Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Przestańmy bać się świata

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

ROZMOWA

Raczej ze zdumieniem obserwowałem, jak wielka była dysproporcja między tym incydentem a reakcją świata. Oto zwykły nieudacznik, żaden tam geniusz strategii czy mózg terrorystycznych operacji, próbuje wysadzić samolot w powietrze. Udowadnia, że praktycznie każdy może obejść system ochrony lotnisk, obnaża jego nieskuteczność. I teraz z powodu tego jednego człowieka ma zmienić się sposób, w jaki podróżuje się na całym świecie. Pojawia się argument za wprowadzeniem nowych bramek skanujących na lotniskach, dalszych kontroli podczas odprawy, kolejnych ingerencji w naszą prywatność. Wystarczy na to spojrzeć chłodnym okiem, by zobaczyć, że ta niewspółmiernie silna reakcja może przynieść szkody większe, niż gdyby pojawiło się jeszcze tysiąc takich zamachowców.

Dla wielu z nas podróż była okazją, by dowiedzieć się czegoś o świecie. Ale teraz zaczyna być traktowana jako jedno z największych niebezpieczeństw, na jakie się narażamy. Niewykluczone, że pewne formy podróżowania po prostu znikną. Mnie samego odstręcza uciążliwość przemieszczania się. Odkąd wprowadzane są coraz to nowe procedury kontroli w przypadku lotów do USA, coraz częściej przed przyjęciem zaproszenia do Ameryki zastanawiam się, czy możliwość wygłoszenia odczytu jest warta godzin przesiedzianych na lotniskach. Mam tylko jedno życie i nie chcę go spędzić, tłumacząc się, dokąd i po co lecę. Powrót do Wielkiej Brytanii z Grenoble, dokąd pojechaliśmy na narty w czasie przerwy świątecznej, był koszmarem. Zazwyczaj krótka podróż tym razem zajęła całe wieki.

Już teraz naukowcy chętniej wezmą udział w wideokonferencji, niż pofatygują się, by podyskutować z kolegami na drugim końcu świata. Powodem nie są pieniądze, lecz to, że jest to bezpieczniejszy sposób. A poza tym korzystniejszy dla środowiska, więc dodatkowo przyczyniamy się do zapobiegnięcia klimatycznej zagładzie, której boimy się na równi z atakiem terrorystycznym. Nie wysyłamy też na wakacje naszych dzieci, bo chcemy je chronić nawet za cenę rezygnacji z przeżycia przez nie czegoś nowego. To tylko dwa przykłady. Ale w taki właśnie sposób coraz bardziej się wycofujemy ze świata. Ograniczamy swoją swobodę podróżowania, ale co dostajemy w zamian? Iluzję bezpieczeństwa.

Drugiego człowieka. Traktujemy go jako zagrożenie dla samego siebie, dla innych ludzi i innych organizmów. Po raz pierwszy od 300 lat maltuzjanizm, teoria przeludnienia sformułowana przez Thomasa Roberta Malthusa, stał się jednym z ważniejszych trendów społecznych. W XIX i XX wieku pogląd, że należy kontrolować przyrost ludności, był podzielany przez nielicznych. Dziś mówią o tym prominentni myśliciele i działacze. I wydaje się, że nie chodzi tylko o dokonywanie kalkulacji, z której wynika, że przy takim tempie przyrostu ludności jednej Ziemi dla nas nie wystarczy. Ma to również związek z tym, co myślimy o ludziach. Bo jeśli ludzie oznaczają problemy, to im ich mniej, tym mniej zmartwień.

Proszę przypomnieć sobie argumenty popierające wojnę z terroryzmem. Nawet jeśli nie znamy wszystkich faktów - jak to było w przypadku broni masowego rażenia w Iraku - nie możemy czekać. Czas nagli, nie możemy zwlekać ani chwili. Wszczynamy wojnę, bo nie możemy ryzykować - obowiązuje zasada przezorności.

W taki sam sposób postępujemy w kwestii ochrony środowiska: nie mamy pewności, nie znamy faktów, ale przyjmujemy, że ryzyko jest tak duże, że musimy działać, zanim umrze ostatni niedźwiedź polarny.

Nie inaczej w przypadku przemocy seksualnej wobec dzieci. W Wielkiej Brytanii miliony obywateli są sprawdzane pod kątem tego, czy nie są pedofilami. Mogę zabrać na mecz piłki nożnej mojego syna, ale jeśli chcę, by towarzyszyli mu jego dwaj przyjaciele, sprawdzi mnie policja. Jeśli chcę zrobić zdjęcie synowi podczas gry, muszę mieć pozwolenie innych rodziców, bo ich pociechy mogą się znaleźć w kadrze. Jakie jest wyjaśnienie? Nie możemy ryzykować, niebezpieczeństwo jest zbyt duże. Te wszystkie zabiegi zasadzają się nie na tym, co wiemy, lecz na tym, czego nie wiemy. Nasz lęk wynika ze spekulacji, domniemywania.

Współczesna kultura odnosi się do przyszłości o wiele podejrzliwiej niż dawniej. Kiedy byłem młody, przyszłość jawiła się jako niepewna, ale dość ekscytująca, pełna możliwości, które można wykorzystać. Dzisiaj przypomina zatrważające wizje rodem z filmów katastroficznych. A skoro ma nas czekać apokalipsa, czyż nie powinniśmy zrobić wszystkiego, by temu zapobiec? Zamiast traktować akty terroryzmu jako fizyczne zagrożenie, jedno z wielu, z jakimi mamy do czynienia, przemieniamy walkę z Al-Kaidą w prawdziwy teatr.

Właśnie skończyłem badania nad lękiem w Europie. Okazało się, że najważniejszymi zmartwieniami nie są terroryzm czy ocieplenie klimatu, lecz kłopoty z pracą, groźba jej utraty, zapewnienie przyszłości dzieciom. Także przestępczość od lat pojawia się w naszych badaniach, jako jedno z ważniejszych źródeł lęku. W Niemczech i Holandii ludzie mają większe niż we Francji poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego, mniej boją się bezrobocia czy straty dachu nad głową. W Wielkiej Brytanii bardziej niż na kontynencie przejmujemy się niebezpieczeństwem ataku terrorystycznego czy skutkami ocieplenia klimatu. Ale wbrew temu, o czym przeczytamy w gazetach, lęki Europejczyków są małe, zwyczajne, wręcz nudne.

Ciekawsze jest pytanie, dlaczego jesteśmy tak nieodporni na wizje zagrożenia. Wydaje mi się, że współcześnie lęk ma bardzo indywidualny charakter, nie dzielimy się nim, nie przeżywamy go wspólnie. W Polsce przed trzydziestu laty ludzie bali się reżimu komunistycznego - to zbliżało ich do siebie. Wcześniej po obu stronach żelaznej kurtyny obawialiśmy się wybuchu wojny jądrowej i to także sprawiało, że byliśmy sobie bliżsi. W latach 30. jednoczył nas lęk przed bezrobociem. A dzisiaj? Jedni boją się pedofilii, inni świńskiej grypy, jeszcze inni przestępców. A kiedy jesteś sam ze swoim lękiem, boisz się jeszcze bardziej.

Cała masa. Robią to ludzie i instytucje, których nazwałbym "fear entrepreneurs", przedsiębiorcami, którzy próbują na zaszczepionym w naszej kulturze lęku zbić majątek. Można nam sprzedać samochód, jeśli zareklamuje się go jako bezpieczny. Można prowadzić kampanię przeciw przemocy, jeśli uwierzymy, że dzięki temu spadnie liczba popełnianych przestępstw. Kupując ubezpieczenie, zatrudniając agencję ochrony, kierujemy się lękiem. Nawet płacąc za ekologiczne torby w supermarketach, dajemy komuś zarabiać na naszym strachu. To wszystko daje naszym lękom jakąś bardziej określoną formę, czyni je bardziej namacalnymi i pozwala łatwiej sobie z nimi radzić. I robimy to w najłatwiejszy dla nas sposób - kupując sobie cząstkowe bezpieczeństwo.

Prawdziwy lider stara się natchnąć nas odwagą, wiarą w to, że przyszłość nie będzie gorsza, ale lepsza niż teraźniejszość. Tymczasem większość debat rzeczywiście dotyczy tego, czy większym zagrożeniem są dla nas imigranci, czy globalne ocieplenie. Każdy z polityków stara się wyolbrzymić jeden z tych lęków i dowieść, że potrafi sobie z nim poradzić. Jedyna różnica pomiędzy prawicą i lewicą polega dziś na tym, że wskazują różne źródła niebezpieczeństwa, które w pierwszej kolejności powinniśmy wyeliminować.

Czasami to rytuały lęku przerażają nas najbardziej. Jak czujemy się, widząc ludzi w białych kombinezonach, którzy szukają niebezpiecznych chemikaliów? Ten widok wywołuje większy strach niż sam komunikat o zagrożeniu. W każdym pubie w Wielkiej Brytanii na bramce stoją ochroniarze, więc żeby wejść, musisz minąć trzech osiłków. Siłą rzeczy spodziewasz się, że trafisz do miejsca, gdzie łatwo oberwać.

Oczywiście. To strata czasu, która nie ma wpływu na poprawę naszego bezpieczeństwa, sprawia natomiast wrażenie, że coś zostało zrobione. Władze udowadniają, że wszystko jest pod kontrolą, że potrafią działać, wyciągają wnioski.

I tak, i nie. Nie wydaje mi się, żeby obywatele oczekiwali pozornych działań. Terroryzm jest problemem rządów, nie obywateli. To władze boją się, że obnaży on iluzoryczność zabezpieczeń. Wiele działań podejmowanych w ramach globalnej walki z terroryzmem ma sprawiać jedynie dobre wrażenie. Incydent z Detroit dowodzi, że nie zostają aresztowani zamachowcy. Sprawdza się natomiast wszystkich, którzy wzbudzają podejrzenie swoim wyglądem czy zachowaniem. Łapią się płotki, a gdzie są szefowie organizacji terrorystycznych?

Na długo przed tym, zanim upadły wieże WTC, wiedzieliśmy, że dojdzie do czegoś takiego. Zapowiedzi, że czeka nas akt terroryzmu na taką skalę, pojawiały się już kilka lat wcześniej. W tym czasie narastało myślenie katastroficzne, rozwijał się ruch ochrony środowiska, który raczył nas przerażającymi wizjami spustoszonej planety. 11 września potwierdził nasze lęki. Zresztą przypomnijmy sobie olbrzymią wrzawę wokół tzw. pluskwy milenijnej, wydumany problem, całkowicie wykreowany, zmyślony, którego rozwiązanie kosztowało miliardy dolarów. Skoro to mogło wzbudzić taką panikę, nie musiał się wydarzyć 11 września, byśmy odczuwali irracjonalny lęk.

Próg naszej tolerancji na możliwe zagrożenie obniża się coraz bardziej. Drobne zdarzenie, incydent może spowodować lawinową reakcję o międzynarodowym zasięgu. Przestajemy zwracać uwagę na rzeczywistość. Bo kiedy po kilkudziesięciu latach spojrzymy wstecz, nie będziemy potrafili zrozumieć, jak to możliwe, że ten drobny incydent spowodował tak gwałtowną reakcję. Oczywiście, czasami czyny jednostek mają znaczenie nie do przecenienia, ale czy rzeczywiście to był przypadek, który można porównywać z zastrzeleniem arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie? Wtedy armie europejskich mocarstw i tak były gotowe do wymarszu. A dziś? Umar Farouk Abdulmutallab odpala ładunek wybuchowy, a świat reaguje w sposób absolutnie nieprzewidywalny.

To sytuacja rodem z Kafki. W "Zamku" bohater czeka pod drzwiami, bo chce przez nie przejść. Nie robi tego, bo sądzi, że drzwi są zamknięte. A one są otwarte. Podobnie jest z naszymi lękami. Może powinniśmy przestać się nakręcać? Zrozumieć, że świat nie jest bezpiecznym miejscem, że terroryzm stał się częścią rzeczywistości, w której żyjemy. Tak samo, jak musimy zaakceptować, że istnieją choroby czy przemoc. Czy nie lepiej po prostu żyć, godząc się na to, że niektóre doświadczenia są bolesne, niż się ich za wszelką cenę wystrzegać?

@RY1@i02/2010/005/i02.2010.005.186.0005.001.jpg@RY2@

Furedi: świat nie jest bezpiecznym miejscem, terroryzm stał się częścią rzeczywistości. Musimy zaakceptować to tak samo jak fakt, że istnieją choroby czy przemoc

Fot. David Shankbone

@RY1@i02/2010/005/i02.2010.005.186.0005.002.jpg@RY2@

Podróż była okazją, by dowiedzieć się czegoś nowego. Teraz jest traktowana jak jedno z największych niebezpieczeństw

Fot. AP

, brytyjski socjolog. Autor wielu prac poświęconych roli ryzyka we współczesnych społeczeństwach. Po polsku ukazała się jego książka "Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści" (2008). Oprócz tego opublikował m.in. "Culture of Fear" (1997), "Therapy Culture" (2003), "Politics of Fear" (2005) oraz "Invitation to Terror" (2007)

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.