Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Płyty, filmy, koncerty

1 lipca 2018

Wszystko jest w tym materiale niepokojące, nieoczywiste i dziwne. Od okładki przez nazwę po muzykę. Na zdjęciu jest przerażona dziewczynka ubrana do Pierwszej Komunii Świętej. Napis głosi: Kirk "Msza Święta w Braswałdzie". Muzyka: rzężąca elektronika, akustyczny jazz, pojedyncze wokalne wstawki. Zespół Pawła Bartnika (instrumenty elektroniczne), Olgierda Dokalskiego (trąbka) i Filipa Kalinowskiego (gramofony) stworzył jedną z najciekawszych polskich płyt tego roku. Zaledwie pięć numerów, za to trzy z nich ponad 10-minutowe. Momentami dźwięki brzmią jak z kościoła z "Łowcy androidów", innym razem jak z jassowej próby z gdańskiej piwnicy Tymona Tymańskiego albo muzyka do jednego z radzieckich filmów futurystycznych z lat 20.

"Prawdziwe piekło", zaledwie 58-sekundowy numer, to z kolei znakomity przykład krótkiej muzycznej formy, która budząc grozę, wciąga, a za szybko się kończąc, powoduje natychmiastową chęć ponownego wysłuchania.

Kirk od ponad dekady siedzi w mrocznym undergroundzie i zapewne tam pozostanie. "Msza Święta w Braswałdzie" nie wyląduje na pierwszych półkach w sklepach muzycznych. To album dla muzycznych freaków i poszukiwaczy. Nie dla łowców singli.

@RY1@i02/2011/233/i02.2011.233.196.028a.001.jpg@RY2@

WOJCIECH PRZYLIPIAK

Druga płyta Organizmu "Koniec Początek Powidok" to kilkadziesiąt minut dla fanów brzmień z początków działania U2, Joy Division i gitarowego grania a la Editors czy Interpol. Wyrazisty bas, prosta perkusja, zabawa gitarami, elektroniczne smaczki. Organizm dokłada do tego dobre teksty, ale w połowie albumu gubi rytm. Płyta staje się trochę monotonna. Pod koniec brakuje mocnych strzałów, w stylu otwierającego album "Na razie, Pa". Ta płyta to dowód na to, że gitarowa scena ma się u nas nieźle, ale jednocześnie jest o klasę za brytyjską.

@RY1@i02/2011/233/i02.2011.233.196.028a.002.jpg@RY2@

WOJCIECH PRZYLIPIAK

Trzynasty studyjny album, trzynastka w tytule, trzynaście numerów. Megadeth najwyraźniej nie obawia się pecha. Słusznie, bowiem nowy krążek formacji Davea Mustainea doskonale broni się nie tylko w porównaniu z wcześniejszymi płytami grupy, lecz także z młodszą o kilkanaście lat konkurencją. Brzmienie może mniej thrashowe, ale bardziej hardrockowe, ale wciąż dynamiczne i melodyjne, urozmaicone świetnymi gitarowymi solówkami. Zaś singlowy "Public Enemy no 1" to hit na miarę legendarnego "Symphony of Destruction".

@RY1@i02/2011/233/i02.2011.233.196.028a.003.jpg@RY2@

JAKUB DEMIAŃCZUK

Wbrew tytułowi zwycięzca polskiej edycji "X-Factor" nie zaryzykował. "Hazardzista" to rock i blues, jakiego spodziewają się po Losce wszyscy. Szkoda. Granie w stylu Dżemu czy Allman Brothers jest tak nowatorskie jak muzyka zespołu Boys. Gienek ma głos i czuje bluesa, ale pewnie prawdziwiej wypada na deptaku niż na płycie. Nie pomaga mu nawet gościnny udział Macieja Maleńczuka. Może Gienek nie powinien być liderem. Wystarczy, by dodał swój głos do znakomitych muzyków, a będzie płyta godna półki z bluesem.

@RY1@i02/2011/233/i02.2011.233.196.028a.004.jpg@RY2@

WOJCIECH PRZYLIPIAK

paczka oddanych kumpli ładuje się w kłopoty, a każda próba wyjścia z nich jedynie spiętrza trudności. Przy okazji przyjaźń zostaje wystawiona na ciężką próbę, ale - to wiadomo od początku - przejdzie ją bez szwanku. Tak jest i w "Kac Vegas w Bangkoku", i w "Szefach wrogach".

Oglądany jakiś czas temu w kinie sequel "Kac Vegas", jednej z najlepszych kumpelskich komedii ostatnich lat, mocno mnie rozczarował. Pomysł został powtórzony niemal scena po scenie za pierwszą częścią: ekipa dobrze sytuowanych kolegów znów uchlewa się do nieprzytomności (nie bez udziału środków zmieniających percepcję rzeczywistości), a potem próbuje odtworzyć szaleństwa minionej nocy. Zabrakło dobrych pomysłów, zabrakło świeżości, szkoda. Na szczęście niedawno zobaczyłem też polski "Wyjazd integracyjny" i od razu "Kac Vegas w Bangkoku" nabrało szlachetności, humor wydaje się subtelniejszy, realizacja niemal doskonała. Ale i bez porównania z polską podróbką film Todda Philipsa broni się niezłą obsadą (Zach Galifianakis tradycyjnie kradnie cały show) i paroma udanymi gagami.

Jeszcze lepiej wypadają "Szefowie wrogowie". Tu znów mamy trójkę przyjaciół, przez los obciążonych wyjątkowo wrednymi pracodawcami. Jedynym rozwiązaniem wydaje się ich szybka eksterminacja. Kumple udają się więc do podejrzanej knajpy w zakazanej dzielnicy, gdzie przypadkowo napotkany kryminalista daje im rady, jak pozbyć się znienawidzonych szefów. Ale, oczywiście, wszystko pójdzie nie tak, jak trzeba. Komedia Setha Gordona to idealne patrzydło na jesienny wieczór: ma dobre tempo, sporo dobrych żartów i smakowite role drugoplanowe (Jamie Foxx, Kevin Spacey, Jennifer Aniston i przede wszystkim Colin Farrell). No i pewnie spora część widzów tak jak bohaterowie uważa, że świat byłby lepszy, gdyby ich szef znalazł się jak najdalej stąd.

@RY1@i02/2011/233/i02.2011.233.196.028a.005.jpg@RY2@

@RY1@i02/2011/233/i02.2011.233.196.028a.006.jpg@RY2@

JAKUB DEMIAŃCZUK

W Stanach Zjednoczonych Green Lantern jest jednym z najpopularniejszych - obok Batmana i Supermana - bohaterów komiksowego uniwersum wydawnictwa DC. W Polsce ukazało się kilka komiksów serii, jednak z naszego punktu widzenia posługujący się pierścieniem mocy heros w zielonym kostiumie to komiksowa druga liga. Niesłusznie, ale film Martina Campbella tej sytuacji raczej nie zmieni. To solidnie zrealizowana historia z niezłymi efektami specjalnymi, ale po takich filmach jak "Mroczny rycerz" czy nawet "X-Men: Pierwsza klasa" przyzwyczailiśmy się, by od komiksowego kina wymagać znacznie więcej. A wszystko zaczyna się, gdy piekielnie uzdolniony, ale też mocno niesubordynowany pilot oblatywacz Hal Jordan (Ryan Reynolds) zostaje przez umierającego kosmitę obdarowany pierścieniem mocy. To on daje Green Lanternom - zielonych bohaterów jest bowiem wielu - ponadludzką siłę, zdolność przetrwania w przestrzeni kosmicznej i moc pozwalającą bronić życia we wszechświecie. Korpus Zielonych Latarni czuwa bowiem nad zachowaniem równowagi w kosmosie, a każdemu z jego członków przyjdzie się zmierzyć z wrogami, których potęgi nie sposób sobie nawet wyobrazić. Zanim jednak Hal stanie do pojedynku ze złowrogim Parallaksem, dostanie solidny wycisk podczas szkolenia na planecie Green Lanternów - Oa.

@RY1@i02/2011/233/i02.2011.233.196.028a.007.jpg@RY2@

PIW

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.