Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Bokserzy też płaczą. Szkoda, że nie wprost z trzewi

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

Reżyser zademonstrował warsztatową sprawność, swobodę poruszania się po gatunkowych ścieżkach i naginania ich do własnej wizji. Ale nie jest to film spełniony - jakby zawrócony w połowie drogi z autorskiego zamysłu przełamania konwencji na powrót ku gatunkowym uproszczeniom.

Nagradzana od Krakowa i Wrześni po Monachium i Nowy Jork etiuda Wrony "Człowiek magnes" (2001) zwiastowała pojawienie się w naszym kinie reżysera nieszablonowego, w pełni ukształtowanego, świadomego formy, warsztatu i języka. Na dorosły debiut Wrona czekał długo. Być może za długo, bo w "Mojej krwi" czuje się jednak konceptualną sztuczność.

Pod względem formalnym "Mojej krwi" trudno cokolwiek zarzucić. Wrona konstruuje film z warsztatowym rozmachem. Montażowymi sztuczkami, dosadnością obrazów, rozgrywaniem klisz mocnego męskiego kina rozmiękczanych stopniowo przez kobiecą perspektywę. Efektownie to wygląda, choć momentami też niepotrzebnie efekciarsko, jakby chciał podkręcić, podrasować dość w sumie schematyczną, choć nieoczywistą bajkę z repertuaru amerykańskich archetypów przeszczepionych w polskie realia.

Opowiada zatem Wrona historię, która składa się w zbrutalizowany melodramat. Oto bokser Igor (Lubos), który musi zakończyć karierę, nagle uświadamia sobie otaczającą go pustkę. Boks to wszystko, co miał - to walka dawała mu poczucie bycia kimś - człowiekiem, mężczyzną. Definiowała samczy etos, w którym się pogrążył. Teraz Igor obsesyjnie pragnie swoje życie czymś wypełnić. Pozostawić po sobie jakiś trwały ślad, zadośćuczynić męskiemu kodeksowi, a przy okazji odkupić dawne grzechy. Poznanej przypadkowo Wietnamce pracującej nielegalnie na Stadionie Dziesięciolecia proponuje małżeński kontrakt: da jej obywatelstwo, jeśli ona urodzi mu dziecko, najlepiej syna. Lubos jako macho wypada wręcz modelowo, jest od początku do końca przekonujący. Wszystko, co niemęskie, odrzuca, przekuwa w agresję - poczucie klęski zalewa wódką, głód uczuć rekompensuje brutalnym seksem.

Eksponuje więc Wrona na ekranie szowinistyczny katalog w dosadnych, brutalnych, ostrych scenach zamienianych z czasem w antytezy. Bo też tak naprawdę jest ten film manifestem kapitulacji męskich wzorców. Odbywające się na ekranie rozmiękczanie twardziela zamienia się w krzyk rozpaczy. Archetypiczna męskość się zdewaluowała. Tyle że nie bardzo wiadomo, czym ją zastąpić. Maczystowskie mity i rytuały się skompromitowały, nikt po nich nie płacze, trzeba więc samemu nauczyć się płakać. W roli macho już nawróconego pomysłowo wprowadza Wrona na scenę byłego mistrza świata w kick boxingu Marka Piotrowskiego - z całym bagażem jego osobistej tragedii opowiedzianej przez Jacka Bławuta w "Wojowniku". Ta postać to swego rodzaju memento dla bohatera, jeden z wyraźnych znaków, że gorset męskich stereotypów nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością. Szkoda tylko, że Wrona rozmył to przesłanie w konceptualnych i sentymentalnych kompromisach. Krzyk, by brzmiał autentycznie, musi wyrywać się wprost z trzewi, a nie z przekombinowanych konstrukcji.

Wojciech Kałużyński

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.