczna, to musi zgodnie z prawem uzyskać pozwolenie na budowę. Wydałem na terenie małego województwa bialskopodlaskiego - bo ja wtedy mieszkałem w Białej Podlaskiej - kilkanaście zgód na budowę naprawdę dużych kościołów oraz znacznie więcej na mniejsze obiekty sakralne - czyli kaplice, a także dużą liczbę domów parafialnych. Miałem wpływ na to, że wierni wznosili nowe świątynie, na poprawę warunków życia proboszczów, wikariuszy, ludzi Kościoła działających w danej parafii.

Nigdy. Traktowałem ich jako przedstawicieli hierarchii Kościoła rzymskokatolickiego. Na terenie mojego województwa oficjalnie funkcjonowało siedem Kościołów i związków wyznaniowych. Prowadziłem dialog z przedstawicielami wszystkich innych wyznań i Kościołów, bo uznawałem to za swoją powinność. Oni też mieli swoje problemy. Oczywiście nie mieli tej skali oczekiwań, ponieważ liczba wiernych była relatywnie mniejsza. Ale również budowali swoje świątynie.

Trzeba spytać o to moich przełożonych. Ale powiem szczerze, miałem dowody partnerskiego traktowania mojej osoby. Poza oczywiście kurtuazyjną wymianą życzeń świątecznych czy noworocznych. A w okresie mojej pracy na tym stanowisku odwiedzali mnie przedstawiciele różnych wyznań i zakonów, ponieważ to świadczyło o nawiązywanym dialogu. A kto wtedy w Polsce pozwoliłby sobie na wprowadzenie jakichś zakazów. Przypomnę, to już były lata 80. Za czasów PRL były różne okresy. Byli księża prześladowani, ale wielu miało do władzy określony stosunek. Określony. Nie będę mówił, na ile Kościół szacuje szeregi współpracujących z ówczesną władzą. Później media ciągle strzelały nazwiskami. Oświadczam, że jeśli chodzi o Kościół, to nie mam żadnych grzechów na sumieniu. I mówię to z głębi moich religijnych przekonań.

Pytanie o pojęcie wiary ma bardzo różne znaczenia. Jeżeli czytamy w statystykach: "jest u nas około 95 proc. katolików", to zapytajmy, dlaczego mimo deklaracji postępowania zgodnie z kanonami tej wiary dzieje się tyle niegodziwości? Co jest miarą wiary? Osobista rozmowa ze Stwórcą, wyznawanie katolickiego systemu wartości i postępowanie zgodnie z nim, czy mniej lub bardziej ostentacyjne pokazywanie się na uroczystościach religijnych bądź mówienie o tym? Zostawmy to każdemu z nas. Nie mam sobie nic do zarzucenia i w takiej postawie chcę trwać.

To nie była zła epoka i nie działałem przeciw. Co ja komu złego zrobiłem? Czy ja namawiałem do czegoś złego? Działałem na rzecz ruchu młodzieżowego, budowy mieszkań patronackich, rozwijania zainteresowań szeroko pojęta kulturą. Opozycji w organizacjach młodzieżowych nie zwalczałem. Mieliśmy swoją świadomość, chodziliśmy do kościoła. Ale chciało się być w ZMS-ie, bo były fajne wyjazdy, wycieczki, nawet do demoludów. A to też było wtedy sympatyczne. Taki mieliśmy horyzont, przestrzeń życiową do wypełnienia. Później pojawiały się też wycieczki na Zachód i też najpierw wyjeżdżali np. członkowie organizacji młodzieżowych. My mieliśmy swoje biura turystyki zagranicznej - studencki Almatur, ZMS-owski Juventur - i one nam organizowały te wycieczki.

Ja też nie miałem paszportu w domu, leżały one tam, gdzie leżały. A z tymi możliwościami to w porównaniu z innymi krajami ówczesnego obozu - nie było u nas tak źle.

Nie miałem. I proszę ze mnie nie żartować. Uważam, że większość ludzi żyło normalnie, starało się być na tamte czasy przyzwoitymi. Państwo miało swoją doktrynę i obowiązywała ona wszystkie służby i urzędy. Ale była też ogromna sfera prywatna. Kościoły były pełne wiernych i nie sądzę, żeby z tego powodu były jakieś wielkie szykany. Uznawano po prostu znaczenie tej wiary.

Od dzieciństwa. Kto nie kopał kiedyś piłki? Szkołę średnią kończyłem w Warszawie. Moim nauczycielem WF był ojciec Jacka Wszoły - pan Roman. Trenowaliśmy na Agrykoli, a on był trenerem lekkiej atletyki, więc uczestniczyliśmy we wszystkich czwartkach lekkoatletycznych. Coś podobno we mnie widział (śmiech). Ale graliśmy też w piłkę. Potem wracałem do swojego rodzinnego Stoczka Łukowskiego, gdzie dojeżdżałem na mecze i nawet miałem taki epizod w wieku dwudziestu paru lat, że jednocześnie byłem prezesem klubu LKS Dwernicki Stoczek i kapitanem tej piłkarskiej drużyny. A jak przeniosłem się do Lublina, to po raz pierwszy wiceprezesem LZPN zostałem w latach 70. Z przerwami jestem do dzisiaj, cały czas ta działalność daje mi satysfakcję. W latach 70. byłem członkiem komisji młodzieżowej w PZPN, a od ponad 10 lat jestem członkiem zarządu PZPN. Od blisko siedmiu lat mam zaszczyt kierować w PZPN-ie przygotowaniami do Euro 2012.

@RY1@i02/2010/025/i02.2010.025.186.0004.001.jpg@RY2@

Fot. Rafał Siderski

Adam Olkowicz jest najważniejszą osobą w komitecie organizacyjnym Euro 2012 w Polsce

dyrektor spółki Euro 2012 Polska, wiceprezes PZPN

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.